Życie po powodzi
Wielka powódź wprawdzie minęła, ale wiele poszkodowanych rodzin wciąż
nie może wrócić do swoich domów. A ci, którzy wrócili, nie zawsze mogą
liczyć na pomoc deklarowaną przez rząd. Szumnie zapowiedziane
uproszczenie procedur związanych z wypłatami zasiłków okazało się
kolejną pustą obietnicą Donalda Tuska i jego ekipy. Czy to tylko wielkie
oszustwo obliczone na potrzeby kampanii wyborczej? – pytają
poszkodowani ludzie.
Po walce z wielką wodą zaczęła się
kolejna batalia powodzian, tym razem z wypełnianiem formularzy i z
urzędnikami, dla których niejednokrotnie biurokratyczny przepis jest
ważniejszy niż cierpiący człowiek. Wielu powodzian przeżyło to bardzo
boleśnie. Ci, do których pomoc już dotarła, ale i ci, którzy się o nią
ubiegają, na samo wspomnienie wizyty w urzędzie wciąż czują niesmak i
rozgoryczenie. – Dla nich najważniejszy jest nasz dochód – mówi Zofia
Jurkowska z Nowego Kamienia k. Sandomierza – Nie liczy się to, że
zniszczony został dorobek życia wielu ludzi, którym praktycznie nic nie
zostało, ważne są tylko dokumenty. Tymczasem premier Tusk w telewizji i
radiu mówił co innego – dodaje zbulwersowana mieszkanka Nowego Kamienia.
Czekają na szklane domy
Pomoc rządu dla powodzian
wciąż pozostawia dużo do życzenia. W Sandomierzu wielu ludzi przez
dłuższy czas nie mogło doczekać się obiecanych przez premiera Tuska
pieniędzy.
Andrzej Składowski przez kilka dni był odcięty od świata w
zalanym do pierwszego piętra budynku przy ul. Lwowskiej, nieopodal
dworca PKP. W czasie powodzi w tej dzielnicy utonęło pięć osób. – Moje
mieszkanie zalane było do sufitu. Pierwsze dni spędziłem u szwagra na
piętrze. Potem trafiłem do internatu Zespołu Szkół Rolniczych na
Mokoszynie i tam mieszkam do dzisiaj – mówi powodzianin z Sandomierza.
Teraz, kiedy woda opadła, widać ogrom zniszczeń: mieszkanie pana
Andrzeja jest w ruinie, ulice przypominają krajobraz po bitwie. Wszędzie
wznoszą się barykady usypane ze śmieci. W tej sytuacji liczy się każdy
grosz. – Ale skąd brać pieniądze? – pyta Składowski.
Wielu ludzi
liczyło tuż po kataklizmie na obiecane przez premiera 6 tys. złotych,
ale z tym bywa różnie. – Pierwsze pieniądze otrzymałem, choć nie obyło
się bez biurokracji. Dopiero znajomi prawnicy poradzili, co robić, i
jakoś się udało. Tymczasem przyszła druga fala i ponownie nas zalało.
Premier obiecał, że wszyscy, których zalało drugi raz, mogą się starać o
kolejną zapomogę, ale w terenie nie ma dokładnych wytycznych w tej
sprawie, robi się bałagan – uważa powodzianin. Mimo zapowiedzi premiera o
uproszczeniu procedur wymogi biurokratyczne są wciąż skomplikowane, a
do tego panuje informacyjny chaos. – Żeby otrzymać to drugie wsparcie,
żądają ode mnie faktury, na jaką kwotę zainwestowałem pieniądze pomiędzy
pierwszą a drugą falą. Jak mam to zrobić, skoro po pierwszej powodzi
woda nie zdołała jeszcze dobrze ustąpić, a już przyszła druga fala –
skarży się Składowski. Jego zdaniem, brakuje jasnego i czytelnego
komunikatu dla lokalnych władz. – Osobiście mogłem się przekonać, że
deklarowana pomoc to fikcja dużego kalibru. Skoro jest decyzja w
Warszawie, to nie powinno być kłopotu w terenie. Chyba że to jedno
wielkie oszustwo stworzone na potrzeby kampanii wyborczej – zastanawia
się Andrzej Składowski.
Ludzie są też zdezorientowani, jeśli chodzi o
wyższą pomoc – tę do 20 tysięcy złotych. – Przynajmniej ci, których
znam, nie wiedzą, jak się za to zabrać. Podobnie panie w pomocy
społecznej nie mają żadnych instrukcji, jak to zrobić. Panie premierze,
nie sztuka pokazać się na wałach, w świetle kamer, ale sztuka pomóc
ludziom – apeluje Andrzej Składowski. Premier Tusk obiecał, że w
Sandomierzu powstaną nowe osiedla. Ludzie z niecierpliwością czekają
więc na te szklane domy.
Trudno wygrać z biurokracją
Zofia
Jurkowska z Nowego Kamienia k. Sandomierza mieszka blisko wału
wiślanego, który wprawdzie wytrzymał, ale tzw. podsiąki sprawiły, że
wodę w kuchni ma do dzisiaj.
– Już przy pierwszej fali do domu weszła
mi woda na wysokość 70-80 centymetrów. Meble, drzwi są zniszczone,
płytki również, podłoga, ściany. Wszystko nadaje się do remontu. Jedna z
wnuczek 30 maja przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej, ale nie
mogliśmy nawet zrobić żadnego przyjęcia. Kuchnię polową mamy w garażu –
skarży się pani Zofia.
Otrzymała ona kartę powodzianina i na tej
podstawie należała jej się pomoc żywnościowa. Natomiast żeby otrzymać
finansowe wsparcie obiecane przez rząd, musi poczekać. – Dzisiaj w
Urzędzie Gminy w Dwikozach dowiedziałam się, że to dopiero komisja
zadecyduje, czy moją rodzinę jest stać odnowić dom, czy może otrzymam
jakąś pomoc – mówi zbulwersowana rozmówczyni. Aby otrzymać zapomogę
rządową, pani Zofia musi przedstawić zaświadczenie o dochodach. – Mam
700 złotych renty, synowa pracuje, syn nie, a mają dwoje dzieci.
Dowiedziałam się także, że doraźna pomoc rządowa do sześciu tysięcy nie
może zostać przyznana bez oceny komisji – dodaje.
Sytuacja tej
rodziny jest bardzo trudna, bo oprócz wspomnianych szkód i pęknięcia
domu woda zalała im także 3 ha pól i łąk, uprawy ogórków i pomidorów pod
folią. – Nie mamy nic, nawet warzyw do zupy. Ziemniaki, pietruszka,
marchew – wszystko zostało zatopione. Tam, gdzie woda opadła, trawa jest
brązowa, wypalona, co najmniej przez rok, a może dłużej, nic tu nie
wyrośnie. Z czego będziemy żyć? – pyta pani Zofia. Jak twierdzi, na wsi
nikt jeszcze nie otrzymał odszkodowania. Brakuje precyzyjnych i jasnych
informacji, dlatego ludzie boją się sprzątać czy usuwać np. meble, bo
czekają na komisję.
Dzień i noc na wałach
W Sandomierzu
i okolicach, gdzie sytuacja powodziowa była dramatyczna, wielu ludzi do
dziś jeszcze nie powróciło do swoich domów. Tam zaś, gdzie woda opadła
bądź została wypompowana, trwa sprzątanie i suszenie obiektów.
Osobą,
która aktywnie włączyła się w pomoc powodzianom, jest ks. dziekan Lech
Siekierski, proboszcz parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Mściowie,
gmina Dwikozy, gdzie osiem wsi nadwiślańskich zostało zalanych,
począwszy od Kępy Chwałowskiej aż do Nowego Kamienia.
– Nasz
proboszcz bardzo pomagał. Nawet swoją łódź oddał, żeby ratować ludzi.
Był razem z nimi w dzień i w nocy na wałach, wspierając ich w tych
ciężkich chwilach. Jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni – wspomina z
uznaniem Halina Kozieja.
Choć wał w Mściowie wytrzymał, to problemem
okazały się podtopienia; zalane zostały pola, tunele foliowe i nisko
położone domy. Kiedy wydawało się, że sytuacja jest opanowana, przyszła
druga fala, wyższa o 70 cm od pierwszej, a na wodowskazie w Zawichoście
zabrakło skali. – W nocy z 6 na 7 czerwca został rozerwany wał na rzece
Opatówce. Woda szybko przedarła się w kierunku wiosek: Szczytniki,
Bożydar, Mściów i Nowy Kamień. Pół godziny później fala rozerwała wał na
Wiśle na wysokości wsi Winiary. Woda szybko zalała wsie: Winiary,
Winiarki, Słupcza, Kępa Chwałowska i częściowo Podgórze. Ludzie byli
przestraszeni, bo nikt się nie spodziewał przerwania obwałowań w tym
właśnie miejscu – wspomina ks. dziekan.
W tych miejscowościach
ucierpiało ok. trzech tysięcy ludzi, ok. 850 rodzin. Stracili nie tylko
dobytek, ale i swoje miejsca pracy: zalane pola, tunele foliowe dawały
im utrzymanie przez cały rok. Teraz nie będzie zbiorów, a ludzie zostali
bez niczego. – Od samego początku w pomoc ludziom – zarówno duchową,
jak i materialną, zaangażował się ordynariusz sandomierski ks. bp
Krzysztof Nitkiewicz, który odwiedzał poszkodowanych powodzian
zakwaterowanych w szkołach. Był także w Winiarach, gdzie przed remizą
odprawił Mszę św. w intencji powodzian – dodaje ks. Siekierski.
Na
drodze z Sandomierza do Zawichostu można wciąż zobaczyć kontenery
wypełnione po brzegi meblami i innym zniszczonym sprzętem. W Mściowie
jeszcze dziś nie wszystko wróciło do normalności. Nawet koło kościoła
pracują jeszcze pompy odprowadzające wodę.
W szkole i w
parafii
Powódź dotknęła też Przeczycę w powiecie dębickim. Jak
powiedział „Naszemu Dziennikowi” ks. Marek Marcićkiewicz, proboszcz i
kustosz sanktuarium Matki Bożej Wniebowziętej w Przeczycy, niszczący
żywioł odciął ludzi od głównych szlaków komunikacyjnych w kierunku
Pilzna i Jasła. Dzięki władzom gminy poszkodowani zostali zakwaterowani w
szkole. – Państwo Józef i Maria Nogowie z Dęborzyna, których dom został
podtopiony, doraźnie potrzebowali pomocy. Trafili do mnie i jakiś czas
spędzili w Domu Katechetycznym, który im udostępniłem – opowiada ks.
Marcićkiewicz. Następnie poszkodowani znaleźli wsparcie u swoich dzieci.
W Dęborzynie został podmyty jeden dom, mieszkającą w nim rodzinę z
pięciorgiem dzieci ewakuowano i przeniesiono do miejscowości Jodłowa.
Wiadomo już, że dom pójdzie do rozbiórki.
Ksiądz Marcićkiewicz
widział tereny dotknięte przez żywioł. – Jedna ruina. Część zalanych
domów zniszczona, do części nie można dojść z racji osuwisk i zerwanego
mostu, nie mówiąc już o dojeździe. Teraz zrobili tam prowizoryczne
przejście, ale przejazdu wciąż nie ma – opowiada ksiądz proboszcz.
„Długa
fala”
W akcję pomocy powodzianom jako pierwsza włączyła się
Caritas Diecezji Sandomierskiej. Jak powiedział „Naszemu Dziennikowi”
jej dyrektor ks. Bogusław Pitucha, ludzie, którzy przeżyli tragedię i
stracili dorobek życia, oprócz pomocy duchowej potrzebują też wsparcia
materialnego. Pomoc Caritas dla powodzian przebiega w trzech etapach. –
Pierwszy etap to wsparcie doraźne, a więc żywność, woda, odzież, a także
pomoc w zakwaterowaniu ludzi m.in. w szkołach, bursach czy w naszej
placówce – Ośrodku dla Dzieci Niepełnosprawnych w Sandomierzu.
Pomagaliśmy także w ewakuacji ludności – wyjaśnia ks. Pitucha. Teraz
trwa drugi etap pomocy przy sprzątaniu, porządkowaniu i osuszaniu
zalanych domów, zwłaszcza należących do osób starszych, schorowanych. –
Pomagają nam w tym również wolontariusze: młodzież, studenci, harcerze,
m.in. z archidiecezji białostockiej, a także grupa maturzystów z
archidiecezji gdańskiej – wylicza ks. Pitucha.
Kolejny etap wsparcia
powodzian oferowany przez Caritas to pomoc długofalowa, nastawiona
głównie na dzieci, młodzież, starszych i osoby niepełnosprawne. –
Program pod nazwą „Długa fala”, nad którym patronat objął ks. bp
Krzysztof Nitkiewicz, rozłożony został na dwa lata. Polegać będzie m.in.
na wsparciu ludzi i rodzin, które utrzymywały się z upraw rolnych,
często nieubezpieczonych, a teraz pozostają bez żadnych środków do życia
– dodaje dyrektor sandomierskiej Caritas.
Mariusz Kamieniecki
