Pacjent na rynku zdrowia
Prywatyzacja sektora usług publicznych
Jan Maria Jackowski
Gorąca debata na temat reformy służby zdrowia i pomysły rządu na rozwiązanie kryzysu w tym obszarze wskazują, że władza chce wykonać piłatowy gest umycia rąk. Państwo nie radzi sobie z organizowaniem systemu opieki zdrowotnej i dlatego usiłuje zepchnąć ten problem na szczebel samorządowy, a następnie – gdy i ten sobie nie poradzi – oddać zdrowie Polaków w „niewidzialne ręce rynku”. Plan jest zatem prosty: zmusić gminy, powiaty i sejmiki wojewódzkie do obligatoryjnej komercjalizacji publicznej służby zdrowia, a następnie dać zielone światło do jej prywatyzacji.
Powszechnie wiadomo, że w Polsce mamy dramatyczną zapaść demograficzną. Społeczeństwo w bardzo szybkim tempie się starzeje i w związku z tym już ulega załamaniu system emerytalny, co pociągnie za sobą drastyczny wzrost kosztów systemu opieki zdrowotnej. Starzenie się społeczeństwa, o ile w początkowym etapie ogranicza zapotrzebowanie na wydatki społeczne państwa (głównie na edukację) i zwiększa dochody na osobę w rodzinie, o tyle w późniejszym pociąga za sobą dramatycznie wysoki wzrost wydatków społecznych na świadczenia emerytalne i opiekę zdrowotną. Nadmierne obciążenie młodych pokoleń na rzecz starszych zwiększa ryzyko „wtórnego regresu demograficznego”, utrudnia szansę wyrwania się ze spirali coraz mniejszych liczebnie pokoleń.
Słowem proces wymierania nabiera przyspieszenia, w pewnym momencie osiąga punkt krytyczny, po którym odwrócenie tendencji jest już niemożliwe.
Thriller demograficzny
Tymczasem państwo, zamiast radykalnie przeciwdziałać „zimie demograficznej”, póki są jeszcze szanse, i wdrażać – przede wszystkim poprzez regulacje podatkowe oraz inne instrumenty pozostające w dyspozycji państwa – działania pronatalistyczne, proponuje lekarstwo gorsze od choroby. Recepta rządowa sprowadza się do przedłużenia wieku emerytalnego i przymusowego posłania 6-latków do szkoły, by wydłużyć okres pracy i automatycznie okres płacenia składek emerytalnych i zdrowotnych. Natomiast zawałową sytuację służby zdrowia próbuje się rozwiązać poprzez faktyczne pogorszenie jej standardu i uzależnienie dostępności do niej od grubości portfela, bo do tego w rzeczywistości sprowadzają się rządowe propozycje.
Procedury medyczne wymagają coraz bardziej specjalistycznego sprzętu, są coraz bardziej skomplikowane i coraz bardziej kosztowne. Statystycznie osoba od 67. roku życia potrzebuje w ciągu roku takiej samej dostępności do opieki zdrowotnej, jak osoba w wieku do 50 lat przez całe swoje życie. Faktyczna prywatyzacja systemu opieki zdrowotnej oznacza – zwłaszcza dla osób starszych, które nie są „atrakcyjne” dla służby zdrowia – ograniczenie możliwości korzystania z usług medycznych. Wyjątkiem są osoby zamożne, które stać na prywatne leczenie.
Wprowadzenie wolnego rynku oraz kryterium zysku do systemu narodowej opieki zdrowotnej doprowadzi do uprzedmiotowienia człowieka, uczynienia zeń „towaru”, podlegającego prawom rynku. Czy „opłaca się” wydawać pieniądze na ludzi, którzy z punktu widzenia ekonomicznego nie dają zysku i przynoszą same straty? Ludzie starsi niebędący w wieku produkcyjnym już są uznawani za „kłopot”, a nawet osoby zbędne, w które nie warto „inwestować”. Coraz częściej nie są leczeni na takim poziomie jak osoby młodsze i mają ograniczoną dostępność do droższych metod leczenia. Niektórzy twierdzą, że prowadzi to do ukrytej eutanazji.
Zachwianie demograficznej piramidy pokoleń okazuje się bombą z opóźnionym zapłonem. Już dziś nie tylko w Polsce, lecz również w innych krajach europejskich wybór jest dramatyczny: albo znaczna obniżka emerytur, albo przedłużenie wieku emerytalnego i podwyżka składek emerytalnych, co zwiększy koszty pracy i jeszcze bardziej obniży konkurencyjność Polski oraz innych państw europejskich, doprowadzając ich gospodarki do ruiny.
W połowie stycznia 2007 roku niemiecka telewizja ZDF wyemitowała trzyodcinkowy thriller demograficzny zatytułowany „2030 – Powstanie starców”, w którym z powodu drastycznego starzenia się społeczeństwa i załamania systemu emerytalnego i ochrony zdrowia rząd podniósł wiek emerytalny do 70 lat i ustalił jedną dla wszystkich stawkę świadczenia w wysokości 560 euro. Za te pieniądze emeryci muszą żyć i opłacać sami swoje leczenie i lekarstwa, bo system opieki zdrowotnej też zbankrutował. Dochodzi do masowych samobójstw, rozruchów i grabieży w celu pozyskania środków finansowych.
Ten film bardzo dobrze ukazuje lęki i frustracje wymierających społeczeństw europejskich. A na dodatek Europa doświadcza skutków kryzysu ekonomicznego, który tylko pogarsza sytuację. Ujemny przyrost naturalny spowoduje systematyczny wzrost liczby ludności w wieku poprodukcyjnym i zachwianie proporcji piramidy pokoleń. Ta tendencja niewątpliwie wzmocni w nieodległej przyszłości głosy domagające się legalizacji eutanazji w Polsce, co będzie motywowane również czynnikiem ekonomicznym: pracująca mniejszość nie będzie w stanie utrzymać niepracującej większości. Czy reforma rządowa nie przyspieszy postulatu, aby wprowadzić refundację eutanazji z funduszy publicznych?
Referendum nie będzie
21 października br. Sejm uchwalił pakiet sześciu ustaw zdrowotnych przygotowanych przez Platformę Obywatelską. Jeżeli w uchwalonym przez Sejm kształcie wejdą w życie, oznacza to m.in. obligatoryjne przekształcenie zakładów opieki zdrowotnej w spółki kapitałowe. Nastąpi przekazanie całości ich kapitału samorządom, które w przyszłości będą mogły sprzedać nawet wszystkie udziały w spółce. Spółki nie mogą się zadłużać, a jeśli będą generować straty, to zostanie ogłoszona ich upadłość, a samorząd założy kolejną spółkę. O prywatyzacji będzie decydowała rada powiatu lub sejmik wojewódzki większością trzech piątych głosów. Działka oraz budynki, w których znajdują się szpitale i przychodnie, nie mogą być zbywane, jedynie dzierżawione. Koalicja rządowa w trakcie głosowań odrzuciła poprawki Lewicy, które miały gwarantować samorządowi większościowe udziały w spółkach oraz dobrowolność (a nie przymus) w przekształcaniu ich w spółki kapitałowe, a także wprowadzenie zasady, że szpitale działają jak spółki non-profit.
Senacka Komisja Zdrowia wprowadziła do pakietu kilka ważnych poprawek dla pracowników służby zdrowia. Te zmiany przyznają pracownikom ZOZ-ów uprawnienia do nagród jubileuszowych, dodatków za wysługę lat, odpraw emerytalnych i rentowych, a także zmierzają do utworzenia stanowisk kierowniczych dla pielęgniarek. Lider SLD Grzegorz Napieralski nazwał te zmiany „krokiem w dobrym kierunku”. Stwierdził: „Mam nadzieję, że PO zrozumie, o co walczy SLD, i te dwie inne ważne poprawki dotyczące przekształceń własnościowych szpitali również wprowadzi”. Lewica oczekiwała, że Senat wprowadzi jeszcze do ustaw poprawki, które zagwarantują samorządowi większościowe udziały w szpitalach oraz zapewnią, że przekształcenie szpitali w spółki kapitałowe nie będzie obowiązkowe, a szpitale będą działać na zasadzie non-profit. Niewprowadzenie tych poprawek według Napieralskiego będzie oznaczać poparcie przez Lewicę weta prezydenta.
