Fatalny początek prezydentury

Tylko przez krótki czas, wówczas gdy uroczyście odbieraliśmy trumny ze
szczątkami ofiar katastrofy smoleńskiej, można było mieć nadzieję, że wielki
szok, jakiego doznaliśmy 10 kwietnia br., pozostawi jakiś pozytywny trwały ślad
w społeczeństwie, że bardziej zbliży nas, Polaków, do siebie. Wszak zginęli
przedstawiciele całego Narodu. Wydawało się, że w tym historycznym momencie
Polacy, którzy tak różnią się w swoich poglądach, spojrzą na siebie inaczej,
głębiej, życzliwiej. Łączyć przecież powinna nas nie tylko mowa i adres nad
Wisłą, ale przede wszystkim odpowiedzialność za wspólny polski los.

Jednym z pierwszych zakłócających nastrój narodowej żałoby okazał się reżyser
Andrzej Wajda, któremu idea pochowania prezydenckiej pary na Wawelu wydała się
obrazoburcza. Od tego momentu coś pękło w atmosferze żałoby przeżywanej godnie i
powróciła retoryka walki, a nawet – jak powiedział Wajda – prawdziwej wojny.
Powróciła idea wroga, którym od 2005 roku pozostaje PiS. Dziś znów jesteśmy
świadkami poważnej eskalacji tego samego konfliktu, który tym razem boleśnie
dotyka Kościół i jego wiernych, dla których krzyż jest najważniejszym życiowym
znakiem. To uniesieni atmosferą powszechnej żałoby harcerze ustawili ten prosty
drewniany krzyż z prośbą, by stał tam do czasu, kiedy powstanie pomnik czy
tablica upamiętniająca tragicznie zmarłych. Ich życzenie było życzeniem tysięcy
ludzi opłakujących zmarłych w tym symbolicznym miejscu przed Pałacem
Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. W wywiadzie udzielonym "Gazecie
Wyborczej" kilka dni po wyborach prezydent elekt Bronisław Komorowski
zapowiedział przeniesienie krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego w inne
"odpowiednie miejsce". Wówczas nawet nie nazwał tego innego miejsca "godnym".
Zamiar przeniesienia krzyża okazał się poważnym błędem, kompletnie
nieprzemyślaną decyzją, która zapoczątkowała eskalację nowego konfliktu "o
krzyż".

Czy tak musiało być? Czy gdybyśmy mieli innego prezydenta elekta, to postąpiłby
tak jak Bronisław Komorowski? Nawet gdyby nie był nim Jarosław Kaczyński? Zanim
spróbuję zmierzyć się z tym pytaniem, proponuję cofnąć się w czasie do innego
wydarzenia, które również sprowokował reżyser Andrzej Wajda.

W 2007 roku prezydent Lech Kaczyński zapowiedział zorganizowanie w dniach 5-7
października na placu Piłsudskiego w Warszawie uroczystości upamiętniających
ofiary zbrodni katyńskiej. Miały one wpisać się w kalendarz innych historycznych
obchodów i być częścią polityki historycznej prowadzonej przez prezydenta.
Ważnym elementem tych obchodów, których tytuł brzmiał: "Katyń – Pamiętamy.
Uczcijmy Pamięć Bohaterów", miało być odczytanie ponad 14 tysięcy nazwisk
zamordowanych na Wschodzie, a ofiary zbrodni katyńskiej miały otrzymać
pośmiertny awans na wyższe stopnie wojskowe i służbowe. W tym czasie trwała
kampania wyborcza do Sejmu i Senatu. Wybory miały się odbyć 21 października 2007
roku. Jako pierwszy przeciwko "upolitycznianiu" uroczystości katyńskich
zaprotestował Andrzej Wajda, a zaraz po nim politycy ówczesnej opozycji, czyli
przewodniczący Platformy Obywatelskiej Donald Tusk i szef SLD Wojciech
Olejniczak. Ku wielkiemu zdumieniu, nie tylko prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale
i wielu obserwatorów życia publicznego, a szczególnie przedstawicieli rodzin
katyńskich, okazało się, że uroczystości upamiętniające Katyń mogą mieć ukryte
"polityczne" cele. Oskarżono prezydenta o to, że zaplanowane przez niego
uroczystości są motywowane politycznie, aby wesprzeć w wyborach Prawo i
Sprawiedliwość. Wielkie zdziwienie wyraził wtedy Jarosław Kaczyński, mówiąc:
"Dlaczego pamięć o zbrodni katyńskiej miałaby służyć tylko jednej partii".

A jak zareagował prezydent Lech Kaczyński na te absurdalne i motywowane
wyłącznie politycznie argumenty Andrzeja Wajdy? W ciągu zaledwie kilku godzin
podjął decyzję przełożenia uroczystości katyńskich na inny, późniejszy termin.
Ostatecznie odbyły się one już po wyborach. Tak właśnie mądrze, z taktem i
wyczuciem zareagował prezydent Lech Kaczyński, który – choć nie zgadzał się z
argumentami przeciwników – zrobił wszystko, aby uroczystości miały godny
charakter, by pamięć ofiar mordu katyńskiego w żaden sposób nie została
naruszona. Lech Kaczyński ustąpił Wajdzie i innym głośno wówczas krzyczącym,
pokazując tym swoją klasę, mądrość i odpowiedzialność.

Dziś znowu słyszymy, że za "rozszalałymi obrońcami krzyża" stoi PiS i osobiście
Jarosław Kaczyński. Prawo i Sprawiedliwość "eskaluje konflikt", "dzieli
Polaków", "wymusza kult Lecha Kaczyńskiego" itd., itp. Politycy PO, a także
lewicy nawołują, że trzeba tworzyć "ruch obrony Konstytucji", że należy
bezpardonowo walczyć o państwo prawa, o faktyczne oddzielenie państwa od
Kościoła, że należało siłą usunąć obrońców krzyża.
Ale nikt z tych obrońców demokracji i "silnego państwa" nie powie nawet szeptem,
że konflikt ten wywołał prezydent elekt, który ma swoisty talent do zachowań w
stylu "słoń w składzie porcelany", i to on jest przede wszystkim odpowiedzialny
za jego rozwiązanie. Niech porozmawia z tymi, tak dziś ośmieszanymi i poniżanymi
ludźmi sprzed Pałacu Prezydenckiego, którzy Boga, krzyż i Polskę traktują
poważnie, i niech się przekona, czy ci ludzie to "szaleńcy" i "ekspozytura PiS".
Zamiast brnąć dalej, niech zakończy ten smutny dla wszystkich konflikt. Tak
powinien postąpić prezydent, który jest katolikiem i który walczył o elekcję pod
hasłem: "Zgoda buduje". Niech przyjedzie z Budy Ruskiej jeszcze na dzień przed
zaprzysiężeniem i podejmie mądrą decyzję.
 

Wojciech Reszczyński

Autor jest komentatorem Programu 3 Polskiego Radia.

drukuj