Amerykanie nie mogą dłużej żyć ponad stan

Z ekonomistą Andrzejem Kaźmierczakiem, profesorem nauki o finansach w Katedrze Bankowości Szkoły Głównej Handlowej, członkiem Komitetu Nauk o Finansach Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Mariusz Bober

Amerykański spekulant George Soros ostrzegł Amerykanów przed kryzysem i zapowiedział zaciskanie pasa. Jego słowa brzmią podobnie jak wyrażone w naszej niedawnej rozmowie Pana przestrogi przed możliwym kryzysem w USA, który może się przełożyć na kryzys światowy. Czy Soros mówi o tym samym zjawisku?

– George Soros ma niewątpliwie w tym wypadku dużo racji. W gospodarce amerykańskiej występują czynniki kryzysogenne wynikające z faktu, że gospodarkę tę cechuje brak makroekonomicznej równowagi finansowej. Przejawem tego braku jest przede wszystkim ujemny bilans obrotów bieżących, w tym ogromna nadwyżka importu nad eksportem. Drugim czynnikiem jest olbrzymi deficyt budżetowy. To powoduje osłabienie zaufania do dolara amerykańskiego i spadek jego kursu, co ma konsekwencje na rynkach finansowych.

Jakie?

– Po pierwsze, skłania banki centralne oraz komercyjne instytucje finansowe do wzmożonej wymiany rezerw ulokowanych w dolarach na inne waluty. Ponadto występuje kryzys finansowy w gospodarce amerykańskiej spowodowany załamaniem na rynku kredytów hipotecznych. Chodzi o to, że banki zbyt lekkomyślnie udzielały kredytów obywatelom amerykańskim na zakup nieruchomości. Nie były one dostatecznie zabezpieczone. W sytuacji wzrostu stóp procentowych dokonanych przez Zarząd Rezerwy Federalnej (FED), pełniący rolę amerykańskiego banku centralnego, rosło też oprocentowanie kredytów w bankach komercyjnych, a więc odsetki, które trzeba było od nich spłacać, były wyższe. Sprawiło to, że część kredytobiorców nie była w stanie spłacić kredytów, a w portfelach banków komercyjnych zaczęła rosnąć ilość tzw. złych, czyli niespłacanych długów. Problemy te pogarszały płynność finansową banków. Tu trzeba też powiedzieć o tym, skąd pozyskiwały one fundusze na udzielanie kredytów. Otóż same pożyczały pieniądze, emitując tzw. obligacje hipoteczne, długoterminowe. W Europie są one określane po prostu jako listy zastawne.

Kto kupował te obligacje?

– Byli to tzw. inwestorzy instytucjonalni, czyli fundusze emerytalne, fundusze inwestycyjne, towarzystwa ubezpieczeniowe oraz tzw. banki inwestycyjne. Kupno omawianych walorów traktowały jako korzystną lokatę nadwyżek pieniężnych. Jednak gdy zaczęła rosnąć góra złych długów w portfelach banków komercyjnych, wartość rynkowa tych obligacji spadała, a wraz z nią pogarszała się sytuacja finansowa tych, którzy je kupowali. W ten sposób kryzys zaczął przenosić się na inne instytucje pośrednictwa finansowego. Niezbędna okazała się pomoc dla banków komercyjnych, aby zapobiec krachowi całego systemu finansowego. Takiej krótkoterminowej pomocy udzielił amerykański FED, pompując w banki w ciągu tygodnia dziesiątki miliardów dolarów na ratowanie ich płynności. Podobnie postąpił Europejski Bank Centralny. Dzięki temu złagodzono kryzys, ale jego przyczyny pozostały. Nie rozwiązano przecież problemu złych należności hipotecznych w portfelach banków. To zaś rzutuje na funkcjonowanie innych instytucji finansowych, które dziś stanowią naczynia połączone. Do tego dochodzą olbrzymie wydatki Stanów Zjednoczonych oraz oczekiwania przyszłych wydarzeń, które zakładają, że sytuacja w USA oraz ich polityka zagraniczna szybko się nie zmieni, co przekłada się na dalszy spadek zaufania do dolara. Zakończy się to prawdopodobnie wysoką korektą, czyli spadkiem rynkowej wartości papierów wartościowych na giełdach. Po drodze nastąpi obniżka wartości indywidualnych oszczędności oraz aktywów części instytucji finansowych. Mówi się np., że niektóre duże banki o zasięgu globalnym utraciły w ciągu zaledwie kilku miesięcy kilkanaście miliardów USD. Obserwujemy więc powiązanie kilku kryzysów naraz: na giełdzie, na rynku kredytowym i walutowym.

Problemy na rynku kredytów hipotecznych przyspieszyły i nasiliły kryzys amerykańskiej gospodarki?

– Na pewno. Pamiętajmy, że obywatele amerykańscy żyli ponad stan. Generalnie rzecz biorąc, wydawali więcej, niż zarabiali, zaciągając kredyty w bankach komercyjnych. Nadchodzi po prostu moment, kiedy długi trzeba spłacać. System kredytowy działa sprawnie, dopóki nie rosną stopy procentowe. Tymczasem pod koniec urzędowania poprzedniego szefa FED Alana Greenspana zaczęły one rosnąć, dochodząc nawet do 5,75 proc., a więc osiągając poziom najwyższy wśród państw wysokorozwiniętych. FED studził w ten sposób aktywność gospodarczą, co jednocześnie utrudniało spłatę kredytów, których oprocentowanie rosło, a ponadto hamowało produkcję, co dodatkowo pogarszało sytuację gospodarczą. W ten sposób USA mają obecnie podobny wzrost gospodarczy, jaki ma miejsce w Unii Europejskiej, choć w przeszłości tempo wzrostu PKB w USA było dwukrotnie wyższe. Na zahamowanie wzrostu gospodarczego ma niewątpliwie wpływ szaleńcza podwyżka cen nośników energii. Wzrost ceny ropy naftowej podnosi koszty produkcji, co musi w ostateczności ujemnie odbić się na aktywności gospodarczej.