Przeciwny proponowanym przez PO zmianom jest Lech Kaczyński, który słusznie uważa, że o takiej sprawie powinni zdecydować sami Polacy w ogólnokrajowym referendum. Senat, niestety, odrzucił wniosek prezydenta. Nie dziwi to, ponieważ według badań opinii publicznej, zdecydowana większość Polaków jest przeciwna proponowanemu przez PO kierunkowi zmian w służbie zdrowia i przeprowadzenie referendum zapewne oznaczałoby wyrzucenie do kosza projektów rządowych. Po odrzuceniu w pierwszym czytaniu obywatelskiego projektu ustawy o ustanowieniu dnia 6 stycznia (Święta Objawienia Pańskiego – Trzech Króli) dniem wolnym od pracy, podpisanego przez 700 tys. Polaków, Platforma po raz kolejny ignoruje wolę Polaków.
Przepychanki polityczne wokół pakietu ustaw zdrowotnych trwają, ale ogólna filozofia zmian lansowanych przez PO jest już znana. Samorządy mają zostać uszczęśliwione na siłę. Zostaną obarczone potężnym kłopotem i olbrzymią odpowiedzialnością bez wyposażenia ich w odpowiednie środki finansowe. Pakiet zdrowotny trudno nazwać nawet reformą, bo jest to raczej danie licencji na prawno-formalne przekształcenia właścicielskie w strukturze publicznej służby zdrowia. Zamiana formy prawnej nie tylko nie przełoży się na odczuwalną przez pacjentów poprawę dostępności i jakości leczenia, ale na pogorszenie standardu publicznych usług medycznych. Dyrektorzy już istniejących prywatnych placówek służby zdrowia sami przyznają, że odsyłają „droższych” pacjentów do szpitali publicznych. Tłumaczą, że przewlekle chorym lepiej pomogą szpitale wojewódzkie. Przekształcenie obligatoryjne ZOZ-ów w spółki tylko zwiększy skalę procederu, ale nie będzie już dokąd odsyłać „kosztowniejszych” pacjentów. Nie został rozwiązany bowiem podstawowy problem służby zdrowia – jej dofinansowanie, a herbata od mieszania bez dodania cukru nie robi się słodsza. Nie zostały też wprowadzone mechanizmy uszczelniające i dyscyplinujące fundusze publicznej służby zdrowia.
Druga Irlandia?
Samorządy obarczono kulejącymi zakładami opieki zdrowotnej, wskazując im najwygodniejszą formę pozbycia się problemu – poprzez sprzedaż. Trzeba pamiętać, że w Polsce mamy bardzo różne samorządy, lepiej i gorzej zarządzane. Samorządy są też bardzo upartyjnione, a powołanie spółek oznacza znacznie większe koszty zarządzania. Zamiast jednego dyrektora, który obecnie zarządza ZOZ-em, spółka prawa handlowego potrzebuje kilku opłacanych członków rady nadzorczej i zapewne kilkuosobowego zarządu, również dobrze wynagradzanego. Jest więc kolejny łup do podziału i kilka synekur dzielonych według partyjnego klucza i parytetów, o które mogą toczyć się wojny podjazdowe i kłótnie. Poza tym, czy w takiej atmosferze będą powoływane do władz tych spółek osoby kom petentne potrafiące merytorycznie i profesjonalnie nimi zarządzać?
Samorządy generalnie nie mają pieniędzy na to, by sprawować funkcje właścicielskie, choć jedne są zamożniejsze i stać je na dbanie o szpital czy przychodnię, które w dotychczasowym systemie również nieźle prosperowały, a personel medyczny otrzymywał nawet podwyżki, to jednak większość nie jest w stanie udźwignąć kosztów utrzymania szpitala i najchętniej jak najszybciej pozbyłaby się problemu. Ponadto szpitalne oddziały świadczące pomoc medyczną nisko opłacaną przez Narodowy Fundusz Zdrowia – o czym napisano w „Naszym Dzienniku” (25-26.10.08) – będą mogły być likwidowane i przekształcane w restauracje, puby lub hotele. Pozwala na to luka prawna w przyjętym przez Sejm projekcie noweli ustawy o zakładach opieki zdrowotnej, z której usunięto dosłownie kilka wyrazów obecnych w funkcjonującej do tej pory ustawie. W art. 1 ust. 4 wciąż jeszcze obowiązującej ustawy (znowelizowanej 14 maja 2004 r.) był zapis mówiący o tym, że „zakład opieki zdrowotnej ani inne podmioty na terenie zakładu opieki zdrowotnej nie mogą prowadzić działalności uciążliwej dla pacjenta lub przebiegu leczenia albo innej działalności, która nie służy zaspokajaniu potrzeb pacjenta i realizacji jego praw, w szczególności reklamy lub akwizycji skierowanych do pacjenta oraz działalności polegającej na świadczeniu usług pogrzebowych”. Te rozwiązania legislatorzy z Platformy Obywatelskiej teoretycznie powielili w przyjętej w tym tygodniu przez Sejm ustawie w art. 7. Jednak tylko teoretycznie. Z zapisu, który znalazł się w art. 7 koalicyjnej ustawy, w porównaniu z obowiązującym wcześniej, wyparowało sformułowanie zakazujące prowadzenia „albo innej działalności, która nie służy zaspokajaniu potrzeb pacjenta i realizacji jego praw, w szczególności reklamy lub akwizycji skierowanych do pacjentów”.
Przyjęcie natomiast przez PO jednej z poprawek Lewicy, że nieruchomości szpitali i przychodni nie mogą być sprzedane, pozornie zabezpiecza zakłady publicznej służby zdrowia przed najgorszymi scenariuszami. ZOZ bez przynależnej do niego nieruchomości będzie stanowił stosunkowo niewielką wartość, a więc będzie go można kupić za niską cenę i zakontraktować z funduszy publicznych najbardziej opłacalne procedury, natomiast zrezygnować z bardziej skomplikowanych i generujących duże koszty własne. Czynsze za dzierżawione nieruchomości będą musiały siłą rzeczy być niskie i będzie następowała ich dalsza degradacja, bo jaki interes mogłaby mieć spółka kapitałowa w przeprowadzeniu kosztownych remontów i modernizacji oraz w dbaniu o ich właściwe funkcjonowanie. Za jakiś czas okaże się, że jednak trzeba znowelizować ustawę, bo budynki się sypią i umożliwić ich sprzedaż, bo to jedyne wyjście z patowej sytuacji. I w ten sposób często bardzo atrakcyjnie usytuowane budynki i działki staną się obiektami rynkowej spekulacji.
Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Konstanty Radziwiłł następująco ocenił propozycje rządowe: „Ochrona zdrowia nie jest po to, żeby dobrze sobie radzić; szpital jest po to, by pacjenci czuli się bezpieczni, a nie żeby przynosił zyski. Widać to już teraz, na przykładzie placówek, które się przekształciły. Nie zwiększają swoich kontraktów z NFZ, choć jest taka potrzeba. Przez to pacjenci stoją w kolejkach. Ale prywatny szpital może im zaproponować alternatywę: mogą dostać tę samą usługę, w tym samym szpitalu, bez kolejki, jeśli zapłacą”. Jego zdaniem, obligatoryjne przekształcenie wszystkich szpitali w spółki nie będzie korzystne dla pacjentów. „W żadnym cywilizowanym kraju nie dominuje prywatna służba zdrowia. W UE prywatne placówki stanowią może 10 proc. rynku. Ta reforma zbliża nas do trzeciego świata”.
Premier Donald Tusk w kampanii wyborczej zapowiadał, że Polska pod rządami Platformy Obywatelskiej stanie się „drugą Irlandią”. Czyżby to nadal było aktualne i czeka nas to samo co Irlandczyków? Bo właśnie Irlandia jest jednym z najbardziej doświadczanych kryzysem ekonomicznym krajów europejskich. Rząd Briana Cowena w ogłoszonym 14 października projekcje budżetu na rok 2009 ogłosił pozbawienie emerytów powyżej 70. roku życia powszechnego, bezpłatnego dostępu do publicznej służby zdrowia. W projekcie zapisano również podniesienie podstawowej stawki podatkowej od przychodów indywidualnych, wyższą stawkę podatku VAT, wyższą akcyzę na tytoń, alkohol i emisję CO2 dla kierowców. Zmniejszono też zasiłek wychowawczy na dzieci i zmniejszono inne prospołeczne wydatki publiczne.
