Europa a sprawa polska…

W internecie dostępny jest gotowy tekst traktatu reformującego Unii Europejskiej, który został opracowany przez ekspertów – prawników państw członkowskich, na podstawie mandatu przyjętego przez unijnych przywódców na szczycie w czerwcu 2007 roku. Nowy tekst ma zastąpić odrzuconą w referendum przez Francję i Holandię eurokonstytucję. Polska przyłączyła się do protokołu brytyjskiego, który ogranicza możliwość interwencji Unii w sprawie stosowania Karty Praw Podstawowych.

Nie chcemy superpaństwa

Mimo że politycy Platformy Obywatelskiej opowiadają się za ratyfikacją traktatu reformującego wraz z Kartą Praw Podstawowych, dokument w obecnej wersji wywołuje reakcję sprzeciwu nie mniejszą niż poprzednia eurokonstytucja. Dokument jest precyzyjnie opracowany pod względem politycznych i administracyjnych potrzeb Unii, nadającej sobie wyraźnie status superpaństwa, wchłaniającego – pozornie nieznacznie – kompetencje państw członkowskich. Pełne wprowadzenie tego traktatu w życie sprowadzi państwa członkowskie do roli wasali poddanych władzy o wyższej, absolutnej suwerenności. Odpowiednie kompetencje zostają przyznane Unii „na mocy traktatów” (art. 3, 6). Tylko te kompetencje, które nie zostały przyznane Unii, należą do państw członkowskich (art. 4, 1). Sformułowanie zawarte w art. 4, 2, stwierdzające, że „Unia szanuje równość Państw Członkowskich wobec Traktatów… etc.”, ma na celu uspokojenie tych, którzy obawiają się jakiejś nowej, zakamuflowanej formy okupacji. Ważne sformułowanie znajduje się w art. 32: „Unia ma osobowość prawną”. Nie mówi się, na jakiej podstawie Unia otrzymała tę osobowość prawną i jaki posiada walor wiążący.

Widzę tu pewien problem. Żadna bowiem tego typu organizacja nie nadaje sobie sama osobowości prawnej, ponieważ takie ustanowienie osobowości prawnej może pochodzić tylko z prawa wyższego. Na przykład Kościół uzyskuje osobowość prawną z samego postanowienia Jezusa Chrystusa, a więc opiera się na prawie Boskim. Analogicznie państwo (w pełnym tego słowa znaczeniu) uzyskuje osobowość prawną na mocy prawa naturalnego, które również jest prawem Boskim, dokładniej – prawem Stwórcy. Nic natomiast nie wiadomo, by w traktacie konstytucyjnym czy w traktacie reformującym zawierało się jakiekolwiek odniesienie do transcendentnego źródła wszelkich praw – do Boga. Przeciwnie – w tych dokumentach Bóg jest całkowicie nieobecny, a w traktatach króluje wszechwładnie duch pozytywizmu, utylitaryzmu i kantowskiego formalizmu. Jest także obecny duch Hegla, według którego szczytem rozwoju społecznego jest państwo, urastające do rangi „absolutu”. Takie państwo odcina się od całego porządku moralno-prawnego zbudowanego na fundamencie prawa naturalnego.

Unia ignoruje Kościół

Unia prezentuje siebie jako instytucję, która „szanuje status przyznany na mocy prawa krajowego kościołom i stowarzyszeniom lub wspólnotom religijnym w państwach członkowskich i nie narusza ich statusu” (art. 15-b). Pozornie jest to stanowisko dobroduszne i tolerancyjne, ponieważ „szanuje” i „nie narusza” statusu prawnego wspólnot religijnych. Jednak tu kryje się podstęp i zakłamanie: Unia całkowicie ignoruje status ontyczny Kościoła katolickiego, czyli jego tożsamość o wymiarze transcendentnym zarówno w stosunku do Unii, jak i jakichkolwiek państw członkowskich. Unia bowiem w swoim zapisie ignoruje całkowicie uniwersalny i ponadczasowy charakter Kościoła, redukując jego status do poziomu lokalnych stowarzyszeń religijnych, będących tworami czysto ludzkimi. W ten sposób w strukturze prawnej Unii, proponowanej przez traktaty, Kościół jako taki jest nieobecny. Są obecne tylko prywatne jednostki, które przypadkiem są katolikami i należą do jakiejś wspólnoty. Jest to krzywda dla Kościoła, który zostaje zrównany z jakimś klubem badaczy Pisma Świętego lub związkiem satanistów (bo w Wielkiej Brytanii te związki cieszą się tym samym przywilejem wobec prawa jak grupy wierzących chrześcijan). Nie należy sądzić, że jest to jakaś pomyłka wynikająca z niedopatrzenia „ekspertów” redagujących traktaty. Jest to celowe dążenie do wyeliminowania Kościoła z prawnej przestrzeni Europy, nad czym od dwóch wieków wytrwale pracują masoni. A przecież po II wojnie światowej była jakaś nadzieja na powrót Europy na płaszczyznę prawdziwej kultury.

Zawiedzione nadzieje

Benedykt XVI, przemawiając w Wiedniu do przedstawicieli świata polityki (7 września 2007 r.), powiedział: „Po okropnościach wojny i traumatycznych doświadczeniach totalitaryzmu i dyktatury Europa weszła na drogę wiodącą ku jedności kontynentu, dążąc do zbudowania trwałego ładu opartego na pokoju i sprawiedliwym rozwoju. Podział, którego kontynent doświadczał przez dziesięciolecia, został co prawda przezwyciężony na płaszczyźnie politycznej, ale jedność ludzkich umysłów i serc w dużej mierze trzeba dopiero zbudować”. I dalej: „Europa nie może i nie powinna wypierać się swoich chrześcijańskich korzeni”. Znaczną część przemówienia poświęcił Papież krytyce moralnych duchowych wypaczeń obciążających Europę właśnie w wyniku odrzucenia chrześcijańskiego orędzia. Jeszcze przed swoim wyborem na Stolicę Piotrową kardynał J. Ratzinger powiedział, że „prawo jest przez nas formowane, ale nie tworzone. Inaczej mówiąc: nie istnieje uzasadnienie prawa bez transcendencji. Gdzie Bóg i ustanowiona przezeń podstawowa forma ludzkiej egzystencji zostaje wyrugowana i odsunięta w obszar prywatny, czysto subiektywny, zanika pojęcie prawa, a wraz z nim również pojęcie pokoju”1. Charakteryzując dwoistość drogi powojennej teologii (zamknięcie się w sferze duchowej lub wiara odpowiedzialna za świat), Ratzinger pisze: „Oczywiście tuż po wojnie niemal niemożliwe było przewidzenie tych dialektycznych skoków wynikających z nowego zwrotu do religijnego centrum. Przeciwnie, po klęsce antychrześcijańskiego obłędu była to wielka chwila chrześcijańskich polityków. Odbudowa dokonywała się w pełni świadomie według moralnych zasad chrześcijaństwa, i dlatego z jednej strony niezależnie od poleceń kościelnych, z zachowaniem samodzielności państwa, ale z drugiej strony w świadomym związku z duchowym centrum samej wiary. Jej odpowiedzialność społeczna była decydującą wskazówką dla sumienia jednej generacji polityków, których możemy z wdzięcznością nazwać ojcami nowej Europy: Adenauera, Schumana, de Gasperiego, de Gaulle’a…”2.

Niestety, pamiętamy, że po tym okresie chrześcijańskiego „romantyzmu” w polityce europejskiej przyszedł czas, gdy zwyciężyły prądy pochodzące z „oświecenia”, jak utylitaryzm, egoizm, sekularyzm, a także prądy obiecujące odnowę kultury w oparciu o unowocześniony socjalizm (szkoła frankfurcka), oraz tendencje amoralne i nihilistyczne. Jan Paweł II w orędziu z okazji 50-lecia zakończenia II wojny światowej napiętnował ideologiczne źródła tej wojny, odwołując się do encyklik Piusa XI, zwłaszcza „Mit brennender Sorge”. Napisał też: „II wojna światowa była bezpośrednim skutkiem tego procesu degeneracji: czy jednak w następnych dziesięcioleciach wyciągnięto z tego właściwe wnioski? Niestety, zakończenie wojny nie doprowadziło do zaniknięcia praktyk politycznych i ideologii, które ją zrodziły lub jej sprzyjały. Reżimy totalitarne przetrwały pod inną postacią, a nawet rozszerzyły swoje władanie, zwłaszcza we wschodniej Europie. Po 8 maja nadal istniały na tym kontynencie i gdzie indziej liczne obozy koncentracyjne, nadal też więziono wiele osób wbrew wszelkim elementarnym prawom człowieka. Nie rozumiano, że społeczeństwa godnego człowieka nie można budować na niszczeniu osoby, na ucisku i na dyskryminacji. Ta lekcja II wojny światowej nie została jeszcze w pełni i wszędzie przyswojona. A przecież jest ona i musi pozostać przestrogą dla następnego tysiąclecia” (8 maja 1995 r., Watykan).

Pseudowartości bez fundamentu

Traktaty europejskie zawierają wiele sformułowań dotyczących akceptacji jakichś „wartości”, jednak nie wskazuje się na ich źródło i relację do prawdy antropologicznej. Stąd ich funkcja jest pozorna lub żadna. Na przykład w preambule mówi się, że twórcy Unii „inspirowani kulturowym, religijnym i humanistycznym dziedzictwem Europy, z którego wynikają powszechne wartości, stanowiące nienaruszalne i niezbywalne prawa człowieka etc.”. Dalej mówi się (art. 2), że „Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz równości kobiet i mężczyzn”. W zakresie zadań spełnianych przez Unię na zewnątrz (art. 3), pojawia się – ku miłemu zaskoczeniu – „ochrona praw dziecka”. Prócz tego rodzaju sformułowań, stwierdzających, że Unia uznaje „wartości i prawa człowieka”, ważne oświadczenie stanowi treść art. 6, gdzie Unia formalnie „uznaje prawa, wolności i zasady określone w Karcie praw podstawowych z dnia 7 grudnia 2000 roku (…), która ma taką samą wartość prawną jak Traktaty”. Nadto stwierdza się, że „Unia przystępuje do europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności (…) prawa te stanowią część prawa Unii jako zasady ogólne prawa” (art. 6, 2-3). Należy tu także wskazać na ważne postanowienie dotyczące celów Unii: „Przy określaniu i realizacji swoich polityk i działań Unia dąży do zwalczania wszelkiej dyskryminacji ze względu na płeć, rasę lub pochodzenie etniczne, religię lub światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną”.

Co do samej Karty Praw Podstawowych to wkrótce po jej opublikowaniu Jan Paweł II skrytykował Europę za to, że „w wielkich słowach opiewa godność osoby”, a potem narusza ją przez fakty. Powiedział też: „Nie mogę ukryć mojego rozczarowania z tego powodu, że w Dokumencie nie ma żadnej wzmianki o Bogu, w którym jest źródło najwyższej godności osoby ludzkiej i jej praw fundamentalnych”3. Papież niestrudzenie przypominał, że porządek moralny i prawny ma swoją podstawę obiektywną i transcendentną, a prawdziwym oparciem dla człowieka nie jest idea czy abstrakcja, lecz żyjąca osoba: to jest Osoba Jezusa Chrystusa. Właśnie kiedyś w środowisku akademickim powiedział Jan Paweł II, że „bez wspólnego odniesienia do obiektywnych wartości nawet powszechna akceptacja w danej kulturze godności osoby i wartości życia może pozostać faktem bez znaczenia. Prawda chrześcijańska porywa i pociąga tylko wtedy, gdy potrafi nadać życiu ludzkiemu określony kierunek, gdy głosi w sposób przekonujący Chrystusa, który ujmuje za rękę zbłąkanego wędrowca, aby rozwiać jego wątpliwości i wskazać mu drogę i cel. Jezus mówi: 'Ja jestem drogą i prawdą, i życiem’ (J 14, 6)” (1 maja 1998 r., Rzym).

Nie ma wolności bez prawdy

Europa powojenna pragnęła pokoju i wolności. Jednak przyszły lata, w których w całej „wolnej” Europie rozlegały się z hałasem hasła domagające się wolności od nakazów, zakazów i wszelkiej moralności. Była to nowa forma terroryzmu duchowego zamaskowana hasłami liberalnymi, prowadzącymi głównie do nihilizmu. Była to metoda, przy której traci się samą istotę wolności i pokoju. Ksiądz kardynał Ratzinger wskazał na fakt, że prawdziwe wyzwolenie może pochodzić tylko od Boga. „Wolność człowieka może polegać jedynie na prawidłowym wzajemnym przyporządkowaniu wolności, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy czerpią one swoją miarę z wolności Boga, z Jego prawdy. Prawdziwe prawo, sprawiedliwe prawo, może powstać jedynie z prawdziwego rozpoznania prawdziwego Boga, które umożliwia człowiekowi prawidłowe rozpoznanie samego siebie i na którego podstawie porządkuje on byt jako współbycie. Dlatego Synaj był dla Izraela miarą i podstawą jego wolności; każdorazowo o tyle tracił swoją wolność, o ile oddalał się od prawa i ponownie popadał w stan jego braku, a przez to w niewolę”4.