To, co obserwujemy, to już początek korekty, o której Pan mówi?

– Tak, to już jest korekta. Te spadki notowań giełdowych, które obserwujemy od sierpnia na giełdzie polskiej, ale i zagranicznych rynkach, utrzymują się, i nie wiadomo, jak długo jeszcze będą trwały. Nie jest to taki krach, jaki miał miejsce w 1929 roku. Można to określić jako kryzys „pełzający”.

Czyli jest to już „pełzający kryzys światowy”?

– Może jednak lepiej nazwać to korektą. Współczesny świat dysponuje już bowiem różnymi instrumentami, które neutralizują skutki kryzysów finansowych. Kluczową rolę odgrywają tu banki centralne, które wspomagają banki komercyjne, ratując ich płynność finansową pożyczkami krótkoterminowymi.

W jaki sposób kryzys ten odczują zwykli ludzie w USA i pozostałych krajach świata?

– Zaowocuje przede wszystkim obniżeniem stopy życiowej obywateli amerykańskich. Oznacza to, że trzeba będzie dokonać korekty poziomu ich konsumpcji. Osłabi to również wzrost gospodarczy w USA, a wraz z nim także w innych krajach, zwłaszcza tych najbardziej związanych z gospodarką amerykańską. Dlatego ta korekta będzie miała charakter globalny.

Z wypowiedzi Sorosa można wysnuć wniosek, że proces ten spowalnia dynamiczny rozwój tzw. wschodzących gospodarek, m.in. Chin, Indii i innych państw rozwijających się. Czy to słuszna konkluzja?

– Historia ostatnich lat mówi, że te rosnące potęgi Azji południowo-wschodniej były właśnie sprawcą kryzysu finansowego z końca lat 90., ponieważ są to jeszcze bardzo kruche gospodarki, które nie mają tak rozbudowanych środków zabezpieczających klientów. Dlatego powiedziałbym, że te kraje mogą nie tyle łagodzić kryzys, co wręcz go nasilać.

Obserwujemy w takim razie początek upadku siły amerykańskiej waluty na rynku międzynarodowym? Już teraz widać wzmocnienie wobec dolara nie tylko euro, ale też franka szwajcarskiego, a nawet złotego.

– Jeżeli ta korekta będzie trwała, dojdzie do odpływu kapitału z USA do innych państw, co spowoduje dalszy spadek wartości dolara, a umacnianie się walut bardziej stabilnych w obecnej sytuacji. Proces ten będzie trwał przynajmniej dopóty, dopóki Stany Zjednoczone nie uporają się z problemami sektora kredytów hipotecznych i nie zmniejszą deficytu budżetowego.

Czyli dopóki USA nie zakończą wojen w Iraku i Afganistanie najbardziej obciążających budżet amerykański?

– USA muszą po prostu obniżyć wydatki, czy na wojnę w Iraku, czy – powiedzmy – na utrzymanie bazy wojskowej na Filipinach albo w Niemczech…

…albo na budowę elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach?

– Być może. A może na system opieki medycznej czy system świadczeń społecznych. Jedno jest pewne – trzeba ograniczyć wydatki, także wydatki obywateli, co doprowadzi do obniżenia ich stopy życiowej. Można oczywiście jeszcze próbować zwiększyć dochody, ale to raczej musiałoby się wiązać ze wzrostem podatków, co nie jest dobrym pomysłem przed zbliżającymi się wyborami.

To będzie główny temat kampanii wyborczej w USA?

– Zapewne tak. To świetna oka

zja dla demokratów obarczenia winą za kryzys ekipy republikańskiej. Jednak ktokolwiek będzie rządził w Stanach Zjednoczonych, będzie musiał podjąć decyzję: albo ograniczyć wydatki, albo podnieść podatki, a być może zdecyduje się na jedno i drugie. Jeśli zdecyduje o cięciu wydatków, pozostaje jeszcze ciekawe pytanie – których? Dlatego ten temat może być również odkładany na czas po wyborach.

Polska odczuje skutki obecnego kryzysu? Jeśli tak, to w jaki sposób?

– Jeśli chodzi o system bankowy, na szczęście nie widać u nas oznak kryzysu. Jest on natomiast odczuwalny na rynku kapitałowym. Odbija się mianowicie na cenach rynkowych papierów wartościowych i jednostkach udziałowych funduszy inwestycyjnych. Ciekawa sytuacja występuje zwłaszcza na giełdzie, gdzie notuje się spadek notowań, które nie wynikają jednak z obniżenia wartości polskich przedsiębiorstw – one obiektywnie są w dobrej sytuacji, ale z klimatu finansowego za granicą. Nasz rynek kapitałowy jest bowiem powiązany z pozostałymi rynkami światowymi.

Możemy się jakoś przygotować na kryzys?

– Każdy powinien przygotowywać się na taką sytuację. Trzeba przede wszystkim uspokoić sytuację na naszej giełdzie. Spadek indeksów jest tam powolny, ale ciągły, co jest niepokojące. Giełda jest bowiem kluczową instytucją pozyskiwania funduszy dla przedsiębiorstw.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj