100. rocznica urodzin Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” Żołnierz Świętej Sprawy

Spośród licznych dowódców powojennej partyzantki antykomunistycznej
jego postać stała się niemal symbolem tej nierównej i od początku przegranej
walki o Polskę „wolną i czystą jak łza”. Byli tacy, którzy mieli więcej
podkomendnych i walczyli dłużej niż on, a jednak to przed nim „wiał czerwony
cham” i na dźwięk jego imienia drżały „ubeckie mordy”. To jemu urządzono
pokazowy proces w Warszawie transmitowany przez radio na całą Polskę i to on
wraz ze swymi żołnierzami był przez lata przedmiotem szczególnie zapiekłej
kampanii nienawiści i kłamstw. Stosunek komunistów do majora był szczególną
mieszanką wrogości, a zarazem ledwie skrywanego lęku i respektu.

Zygmunt Szendzielarz urodził się 12 marca 1910 r. w Stryju, urokliwym mieście
kresowym położonym nad dopływem Dniestru w województwie stanisławowskim.
Kolejarska wielodzietna rodzina Karola i Eufrozyny z Osieckich miała korzenie
śląskie, o czym świadczy jej nazwisko, jednak w pokoleniu Zygmunta byli to już w
pełni świadomi „obrońcy nadkresowych stanic”. Jego starsi bracia walczyli w roku
1919 w obronie Lwowa. Rudolf w tej walce poległ, Marian zasłużył na Virtuti
Militari i to właśnie ich czyny były dla młodego Zygmunta podstawą
niepowtarzalnej formacji duchowej, w której sprawy rodzinne splatały się
nierozerwalnie ze sprawami Ojczyzny i z imperatywem walki o Świętą Sprawę, czyli
zachowanie dopiero co wywalczonej niepodległości. Wojskowa droga brata Mariana,
rotmistrza kawalerii, a podczas wojny oficera 1. Dywizji Pancernej gen.
Stanisława Maczka, była dla Zygmunta ważnym punktem odniesienia. Po ukończeniu
gimnazjum odbył kurs Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, a
potem tak jak jego brat trafił do grudziądzkiego Centrum Wyszkolenia Kawalerii,
skąd wyszedł w roku 1934 jako podporucznik z przydziałem do słynnego 4. Pułku
Ułanów Zaniemeńskich w Wilnie. Jako dowódca plutonu reprezentował pułk w
licznych zawodach sportowych, gdyż był doskonałym jeźdźcem, podobnie jak inny
słynny partyzant – Henryk Dobrzański „Hubal”. Dobrzańskiego i Szendzielarza
łączyła postać wybitnego dowódcy polowego, bohatera Samoobrony Wileńskiej z
czasów wojny z bolszewikami – płk. Jerzego Dąmbrowskiego zamordowanego w 1940 r.
przez NKWD. Po Dąmbrowskim porucznik Szendzielarz przyjmie konspiracyjny
pseudonim „Łupaszka”. Dla „Hubala” pułkownik – jako dowódca 110. Rezerwowego
Pułku Ułanów – był bezpośrednim przełożonym. Kiedy kończyła się wojna
wrześniowa, Dąmbrowski ruszył do sowieckiej zony okupacyjnej, by tam organizować
partyzantkę niepodległościową, a „Hubal”, jego zastępca, został dowódcą Oddziału
Wydzielonego Kawalerii Wojsk Polskich – pierwszego tak silnego oddziału
partyzantki polskiej pod okupacją niemiecką. Dobrzański poległ pod Anielinem 30
kwietnia 1940 r., ale była to przynajmniej śmierć żołnierska. Wielu jego kolegów
umierało w tych dniach w dołach Katynia i w piwnicach Tweru oraz Charkowa. W
Charkowie zamordowano też dowódcę Wileńskiej Brygady Kawalerii płk. Konstantego
Druckiego-Lubeckiego, pod którego rozkazami walczył porucznik Szendzielarz.

W ZWZ-AK
Podobnie jak „Hubal” Zygmunt Szendzielarz
uniknął losu jeńców obozów specjalnych NKWD, choć od początku okupacji poruszał
się po niebezpiecznym terenie infiltrowanym przez NKWD. Szukał przydziału w
konspiracji. Wyróżnił się w wojnie wrześniowej jako dowódca szwadronu podczas
przeprawy przez Wisłę pod Kozienicami oraz pod komendą gen. Władysława Andersa,
w jego grupie kawaleryjskiej. Zasłużył na Virtuti Militari. Po ucieczce z
niewoli sowieckiej pojawił się na krótko we Lwowie, a potem w Wilnie – dokładnie
w dniu urodzin córeczki Barbary, jego jedynego dziecka. Od stycznia 1939 r.
żonaty był z Anną Swolkieniówną. Wywieziona przez Niemców na roboty przymusowe
do Francji Anna zginęła podczas bombardowania Cherbourga. Barbara żyje, mieszka
w Warszawie. O trudnym życiu córki „bandyty” można by napisać książkę.
Już
jako oficer ZWZ-AK por. Szendzielarz przebywał na Litwie Kowieńskiej, wykonując
tam zadania wywiadowcze. Momentem przełomowym w jego życiu stanie się przydział
na dowódcę pierwszego oddziału partyzanckiego AK na Wileńszczyźnie. Było to w
lecie 1943 roku. Oddziałem dowodził oficer rezerwy, w cywilu nauczyciel, Antoni
Burzyński „Kmicic”. Dowództwo Okręgu Wileńskiego AK chciało tam mieć
doświadczonego oficera zawodowego. Kiedy „Łupaszka” zdążał z przewodnikiem do
oddziału, dotarła do niego wiadomość o wymordowaniu części oddziału „Kmicica”
przez sowieckich partyzantów z grupy Fiodora Markowa, z którą „Kmicic”
dotychczas współpracował w akcjach przeciwko Niemcom! Rozkaz zdrady i zbrodni
przyszedł z sowieckiego sztabu partyzanckiego. Sowieccy partyzanci na terenie
okupowanych Kresów nie życzyli sobie polskiej partyzantki niepodległościowej. Z
resztek oddziału „Kmicica” utworzyli oddział partyzantki „ludowej” im. Bartosza
Głowackiego pod dowództwem sowieckiego komandira. Już wtedy ćwiczyli scenariusze
Polski lubelskiej! Oddział ten się rozpadł, a rtm. Zygmunt Szendzielarz zbudował
z ocalonych partyzantów „Kmicica” 5. Wileńską Brygadę AK. Stanie się ona znana
jako „Brygada Śmierci” doświadczona śmiertelnie przez Sowietów. Po wojnie
nienawistna propaganda ubecka będzie to tłumaczyła na swój sposób…

„A przed nim wiał czerwony cham”…
Brygada „Łupaszki”
toczyła boje zarówno z Niemcami i ich litewskimi kolaborantami, jak i z
„partyzantami”, czyli dywersantami sowieckimi. Najbardziej spektakularną,
zwycięską bitwą z Niemcami było rozbicie silnej ekspedycji przeciwpartyzanckiej
Wehrmachtu pod Worzianami 31 stycznia 1944 roku. „Łupaszka” był wówczas ranny.
Dowodzona przez niego brygada stawała się z dnia na dzień legendą partyzantki
niepodległościowej na Kresach, a to w dużej mierze dzięki charyzmie
dowódcy.
Brygada „Łupaszki” nie uczestniczyła w operacji „Ostra Brama”, czyli
w wyzwoleniu Wilna od Niemców – we współpracy z Sowietami. Było to uzgodnione z
dowódcą wileńskiej AK ppłk. Aleksandrem Krzyżanowskim „Wilkiem”. Chodziło o to,
że 5. Brygada miała na koncie liczne potyczki z Sowietami i w żywej pamięci
zachowywała tragiczne losy oddziału „Kmicica”. Do „braterstwa broni” z
Sowietami, nawet udawanego, zupełnie się nie nadawała… Sam mjr „Łupaszka” miał
powiedzieć, że nie będzie „defilować przed Ruskimi w Wilnie”, co jest wielce
prawdopodobne, zważywszy na jego wojenne doświadczenia. Miał też powiedzieć, że
nie chce, by jego żołnierze byli wieszani na murach i bramach Wilna… Niewiele
się pomylił. Po wypędzeniu Niemców z Wilna nastąpiło kilka dni „braterstwa” i
wspólnych polsko-sowieckich patroli, po których rozpoczęła się nagonka na
polskich żołnierzy, rozbrajanie, zwożenie do obozu przejściowego w Miednikach
Królewskich, wreszcie wywózka sybirskim szlakiem do Kaługi.

„Nie jesteśmy żadną bandą”…
Brygada „Łupaszki”
przedostała się w rozproszeniu na zachód, przedzierając się przez silny kordon
sowiecki. Major odtworzył swój oddział na Podlasiu w ramach Białostockiego
Okręgu AK. Jego żołnierze podejmą walkę z formacjami NKWD-UB i KBW, przy czym
będą to raczej akcje propagandowe niż zbrojne. Taki był sens rozbrajania
posterunków MO czy likwidowania placówek UB. Chodziło o pokazanie Polakom, że
jest wojsko polskie niezależne od Sowietów, dowodzone przez polskich, a nie
sowieckich oficerów; że toczy się walka o Świętą Sprawę – niepodległość kraju
zagrożoną umową jałtańską. „Łupaszka”, tak jak wielu dowódców partyzantki
niepodległościowej, pokładał jeszcze pewne nadzieje w zapowiedzianych na styczeń
1947 r. wyborach do Sejmu. Najbardziej spektakularna pomorska kampania 5.
Brygady rozegrała się od wiosny do jesieni 1946 r., czyli w czasie
poprzedzającym „referendum ludowe” i wybory do Sejmu. Propagandowy,
konsolidacyjny charakter tej kampanii odzwierciedlają ulotki podpisane przez
„Łupaszkę” i rozklejane na murach Gdańska. Pisał w nich prawdę o organizującym
się sowieckim dominium w Polsce:
„Rodacy! Naród Polski wypowiedział walkę
swym wrogom, by ofiarą krwi i życia swego wywalczyć wymarzoną, wolną,
niepodległą i niezależną Polskę. Wojna się skończyła! Polska na podstawie
krymskiej konferencji miała być wielka, silna i niezależna. Ale nasz wschodni
sąsiad był przezorniejszy w swych nikczemnych zamiarach. Już w 1945 r. wyznaczył
nam rząd ze swych sługusów w postaci Bieruta, Osóbki-Morawskiego, „Roli”
Żymierskiego i wielu innych komunistów. Są to ludzie, którzy jeszcze przed 1939
r. zaprzedali nasz Kraj i Naród Związkowi Sowieckiemu (…). Polska nie jest
samodzielna i demokratyczna. My, którzy ponieśliśmy tyle ofiar, nie możemy
pozwolić na to, by w naszym Państwie panoszyli się Azjaci i narzucali nam swe
prawa przez swych pachołków. My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków
oddanych Sprawie i wybranych przez cały Naród (…). Dlatego też
wypowiedzieliśmy walkę na śmierć i życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub
stanowiska z rąk sowieckich mordują najlepszych Polaków, domagających się
wolności i sprawiedliwości (…). Nie jesteśmy żadną bandą, jak nas nazywają
zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek
polskich. My walczymy za Świętą Sprawę, za wolną, niezależną, sprawiedliwą i
prawdziwie demokratyczną Polskę! (…). Nie mamy ani prasy własnej, ani wolności
słowa, ani wolności zebrań, ani prawa wiązania się w stronnictwa polityczne.
Jesteśmy pozbawieni wszystkich dobrodziejstw demokracji! Jednopartyjne rządy
komunistyczne biorą myśl w obcęgi, pozbawiają człowieka woli, przywiązań,
umiłowań tych najistotniejszych cech człowieczeństwa i czynią z niego
pozbawionego ducha i serca robota. Gdy chodzi o Naród – ten wtedy zatraca własne
oblicze i przestaje istnieć! Mamyż milczeć?! Mamyż poddać się gwałtowi,
zadawanemu obcą, zbrodniczą ręką?! Mamyż pod groźbą obcych bagnetów wyrzec się
prawa stanowienia o sobie?! Mamyż wyrzec się ducha, serca i zaprzeć się
wiary?!”.
Jeśli szukamy odpowiedzi na pytanie, skąd się brała nienawiść
komunistycznej władzy do „Łupaszki”, to warto brać pod uwagę nie tylko to, co
robił, nie tylko wykonane wyroki na kolaborantach i donosicielach, utrwalaczach
władzy sowieckiej w Polsce, ale i to, co mówił i pisał. W tych słowach była
prawda o Polsce. Prawda, która bolała kolaborantów racjonalizujących swoje
zaprzaństwo i wysługiwanie się Sowietom budową „demokracji ludowej” czy
„realiami politycznymi”.
Zapytał mnie niedawno redaktor pewnego portalu, jak
to możliwe, że Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” w powszechnej świadomości Polaków
nie kojarzy się jednoznacznie z bohaterem, który swe życie poświęcił dla
Ojczyzny. Dlaczego używa się ciągle starej frazy „banda 'Łupaszki'”? Czy
PRL-owska propaganda była tak skuteczna, że działa do dziś? Dlaczego o
„Łupaszce” mówi się, że był „kontrowersyjny”?
Słowo „kontrowersyjny” pełni w
Polsce rolę narzędzia walki ideologicznej, za pomocą którego deprecjonuje się
różne osoby niepasujące do rytu postępowego inteligenta, widzącego sprawy „w
całej ich złożoności”. Ta „złożoność” wymaga od nas, byśmy się pochylili nad
ubekiem, kolaborantem, donosicielem, nad „skomplikowaną” sytuacją powojenną i
nad „tragedią” różnych KPP- i PPR-żulików. „Łupaszka” jest „kontrowersyjny”, bo
kazał edukować kapusiów za pomocą wyciorów karabinowych, na goły tyłek, a w
skrajnych przypadkach – gdy stanowili zagrożenie dla innych – kazał ich
likwidować. O stosunku do „Łupaszki” decyduje nie tyle propaganda peerelowska,
ile ta postpeerelowska. Na uniwersytetach są ludzie, którzy zdobywali szlify
magistrów, doktorów i profesorów dzięki pracom o „utrwalaniu władzy ludowej”. To
specjaliści od „złożoności”, nauczyciele naszej młodzieży. Więc nie szukajmy
prawdy o majorze „Łupaszce” na uniwersytetach, przynajmniej na razie. Szukajmy
jej w historii jego życia, dopowiadając ją w swoich sercach.

Piotr Szubarczyk

Autor jest pracownikiem Biura Edukacji Publicznej w Oddziale
Gdańskim IPN.

drukuj