Wielka klapa
Tak zwana reforma służby zdrowia proponowana przez rząd jest fragmentem większej całości. Współczesne demokracje przeżywają kryzys swojej formuły spowodowany m.in. tym, że w czasach mediokracji kampania wyborcza trwa przez całą kadencję i rządzący nie kierują się dobrem wspólnym oraz długofalowymi celami, ale przede wszystkim socjotechniką i słupkami poparcia społecznego. Politycy zastanawiają się, czy „załapią się” w następnym rozdaniu, po kolejnych wyborach. Życie publiczne jest wyznaczane „polityczną poprawnością” i toczy się od jednej konferencji prasowej do drugiej. Współczesne państwa coraz mniej są sterowne i zdolne do zarządzania życiem publicznym i rozwiązywaniem problemów. Tracą status publicznoprawny na rzecz statusu cywilnoprawnego. Państwo jest traktowane jako jeden z wielu czynników określających warunki działania.
Zakres suwerennego sprawowania władzy jest redukowany do roli „negocjowania” oraz przyjmowania i harmonizowania standardów i reguł wypracowanych przez międzynarodowe struktury. Następuje komercjalizacja państwa (przesuwanie jego zadań do przestrzeni rynkowej) i związana z tym komercjalizacja funduszy publicznych (ubezpieczenia zdrowotne czy emerytalne), która oznacza swoistą „kolonizację” państwa. W ten sposób dochodzi do przesunięcia ogromnej władzy zarządzania pochodzącymi ze składek obywateli funduszami publicznymi w prywatne ręce, poza zasięgiem instrumentów kontroli i koordynacji posiadanych przez państwo.
Ważnym impulsem do takich zmian w Europie w tym kierunku stała się przyjęta w 2000 roku Strategia Lizbońska, która miała być odpowiedzią Unii Europejskiej na wyzwania globalizacji. Celem planu, przyjętego na okres 10 lat, było uczynienie Europy najbardziej dynamicznym i konkurencyjnym regionem gospodarczym na świecie, rozwijającym się szybciej niż Stany Zjednoczone. Szczyt lizboński postanawiał, że już w 2000 roku Unia przyjmie nowe przepisy dotyczące handlu i pieniędzy elektronicznych, praw autorskich, elektronicznej sprzedaży usług finansowych, jurysdykcji i egzekwowania wyroków sądowych odnoszących się do tego, co dzieje się w internecie. Do końca 2000 roku miało nastąpić większe otwarcie lokalnych rynków dostępu do internetu, do końca 2001 zakładano pełne połączenie i liberalizację rynków telekomunikacyjnych i w tym samym terminie wszystkie szkoły w Unii miały być podłączone do sieci. Piętnastka zapowiadała stworzenie „Europejskiego Obszaru Badań Naukowych i Innowacji”, m.in. poprzez zachęcanie sektora prywatnego do większych nakładów na naukę, większą mobilność naukowców i specjalistów i otwarcie przed końcem 2001 „superszybkiej transeuropejskiej sieci elektronicznej łączności naukowej” między szkołami wyższymi, instytutami i bibliotekami.
Szczególnie ważne w kontekście pakietu ustaw zdrowotnych było to, że przywódcy zobowiązali się do redukcji pomocy publicznej dla przedsiębiorstw i do „modernizacji” systemów ubezpieczeń społecznych, opieki społecznej i zdrowotnej. Wiele uwagi w programie lizbońskim poświęcono edukacji, zarówno młodzieży, jak i tzw. kształceniu ustawicznemu dorosłych, zakładając, że do 2010 roku ma być zredukowana o połowę liczba młodych ludzi w wieku od 18. do 24. roku życia, którzy przestali się uczyć po szkole podstawowej. Zaplanowano też opracowanie jednolitego „europejskiego programu nauczania”, który szkoły będą realizować dobrowolnie, aby ułatwić mobilność absolwentów i porównanie ich kwalifikacji. Ogólnym celem Strategii Lizbońskiej jest podniesienie w Unii odsetka zatrudnionych wśród ludności w wieku produkcyjnym z 61 proc., jaki miał miejsce w 2000 r., do 70 proc. w 2010, a wśród samych kobiet z 51 proc. do 60 procent. Podkreślono, że w tym celu średni wskaźnik wzrostu unijnej gospodarki powinien utrzymywać się na poziomie ok. 3 procent.
Takie były założenia, jednak raporty Komisji Europejskiej i niezależnych ekspertów ukazują fiasko tych utopijnych planów. W Brukseli coraz bardziej widoczne jest zwątpienie i rozczarowanie niedostatecznymi efektami realizacji dokumentu z 2000 roku. Coraz większa jest świadomość skutków tragicznej dla Europy „zimy demograficznej”. Strategia stała się synonimem chybionych celów i niedotrzymanych obietnic. Europa się starzeje, a prowadzenie ideologicznie antynatalistycznej polityki oraz odkładanie realistycznych reform systemów zabezpieczenia społecznego, zwłaszcza emerytur oraz służby zdrowia, jest zapowiedzią odsuwanej w czasie katastrofy finansów publicznych. Dziś nawet euroentuzjaści określają Strategię Lizbońską mianem „wielkiej klapy”, a porównując wskaźniki wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej w minionym roku (0,4 proc.) z dynamiką Stanów Zjednoczonych (3 proc.) i Chin (10 proc.), trudno nie przyznać racji tym, którzy uważają, że jeśli tak będzie dalej, Europa zmieni się w „społeczne i gospodarcze muzeum”. Europa zarządzana przez eurokratów zaangażowanych w niszczenie jej własnych sił jest coraz bardziej słaba i niezdolna do wywierania wpływu na bieg wydarzeń światowych.
Deficyt demokracji
Zmiany proponowane przez rząd w pakiecie zdrowotnym przypadają na czas globalnego kryzysu ekonomicznego. Rząd niejako zmierza pod prąd i chce realizować koncepcje wynikające z właśnie bankrutującego modelu gospodarczego odchodzącego do lamusa historii. Koncepcje komercjalizacji czy prywatyzacji państwa – w sytuacji gdy USA i najbardziej rozwinięte kraje Unii Europejskiej właśnie nacjonalizują sektor finansowy, ubezpieczeniowy, pośrednio zdrowotny i próbują ratować te obszary poprzez pomoc publiczną, czyli pieniądze podatników – to zawracanie kijem Wisły.
Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, w której pokrywanie strat wynikających z przekrętów wielkiej finansjery, przez lata czerpiącej niebotyczne zyski ze swoistej kolonizacji państw, odbywa się za pieniądze obywateli i będzie trwało przez lata, a politycy będą robili wszystko, aby było to jak najmniej widoczne dla wyborców. Już jest oczywiste, że w najbliższych latach konieczny będzie wzrost podatków i innych obciążeń. Jesteśmy w okresie przejściowym i nikt nie wie, jak będzie wyglądał nowy model. W tej sytuacji wyjątkowo kontrowersyjny pakiet proponowany przez rząd oznacza niewyobrażalne ryzyko.
Dlatego idea referendum jest dobrym rozwiązaniem. Potrzebujemy narodowej dyskusji i współpracy różnych środowisk politycznych i społecznych wokół koncepcji niewątpliwie wymagającej gruntownej naprawy systemu narodowej opieki zdrowotnej. Decyzje o kluczowym znaczeniu dla milionów ludzi nie mogą zapadać anonimowo i w małych zamkniętych gremiach. A tak się to często odbywa. Decyzje podejmowane są zakulisowo, w zacisznych gabinetach, w salach konferencyjnych międzynarodowych korporacji, na nieformalnych międzynarodowych spotkaniach polityków i wielkiego biznesu i umykają społecznej kontroli. Parlament jest sprowadzony do roli struktury kreowania klasy politycznej, która nie „rządzi”, lecz „zarządza”, oraz do rytualnego miejsca „polityki symboli”. Instytucje demokratyczne przestają pełnić funkcję ośrodków suwerennej władzy pochodzącej z mandatu obywateli. Partie stały się machinami rozdzielania władzy, nie reprezentują już interesów wyborców. Zmęczeni codziennością i pochłonięci własnymi sprawami obywatele nabierają przekonania, że i tak na nic nie mają wpływu i dają przyzwolenie na sprawowanie władzy w sposób zakulisowy.
Przed niebezpieczeństwem związanym z „deficytem demokracji” przestrzegał na łamach jednej z gazet już w 2000 roku ceniony w kręgach globalistów Ralf Dahrendorf, znany socjolog i politolog o poglądach liberalnych. Mówił: „Niebezpieczeństwo, jakie niesie za sobą ten scenariusz, to wzmocnienie i tak już silnego trendu prowadzącego w stronę nowego autorytaryzmu”.
