Geopolityczna gra na posowieckim obszarze

Mieczysław Ryba

Polska polityka wschodnia uwikłana jest w meandry gry geopolitycznej tak Brukseli, jak i Waszyngtonu. Wydaje się, że nie do końca zdefiniowaliśmy swój własny interes, jeśli idzie o naszą bliższą i dalszą zagranicę. Bardzo wymowne jest tu zachowanie rządu polskiego w stosunku do Aleksandra Łukaszenki i Białorusi.

Najprościej zdefiniowany polski interes w relacji do Mińska to dbanie o polską mniejszość narodową zamieszkującą od wieków tamte tereny. Jednakże zupełnie niedawno dowiedzieliśmy się, jakoby polskie władze były gotowe „poświęcić” znanych działaczy polskich na Białorusi w zamian za polepszenie stosunków z prezydentem Łukaszenką.


Marzenia czy realizm polityczny?


Jakie wydarzenia spowodowały ocieplenie relacji z białoruskim „dyktatorem”? Otóż nie było to związane z polepszeniem sytuacji Polaków na Białorusi, nie chodzi też o jakieś ważne decyzje gospodarcze czy polityczne. Chodziło przede wszystkim o fakt, że Mińsk odmówił uznania niepodległości Osetii Południowej i Abchazji jako niezależnych państw. Miałoby to sugerować, że Białoruś wyzwala się spod władzy Rosji. Argumentacja tego typu wydaje się co najmniej kontrowersyjna. Wszak retoryka, jaką posługuje się cała Unia Europejska, w tym Polska, ma inny charakter. Mówi się o tzw. demokratycznych wartościach europejskich polegających na poszanowaniu praw człowieka itp. Tymczasem system rządów w Mińsku nie zmienił się ani na jotę. Zmiana stosunku do Łukaszenki wynikała jedynie z układów geopolitycznych. Czy zatem słusznie zrobił polski rząd, postulując poprawę stosunków z Mińskiem w zamian za brak uznania Abchazji i Osetii Południowej? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zadać inne: czy Polska jest dziś w stanie prowadzić realną politykę na Kaukazie, daleko od swoich granic? A może jest tak, że Polakom wydaje się, że tę politykę prowadzą, a wtedy już tylko krok od tego, by być jedynie narzędziem w ręku Brukseli czy Waszyngtonu. Do tematu wrócimy poniżej, ale pytanie, co nam się wydaje, a co jest realne w polityce, powinno zostać twardo postawione. Wszystko po to, aby po latach nie okazało się, że korzyści z wielkich wypraw kaukaskich są równie iluzoryczne, jak zyski z udziału w wojnie irackiej.

Wracając do tematu polskiej mniejszości na byłych wschodnich terenach Rzeczypospolitej, jej wspieranie powinno być pierwszym i podstawowym zadaniem władz RP. Jest to istotne nie tylko z powodów moralnych, ale i cywilizacyjnych. Jeśli bowiem uznamy, że Polska ma do spełnienia na Wschodzie łacińską misję cywilizacyjną, to mniejszość polska tam zamieszkała może spełnić niezwykle ważną rolę w realizacji tego zadania. Tymczasem raz za razem pogłębiają się zaniedbania władz polskich w tym zakresie w imię realizacji jakichś wielkich wschodnich marzeń. Wystarczy tylko przypomnieć programowe zapominanie o Polakach wymordowanych przez UPA w czasie II wojny światowej czy przemilczanie ograniczania praw mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie. Wydaje się, że taki kierunek działań politycznych z natury rzeczy wydaje się niesłuszny i niesprawiedliwy.


Między Moskwą a Brukselą


Pozostaje wciąż problem relacji Bruksela – Mińsk. Łukaszenko od kilku lat ma trudne stosunki z rosyjskim partnerem. Szczególnie ostre spory dotyczą ceny gazu, którego Rosjanie nie chcą sprzedawać Białorusinom po cenach promocyjnie zaniżonych. Poza tym, choćby z powodów medialnych, Moskwa może mieć dość sposobu sprawowania rządów przez Mińsk. Dlatego ukłon w stronę Zachodu poprzez nieuznanie nowych kaukaskich państw miał poszerzyć możliwości gry Łukaszenki. Ten bowiem w razie pogarszających się jeszcze bardziej stosunków z Rosją chciał sobie stworzyć możliwości porozumienia z Zachodem w celu utrzymania realnej władzy. Pojawiły się nawet pomysły zrealizowania na Białorusi projektu Okrągłego Stołu, na wzór Polski z 1989 roku. Atrakcyjność tego pomysłu miałaby polegać na tym, że cała obecna elita władzy utrzymałaby w kraju zasadnicze wpływy, tak jak utrzymali wpływy w Polsce postkomuniści po 1989 roku. Jednakże dziś Łukaszenko nie przewiduje jeszcze u siebie takiego scenariusza. Ostatnie wybory tym różniły się od poprzednich, że nie zamykano do więzień przywódców opozycji. Jednakże sto procent miejsc w parlamencie objęli ludzie Łukaszenki. Zatem prezydent Białorusi zdecydował się jedynie na lekką odwilż, po to, by w grze z Rosją wykorzystać atut możliwego porozumienia z Zachodem. Ten atut być może ma mu dać „spokój” od strony Kremla i niższe ceny surowców energetycznych. Wystarczy, żeby Mińsk uznał Osetię Płd. i Abchazję, a z pewnością coś w Moskwie wytarguje.

Pozostaje oczywiście pytanie o unijną politykę w stosunku do Białorusi i do całego obszaru posowieckiego. Otóż wydaje się, że osią tej polityki są dobre relacje z Rosją. Unia zatem, pod realnym przewodnictwem Niemiec i Francji, nie chce dopuścić do pogorszenia stosunków z Moskwą, poświęcając na ołtarzu geopolityki zasady, które rzekomo głosi. Doskonale można to było zaobserwować na przykładzie gruzińskim. Cała unijna ideologia powinna zmuszać przywódców wspólnoty do jednoznacznej obrony Gruzji przed atakiem rosyjskim. Wszak Gruzja jest państwem, które aspiruje do wejścia w struktury europejskie. I rzeczywiście Bruksela zareagowała, ale… werbalnie. Posypały się protesty, od tych bardziej ostrych, po coraz bardziej umiarkowane. Zupełnym kuriozum zakończyła się zaś kolejna, kurtuazyjna chciałoby się rzec, wizyta prezydenta Sarkozy’ego w Moskwie i Tbilisi. Z wielkich zapowiedzi zmuszenia Moskwy do wycofania wojsk rosyjskich ze wszystkich prowincji gruzińskich pozostało bardzo niewiele. Nie zmuszono też Moskwy do cofnięcia uznania dla nowo powstałych państw: Abchazji i Osetii Południowej. Bruksela nie zdobyła się na żadne sankcje, takie, które Moskwa mogłaby odczytać jako demonstrację siły. A wystarczyłoby, gdyby Niemcy zdecydowali się na rezygnację z realizacji Gazociągu Północnego. Tymczasem nic takiego nie ma miejsca. Wręcz przeciwnie – ów projekt omijający środkową Europę ma się całkiem nieźle. Zatem Rosjanie jednoznacznie zdiagnozowali, że Unia nie zareaguje, a jej wielkie słowa nie wnoszą nic realnego.

Kolejnym miejscem zmagań stała się Ukraina. Politycy tamtejsi na przykładzie Gruzji zostali „pouczeni” przez Rosję o możliwych konsekwencjach współpracy z USA. Kryzys w stosunkach Tymoszenko – Juszczenko ma charakter ambicjonalny, ale może dotyczyć również kwestii rosyjskich. Tymoszenko porozumiała się taktycznie z prorosyjską Partią Regionów, być może konstatując niechęć Unii Europejskiej do wchodzenia w rosyjską strefę wpływów. Jednoznacznie odczuł to prezydent Juszczenko, który uzyskał od Brukseli tylko zapowiedź umowy stowarzyszeniowej z UE, bez perspektywy pełnego członkostwa w strukturach unijnych.

Nasza misja na Wschodzie

Poli tyka polska boleśnie odczuła swą niemoc, jeśli idzie o mobilizowanie Zachodu do antyrosyjskich działań. W sprawę gruzińską zaangażowali się Amerykanie, ale przede wszystkim z powodu ulokowanych tam własnych interesów. Budzenie Unii skończyło się fiaskiem, bezwzględnie obnażonym „kurtuazyjną” wizytą prezydenta Sarkozy’ego w Moskwie oraz brakiem realnych propozycji dla Ukrainy. Dlaczego tak się stało? Bo Polska nie stanowi dziś dostatecznej siły, z którą by się liczono. Gdyby powstała jedna polityka zagraniczna UE (po traktacie lizbońskim), to należy się spodziewać, że nie będzie to polityka Warszawy, lecz polityka Berlina i Paryża. W perspektywie wschodniej oznacza to trwałe porozumienie z Moskwą. Politycy polscy muszą sobie zdać sprawę z miejsca, jakie zajmuje nasze państwo w Eurazji. Nie jesteśmy silnym partnerem. Nasz sojusz z USA ma sens pod warunkiem, że za każdym naszym zaangażowaniem proamerykańskim pójdzie bardzo konkretny zysk. Poklepywanie po plecach powinniśmy sobie dawno odpuścić. Natomiast do końca nie wiadomo, czy my sami zdajemy sobie sprawę z naszej pozycji w świecie. Angażując się w różne eurazjatyckie konflikty, postrzegani jesteśmy nie jako samodzielny gracz, ale jako amerykański czynnik gry geopolitycznej. Nawet gdy mamy inne intencje, nic to w naszym położeniu nie zmienia.

Należy zatem zadbać, aby stać się podmiotem średniej wielkości, umiejącym wygrywać na różnorakich sporach w Eurazji, a nie być jedynie przedmiotem gry mocarstw. Pamiętajmy, że kluczowe bitwy nie rozgrywają się tu na płaszczyźnie militarnej, lecz gospodarczej. Gdy osiągniemy siłę gospodarczą, wtedy dopiero stać nas będzie na realne zaangażowanie na Wschodzie. Jeśli nie zadbamy nade wszystko o własne interesy, to tonąc w ułudzie, możemy zostać oszukani, narażając się przy tym w najlepszym razie na śmieszność.

Jeśli idzie o naszą misję w stosunku do Wschodu, to pamiętajmy, że powinniśmy się skupić nie tylko na kwestiach politycznych, ale również na wymiarze kulturowym i cywilizacyjnym. Polska tradycyjnie miała spory wpływ na elity kulturalne Rosji i innych krajów za naszą wschodnią granicą i należałoby ten proces pogłębić. Wydaje się, że niepowtarzalnym narzędziem jest dziedzictwo, które nam zostawił Jan Paweł II. Olbrzymie znaczenie może tu mieć misyjna praca księży. Kraje posowieckie, w tym Rosja, są i dziś w jakiś sposób zapatrzone na Zachód. Nie powinno być nam obojętne, czy zachwycą się one libertyńską kulturą zachodniego konsumpcjonizmu, czy dostrzegą głębię chrześcijańskiej kultury Europy. Nieraz zatem warto przenieść akcent ze stosunków politycznych na grunt kulturowo-religijny, gdyż ta płaszczyzna w dłuższym trwaniu historycznym okazuje się ważniejsza.

drukuj