Platforma chce zmarginalizować pamięć o prezydencie

Z Przemysławem Wiplerem, jednym z sygnatariuszy listu z apelem o godne
upamiętnienie ofiar tragedii w Smoleńsku, rozmawia Paulina Jarosińska

Jest Pan jednym z sygnatariuszy listu do prezydenta elekta o upamiętnieniu w
formie pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej. Dlaczego Pan go podpisał?

– Tragedia, która wydarzyła się 10 kwietnia, była najbardziej traumatycznym
wydarzeniem w sferze publicznej w moim dorosłym życiu. Jak byłem bardzo mały,
ogłoszony został stan wojenny, ale nie mogę z racji mojego wieku pamiętać
tamtego wydarzenia. 10 kwietnia to dla mnie niesamowita trauma i wydarzenie bez
precedensu w dziejach świata. W katastrofie zginął urzędujący prezydent państwa
polskiego, wielu ważnych urzędników państwowych, posłów. Kontekst tej tragicznej
śmierci, czyli 70. rocznica mordu katyńskiego, a także 5. rocznica śmierci
Papieża Jana Pawła II, stał się również niezwykłym motorem dla masowych
demonstracji Polaków przywiązania do państwa polskiego, do jego historii i
narodowej tożsamości. Właśnie plac przed Pałacem Prezydenckim był w naturalny
sposób miejscem, w którym ten ruch społeczny zaczął się tworzyć. Dlatego zależy
nam na tym, aby właśnie tam trwale upamiętniono tę tragedię. 10 kwietnia, ok.
godz. 11.00, pojechałem z córką zapalić pod Pałacem znicz i złożyć kwiaty i już
wtedy nie byłem pierwszy. W tym miejscu gromadziły się wówczas setki osób, a
potem tysiące, z różnych środowisk, osób, które dotknęła katastrofa. Przez
następne tygodnie rzesze ludzi nadal przychodziły i jednoczyły się wokół
tragicznie zmarłych. 9 maja zapraszaliśmy do udziału w upamiętnieniu tej
tragedii miesiąc po katastrofie i bez specjalnego nagłośnienia w mediach
przyszło naprawdę wiele osób. Dlaczego? Chodzi przede wszystkim o upominanie się
o prawdę o katastrofie smoleńskiej, jak również o pamięć o ofiarach.

Konflikt wokół krzyża wywołał wywiad prezydenta elekta Bronisława
Komorowskiego, który zapowiedział usunięcie krzyża sprzed Pałacu
Prezydenckiego…

– To, co się działo wokół krzyża, było gorszące. Krzyż w sposób przedmiotowy
potraktowano jako narzędzie uprawiania polityki. W Polsce po katastrofie i po
wyborach prezydenckich dzieje się wiele złych rzeczy. W chwili obecnej zamiast
domagać się odpowiedzialności od osób, w wyniku działań których doszło do
tragedii, oczywiście odpowiedzialności politycznej, a nie karnej, m.in. od
ministra Bogdana Klicha za sytuację w lotnictwie i od osób odpowiedzialnych za
przygotowanie lotu, zamiast pytać rządzących, dlaczego w tak pazerny sposób
sięgają po władzę, która dostała się w ich ręce w wyniku katastrofy (warto tu
wspomnieć chociażby o szybkim przejmowaniu kolejnych instytucji w tygodniach po
tragedii), zamiast głośno zadawać pytania, to w sposób przedmiotowy wykreowano
na główne wydarzenie polskiego życia publicznego walkę o krzyż. Tak duże i
nachalne skupienie się mediów – w dużej mierze przychylnych rządowi – na kwestii
przeniesienia krzyża zadziwia mnie. Cała sprawa była niepotrzebna od początku
jej zainicjowania. W tym miejscu powinien stanąć pomnik, a jakakolwiek gra na
zwłokę tylko zaszkodzi państwu. Nie tylko ja byłem zażenowany opinią stołecznej
konserwator zabytków, która uznała, że w tym miejscu nie jest potrzebny żaden
nowy pomnik. To jest absurdalne. Konserwator okazał się w jakimś stopniu zależny
od władzy. Podkreślę w tym miejscu rzecz, która wydaje mi się oczywista: to jest
walka o pamięć. Podnoszona przez przeciwników krzyża kwestia miejsca symboliki
religijnej w sferze publicznej jest tutaj, według mnie, drugorzędną sprawą.
Tutaj chodzi o symbol pamięci o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia. Ludzie kilka
dni po katastrofie w naturalnym odruchu przynosili zdjęcia, kartki, kwiaty,
znicze, bo to są symbole pamięci! Personalnym "symbolem" osób, które zginęły,
jest śp. Lech Kaczyński, prezydent, który przecież również zginął, dlatego
właśnie przed Pałacem Prezydenckim gromadzili się i – jak widać – nadal gromadzą
się ludzie w obronie pamięci. W mojej ocenie, spór polityczny będzie trwał,
ponieważ działacze Platformy Obywatelskiej w swoim małym, partykularnym
interesie będą chcieli wszelkie przejawy pamięci o prezydencie i o tragedii
zmarginalizować, a olbrzymia liczba obywateli, którzy osobiście są dotknięci
katastrofą, będą chcieli pamięć pielęgnować, a przede wszystkim upominać się o
prawdę. Samo to wydarzenie było wydarzeniem politycznym. Zginęli główni aktorzy
sceny politycznej w Polsce, a po tym jedna z partii przejęła pełnię władzy i w
sposób budzący dyskusje korzysta z tego. Wszystko się zmieniło na scenie
politycznej, i należy to podkreślać. Spór o krzyż jest sporem o to, co powinno
się robić, i o to, co się komu należy.

Argumentacja przeciwników krzyża na Krakowskim Przedmieściu często skupiała
się wokół konstytucyjnego rozdziału państwa od Kościoła.

– Przypomina to równie absurdalne protesty antyklerykalnych młodzieżówek wespół
z młodzieżówką Platformy przeciw pochówkowi prezydenta Lecha Kaczyńskiego na
Wawelu. To są naciągane argumentacje i brutalne ataki. Patrząc na tę sprawę
jeszcze inaczej: mamy do czynienia ze sporem o dusze Polaków. O to, czy będziemy
domagać się prawdy o tragedii. Komuś zależy, żeby ranga katastrofy była
umniejszona do tego stopnia, by przysługiwało jej jakieś marginalne miejsce.
Można porównać to do walki o Muzeum Powstania Warszawskiego. Bardzo długo trwała
batalia o godne upamiętnienie bohaterów z 1944 roku, o to, aby powstanie
doczekało się sprawiedliwej oceny, a fakty historyczne zostały prawidłowo
naświetlone. W wolnej Polsce dopiero niedawno zaczęto godnie obchodzić rocznice
tego wydarzenia. Walka o pamięć o Smoleńsku i niemarginalizowanie tragedii
będzie podobna, bo – jak widać – są środowiska, którym zależy na tym, by o
katastrofie nie mówiono w ogóle, a zwłaszcza o prezydencie Kaczyńskim.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj