Walczmy o komisję

Z Markiem Gróbarczykiem, ministrem gospodarki morskiej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Krzysztof Losz

Czy komisja, która miała oszacować populację dorszy w Bałtyku, już rozpoczęła swoje prace?

– Wszystko było na dobrej drodze, ale dowiedziałem się, że z naszego przedstawicielstwa przy Komisji Europejskiej został odwołany Dariusz Sobków, który był odpowiedzialny za monitorowanie spraw rybołówstwa. Podejrzewam, że może chodzi o to, aby sprawy dorszy już nie było. To niebezpieczne, a wydawało się, że uda nam się powstrzymać proces pogrążania naszego rybołówstwa. Poprzedni rząd czynił starania o powołanie „dorszowej komisji”, żeby nie tylko określić zasoby dorszy, ale i obiektywnie policzyć wielkość naszych połowów.

Na jakim etapie była sprawa powołania komisji

– Dogadane były kwestie tematyczne, ramy prac komisji. Rozmawialiśmy w tej sprawie z przedstawicielami Portugalii, która przewodniczy Unii, i Francji, która niedługo przejmie tę rolę. I muszę przyznać, że wiele było głosów, nie tylko z tych państw, ale i innych, żeby taka komisja została powołana. Jestem przekonany, że wtedy okaże się czarno na białym, że nasi rybacy na pewno nie przekroczyli swoich limitów o 300-400 procent, jak ich o to oskarża Komisja Europejska.

Ale mimo wszystko nie brakuje głosów, że los komisji jest niepewny…

– Wszystko zależy teraz od nowego rządu, nowego ministra odpowiedzialnego za sprawy rybołówstwa. Jeśli obecne władze wykażą taką determinację jak my, to na pewno komisja powstanie. Ja przynajmniej na to liczę.

Czy, Pana zdaniem, naszym rozmowom w Brukseli przeszkodzi fakt, że doszło do likwidacji Ministerstwa Gospodarki Morskiej?

– Boję się, że po przejęciu spraw rybołówstwa na nowo przez ministra rolnictwa zostanie to zaniedbane. Nie mam osobiście nic do pana ministra Marka Sawickiego, ale sprawy rolnictwa zdominują rybołówstwo. Interesy rybaków będą mało znaczące wobec interesów rolników. Trzeba przy okazji pamiętać, że Unia Europejska jest tak skonstruowana, iż tam wszystko osiąga się na zasadzie kompromisu. Czyli, my z czegoś ustąpimy, to i wy z czegoś ustąpicie. Gdy więc przyjdzie do dyskusji o sprawach rolnych, to boję się, że wtedy rząd, aby coś w tej materii wywalczyć, poświęci kwestie rybołówstwa. Gdyby zachowano resort gospodarki morskiej, można by walczyć skuteczniej i o jedno, i o drugie.

Jak może się rozwinąć sprawa połowów dorszy w wariancie optymistycznym i pesymistycznym?

– W wariancie optymistycznym sprawa komisji będzie dalej negocjowana, zajmie się ona potem określaniem zasobów dorszy, ale również skontroluje przełowienia nie tylko polskich armatorów, ale także innych państw. Obecnie to na nas spada całe odium „niszczenia dorszy”, a inni są „niewinni”. W wariancie pesymistycznym wszystko wraca do starego schematu, z fikcyjnymi limitami połowowymi, fikcyjną sprawozdawczością.

Czy w konsekwencji naszemu rybołówstwu grozi upadek, bo Komisja Europejska grozi nawet kilkuletnim zakazem połowów dorszy?

– Pozostawienie tej sprawy samej sobie w prostej linii oznacza, że nasze 622 jednostki dorszowe są zagrożone. Co jednak ważne, Polska pokazuje rzeczywistą liczbę swoich kutrów, inni te dane zaniżają. Problemem jest jednak nie tyle liczba jednostek, ale ich wielkość. My mamy tylko małe kutry, do 20 metrów długości, i one nie są zagrożeniem dla dorszy ani innych ryb, ale zagrożeniem są paszowce łowiące ryby na paszę.

Dlaczego?

– Polskie kutry łowią ryby przeznaczone do konsumpcji. Tymczasem paszowce to duże statki, które poławiają ryby przeznaczone do produkcji pasz dla zwierząt hodowlanych. Z ryb wytwarza się mączkę rybną dodawaną do pasz. Wcześniej taką rolę pełniła mączka mięsna lub kostna, jednak ze względu na zagrożenie BSE, Bruksela zakazała dodawania do pasz mąki kostnej. Trzeba ją jednak czymś zastąpić, jeśli chce się wyprodukować paszę wysokobiałkową, i wybór padł na ryby. Ale te połowy to grabież. Długość włoka na takim statku to 80 metrów, zbiera on wszystko przy dnie, w tym i dorsze. Za jednym razem taka jednostka może wyłowić nawet sto ton ryb. I wszystkie ryby, jak leci, przerabia się na mączkę. My takich statków nie mamy, ale mają je Duńczycy, Szwedzi. Nasze kutry łowią tylko większe okazy, mniejsze i średnie są wypuszczane do wody.

Czy można określić szacunkowe zasoby dorszy w Bałtyku?

– Dysponujemy różnymi danymi, jedne ma Morski Instytut Rybacki, inne pokazują instytucje międzynarodowe, najbardziej rygorystyczna jest KE. Na pewno dorszy jest więcej, niż twierdzi Bruksela. Dlatego proponowaliśmy odejście od limitów połowowych na rzecz określenia tylko liczby dni połowowych, żeby chronić dorsze np. w okresie tarła. Ale Komisja Europejska nie chce tego rozwiązania.

Podaje powody, dlaczego?

– Jestem przekonany, że dlatego, iż Komisja chce być po prostu politycznie poprawna i żyć w zgodzie z ekologami. Ci zaś straszą nas, że niedługo całkowicie wytrzebimy dorsze, że tych ryb jest za mało, a zakazy połowów powinny być o wiele dłuższe niż teraz.

A może jednak dobrym wyjściem byłoby zrezygnowanie z dorszy i przestawienie się na połowy innych bałtyckich ryb? Przecież dorsze to nie jedyne ryby, które można sprzedawać do przetwórstwa…

– W naszych warunkach ekonomicznych tylko dorsze dają rybakom nadzieję na dobry zarobek. Oczywiście, teoretycznie można nastawić się np. na połowy śledzi. Nasz limit połowowy w tym przypadku jest tak wielki, że nawet nie dajemy rady go wypełnić. Ale czy to będzie śledź, czy szprot, czy flądra, nie dadzą rybakom takich zysków, jak dorsz. Po prostu ceny skupu dorszy są o wiele wyższe. Więc jedno wypłynięcie w morze jest bardziej opłacalne. Przecież kutry nie mają możliwości, aby łowić wielkie ilości ryb, bo ich ładownie są nieduże. Musimy też pamiętać, że mamy niewiele dużych jednostek połowowych, trawlerów, bo w momencie wchodzenia do Unii nie zadbaliśmy o to, aby mieć dużą flotę. Wtedy na pewno łatwiej byłoby zadbać nam o połowy ryb. Zgodziliśmy się na określony tonaż naszych jednostek połowowych, a nie na ich liczbę.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj