„Wojtek uratował mi życie”
Powiedzieć życiu TAK
Działo się to 40 lat temu. Pani Janina Malinowska spodziewała się dziecka. W tamtych czasach nie było badań USG ani takiej wiedzy medycznej, jak dziś. W pierwszym trymestrze ciąży, podczas wizyty u lekarza, okazało się, że kobieta ma mięśniaki na macicy. – Gdyby nie to, że zaszłam w ciążę, nie poszłabym do ginekologa, a wtedy mięśniaki zrakowaciałyby i nie muszę mówić, co by się stało. Mój syn uratował mi życie – podkreśla pani Janina, dodając, że dziś jest szczęśliwą matką, a jej syn każdego dnia walczy o życie nienarodzonych.
Do rozmowy o swoim trudnym doświadczeniu sprowokowała panią Janinę obecna dyskusja o konieczności wzmocnienia życia w Konstytucji RP poprzez dopisanie do niej słów: „od poczęcia do naturalnej śmierci”.
– Czekałam jakiś czas, by się przekonać, że rzeczywiście noszę dzieciątko w swoim łonie. Potem poszłam do bardzo znanej w Krakowie doktor ginekolog, która przebadała mnie i skierowała na specjalistyczne badania. Umówiła się ze mną na kolejną wizytę, mówiąc, że coś jej się nie podoba. Chciała skonsultować mnie z drugim lekarzem, więc w określonym czasie zgłosiłam się do niego. Wtedy pani doktor potwierdziła, że jestem w ciąży. Jej zdaniem, mój stan był tak zły, iż nawet nie rokował, że będę mogła normalnie poronić – wspomina Janina Malinowska.
Opatrzność czuwała
Diagnoza drugiego lekarza była identyczna. Pani Janina usłyszała słowa: „Tu bez operacji się nie obejdzie”. – To był dla mnie kubeł zimnej wody, gdyż było to moje pierwsze dziecko – podkreśla pani Malinowska.
Ci, którzy wiedzieli, że ze zdrowiem pani Janiny jest coś nie tak (szczególnie mąż i siostra lekarka), bali się o nią i o dziecko. Byli i tacy, którzy podpowiadali aborcję, poronienie. – Nikt jednak nie powiedział tego przy mnie wprost, bo wszyscy wiedzieli, jak bardzo kocham dzieci – mówi.
Po jakimś czasie pani Janina za radą swojej siostry lekarki, udała się do kolejnego ginekologa. Po przebadaniu lekarz stwierdził, że jest niedobrze, nie podał jednak diagnozy. Pani Janinie groziło zakażenie organizmu. – Lekarz zapytał, co chcę dalej robić. Odpowiedziałam, że jestem bezradna, że nie wiem. Bałam się o dziecko, bałam się o siebie. Opatrzność Boża jednak czuwała nade mną i nad Wojtkiem, gdyż trafiłam na wspaniałych lekarzy – podkreśla.
Lekarz umówił się z panią Janiną w szpitalu im. Narutowicza w Krakowie. W ustalonym terminie kobieta zgłosiła się do niego i po badaniu lekarz zapytał: „Decyduje się pani usunąć to dziecko?” – Odpowiedziałam, że nie, ale boję się o moje maleństwo. Wtedy lekarz powiedział mi kilka bardzo pięknych i serdecznych słów, i zakończył: „Będziemy ratować i dziecko, i panią. A wszystko w ręku Boga”. Nie potrzeba mi było mocniejszych słów. Odpowiedziałam, że ja także wszystko powierzam Bogu, bo bardzo chciałam mieć to dzieciątko – wspomina pani Malinowska.
Konieczna operacja
W odpowiednim terminie pani Janina zgłosiła się ponownie do szpitala, tym razem na operację, gdyż zdaniem lekarzy, tylko w ten sposób mogła uratować życie swoje i dziecka. – Choć wcześniej bardzo przeżywałam każde skaleczenie czy zastrzyk, tym razem byłam niezwykle spokojna, choć wiedziałam, co może się stać – opowiada Janina Malinowska.
Operacja rozpoczęła się o godzinie 7.00, a zakończyła o 13.00. Okazało się, że na macicy pani Janiny znajdowało się kilka mięśniaków, z których największy był wielkości główki sześciomiesięcznego dziecka. – Przy moim łóżku przez cały czas znajdowali się jacyś lekarze, studenci. Obserwowali mnie, gdyż byłam wyjątkowym przypadkiem medycznym. Przez cały czas pozostawałam pod kontrolą lekarzy, którzy obawiali się, czy nie trzeba będzie kolejny raz otwierać brzucha – wyjaśnia kobieta. Na szczęście rany goiły się bardzo dobrze i szybko.
Urodził się syn
Lekarze zapowiedzieli pani Janinie, że nie będzie mogła urodzić dziecka siłami natury. Istniało realne zagrożenie, że w trakcie porodu może pęknąć macica. – Pani doktor nakazała mi, abym do czasu porodu chodziła w specjalnym pasie. Ja jednak bałam się, żeby maluszka nie pościskać, nie zrobić mu krzywdy, więc nie nosiłam tego pasa. Zawierzyłam wszystko Matce Najświętszej – wyjaśnia pani Malinowska. – Te 9 miesięcy – pomimo takich trudnych spraw – wspominam jako jeden z najcudowniejszych okresów w moim życiu. Czułam się lekka, szczęśliwa, pełna pogody ducha. Jakże wspaniale było czuć ruchy dziecka, wyobrażać sobie, jak wygląda, czy rusza ręką, czy nogą, czy jest to chłopiec, czy dziewczynka. To dawało mi niewyobrażalną radość – dodaje.
23 września 1968 roku pani Janina zgłosiła się do szpitala. Dzień później na świat poprzez cesarskie cięcie przyszedł syn Wojciech.
W służbie życiu
– Kiedy wybudziłam się po cesarce, zapytałam pielęgniarki, czy moje dziecko jest zdrowe. Płakałam z radości, bo tak pragnęłam mieć syna. Nigdy nie zapomnę jego pierwszego płaczu, kiedy leżał przy mnie. Rozwinęłam go z becika i oglądałam. Tak bardzo się nim cieszyłam!
Wszystkie trudne chwile udało się jej przeżyć dzięki modlitwie do Matki Bożej Nieustającej Pomocy i do Serca Pana Jezusa. – Wiele godzin, które spędziłam w szpitalu, modliłam się na Różańcu, prosząc Matkę Bożą, by uratowała mnie i moje dziecko – wyznaje matka.
Pani Janina podkreśla, że Wojtek uratował jej życie. Kiedy urodziła synka, lekarze powiedzieli, że po jakimś czasie mięśniaki zezłośliwiałyby i pewnie wkrótce by zmarła. – To, że byłam w ciąży, zmusiło mnie niejako do wizyty u ginekologa, i dzięki temu dowiedziałam się, że mam mięśniaki.
Dziś Wojtek jest największą radością życia pani Janiny. – Teraz mogę powiedzieć, że podwójną radością, gdyż syn ożenił się i mam dwoje wnucząt. Każdego dnia proszę Boga o łaski dla nich i błagam o błogosławieństwo w ich dalszym życiu – wyznaje szczęśliwa teraz babcia.
Syn pani Janiny każdego dnia staje w obronie nienarodzonych dzieci u boku dr. inż. Antoniego Zięby. Przez jego ręce przechodzą ulotki pro-life, filmy itp. – Jestem bardzo dumna z Wojtka. Cieszę się, że ma taką pracę i że służy najbardziej bezbronnym i najmniejszym – podkreśla Janina Malinowska. Na koniec mówi: – Wiem, że nigdy bym nie zamieniła dziecka na karierę zawodową czy podobne wartości materialne. Dziecko jest niepowtarzalnym darem Boga, jest cudem tak w okresie prenatalnym, jak i później, kiedy dorasta.