Tomasz Mann (zmarły w 1955 r.) w przedmowie do książki zawierającej listy młodych uczestników „ruchu oporu” w Europie, skazanych na śmierć przez władze hitlerowskie, nawiązał do nadziei wzbudzonej przez Narody Zjednoczone, kiedy został ogłoszony historyczny dokument w obronie praw człowieka. Mann napisał: „Narody Zjednoczone nie zmieniły historii, lecz zapowiedziały początek nowej epoki, chcąc przez swoją Deklarację ocalić przyszłe pokolenia od klęski wojny, która nastąpiła dwa razy w ciągu dziejów tego samego pokolenia i spowodowała niewypowiedziane cierpienia ludzkości; [chcąc] na nowo potwierdzić wiarę w fundamentalne prawa człowieka, w godność i wartość osoby ludzkiej, w równości praw mężczyzn i kobiet, jak też narodów wielkich i małych”5. To orędzie nie funkcjonowało de facto w okresie zimnej wojny (pisze Domenico Gallo). Nowe czasy nie nadeszły, choć orędzie nie zostało odwołane. Wojny w rzeczywistości nie ustały, a prawa oraz godność mężczyzn i kobiet były deptane i negowane w samych podstawach. Tak więc 50 lat po wojnie jest nadal aktualne upomnienie zawarte przez Tomasza Manna w przedmowie do wspomnianej książki: „Żyjemy w świecie perfidnego zacofania, w którym zabobonna nienawiść i żądza prześladowania łączy się z panicznym lękiem; w świecie, któremu nędza intelektualna i moralna, i przeznaczenie ofiarowały niszczące bronie i przejmujące grozą formy przemocy zgromadzone dla szaleńczego zagrożenia mogącego zamienić ziemię w pustynię owianą trującym obłokiem. Upadek myśli intelektualnej, paraliż kultury, przewrotna akceptacja zbrodni upolitycznionej sprawiedliwości, podporządkowanie, ślepa żądza zysku, upadek lojalności i wiary – produkty, a w każdym razie sprzymierzeńcy obu wojen światowych – są bardzo złą gwarancją, że nie dojdzie do wybuchu trzeciej, która oznaczałaby koniec cywilizacji. Ten fatalny układ wywraca demokrację i popycha ją w objęcia faszyzmu; a sama zwalczała ów faszyzm niemal po to tylko, by go wspierać; nieledwie umocniła swe stopy, aby móc deptać, gdziekolwiek znajdzie, zalążki lepszego życia i plamić się haniebnymi sojuszami”6.

Odrzucić dyktaturę relatywizmu

Ta zwięzła i przejmująca synteza ukazuje paradoks europejskiej demokracji pozbawionej podstaw moralnych. Na nic się zdadzą wzniosłe hasła wypisane w traktatach europejskich, jeśli, pozbawione korzeni transcendencji (czytaj: w Bogu), są podobne do spadających liści w jesieni, skazanych na igraszkę wiatru. Nie ukrywajmy prawdy: Europa, odrzucając Boga i Jego prawo, wchodzi na drogę wiodącą do katastrofy. Wiele ostrzeżeń i autorytatywnych upomnień kierował pod adresem Europy poprzedni Papież. Obecnie Benedykt XVI kontynuuje tę linię, przy każdej okazji przypominając konieczność powrotu do prawa naturalnego: czy to przemawia do nowych ambasadorów, czy do Międzynarodowej Komisji Teologicznej, czy do grup uczonych zebranych na swoich sympozjach. Trudno policzyć, ile razy podkreślał konieczność powrotu do prawdy, która ostatecznie objawiła się w Logosie Wcielonym. Podobnie trudno podsumować, ile razy odrzucał i potępiał postawy sceptycyzmu, relatywizmu, dogmatycznego sekularyzmu, nihilizmu, wyrosłe na podłożu subiektywizmu pozbawionego relacji do prawdy, a ostatecznie do transcendencji. Papieżowi wtórują różni uczeni, rozwijający w swoich pracach te żywotne wątki naszej kultury.

Niedawno „Zenit” (30 października 2007 r.) zaprezentował książkę prof. Roberto de Mattei pt. „La dittatura del relativismo” – poświęconą (jak wskazuje tytuł) – dyktaturze relatywizmu. Główną tezą tej książki jest twierdzenie, że „podstawowe zmagania naszego czasu nie dotyczą polityki czy ekonomii, lecz mają charakter kulturowy, moralny, a w ostatecznej analizie – religijny”. Konkretyzując, prof. Mattei stwierdza, że „chodzi o zderzenie między dwoma wizjami świata: między wizją, która przyjmuje istnienie zasad (pryncypiów) pryncypiów wartości niezmiennych, wpisanych przez Boga w samą naturę człowieka, a tą, która przyjmuje, że nie istnieje nic stałego i niezmiennego, lecz wszystko jest względne w stosunku do czasu, miejsca i okoliczności”. Ta filozofia relatywistyczna jednak niesie ze sobą groźne niebezpieczeństwo. Twierdzi bowiem prof. Mattei, że „jeśli nie istnieją wartości absolutne i nie istnieje obiektywny sąd (o dobru lub złu), wtedy wola mocy jednostek lub grup staje się jedynym prawem społecznym i w ten sposób żądanie wolności dla człowieka przeradza się w żelazną dyktaturę, gorszą niż tyranie znane z historii”. Do najbardziej niebezpiecznych przejawów tej „dyktatury relatywizmu” należą – według prof. Mattei – pewne instytucje Unii Europejskiej i ONZ, zagrażające zarówno Europie, jak i światu. Mattei stwierdza, że pewne części (sektory, departamenty) tych instytucji „de facto przekształciły się w prawdziwe intelektualne laboratoria, w których destyluje się 'nowe prawa’, przeciwne do tych tradycyjnych”. Właśnie dyktatura relatywizmu usiłuje narzucić prawa sprzeczne z ochroną życia ludzkiego we wszystkich jego fazach rozwojowych, od poczęcia do naturalnej śmierci; [prawa], które usiłują podstawić na miejsce rodziny, opartej na małżeństwie mężczyzny i kobiety, jakieś formy jedności całkowicie odmienne, które zaprzeczają istocie rodziny i niszczą jej dobro; na przykład związki homoseksualne lub inne 'związki faktyczne’. [Prawa te] posuwają się aż do tego, że przestępstwo podnoszą do rangi prawa, a usiłują karać kogoś, kto broni dobra i odrzuca zło”. Aby prawdziwie sprzeciwić się dyktaturze relatywizmu, trzeba ponownie odkryć i uznać rolę prawa naturalnego, które wraz z prawem objawionym stało się fundamentem cywilizacji chrześcijańskiej.

Benedykt XVI, przemawiając z okazji akredytacji nowego ambasadora Italii, przypomniał, że świat przygotowuje się do obchodów 60. rocznicy ogłoszenia Deklaracji Praw Człowieka, i w związku z tym podkreślił, że świat wciąż oczekuje zbudowania sprawiedliwego ładu, który zabezpieczy szacunek dla godności człowieka i jego praw. Szczególnej troski domagają się następujące dziedziny życia: „obrona życia ludzkiego we wszystkich jego okresach rozwoju, obrona wszystkich praw człowieka i rodziny, zbudowanie solidarności o zasięgu światowym, szacunek dla rzeczywistości stworzonej (środowiska naturalnego) oraz dialog międzykulturowy i międzyreligijny” (Zenit, 4 października 2007 r.).

Tak więc nie chcemy „Europy”, która wyrzeka się Chrystusa, nie chcemy „Europy”, która prawo Boże zastępuje bezprawiem, godność zastępuje pustą frazeologią, prawo życia zastępuje aborcją, eutanazją i biotechnologicznymi manipulacjami, miłość zastępuje antykoncepcją i prostytucją, rodzinę zastępuje związkami osób zainteresowanych „seksem” bez odniesienia do człowieczeństwa, ojcostwo i macierzyństwo jako wyraz Boskiego powołania zastępuje technologią „zdrowia reprodukcyjnego”, a nawet zacierając granice gatunkowe między ludzkością a światem zwierząt. Nie wiadomo, do czego dojdzie jeszcze ten „postępowy” kontynent, bo skoro zboczy się z właściwej drogi, możliwości błądzenia są nieograniczone. My, Polacy, chcemy być ludźmi, chcemy być wierni Chrystusowi i nie chcemy gardzić Jego prawem, gdyż ono – i tylko ono – jest dla nas ratunkiem. Nie chcemy, by jakikolwiek rząd sprzedawał nas do takiej „Europy”, bo musielibyśmy znowu posądzać go, że jest to kolejny rząd okupacyjny, który sprzedał suwerenność Narodu dla własnych prywatnych korzyści. A to byłoby straszne.

Ks. prof. Jerzy Bajda

1 Czas przemian w Europie, Kraków 2005, s. 47.

2 Tamże, s. 61-62.

3 wg. Il Giornale, 17 dicembre 2000.

4 Tamże, s. 66-67.

5 Artykuł Domenico Gallo, La Guerra fuorilegge e l’annuncio di pace 1945; La Rivista

6 Thomas Mann, Prefazione a lettere dei condannati a morte della resistenza europea,

Torino 1975, pag. XIV.

drukuj