Nowe fałsze Grossa (10): Zbrodnie bezpieki i sądownictwa
jest sprzeczne z podstawowymi faktami ustalanymi przez historyków. Cytowałem
już w poprzednim szkicu uwagi
o – łagodnie mówiąc – "nadreprezentacji Żydów w UB", sformułowane przez historyka
prof. Andrzeja Paczkowskiego. Gross, skądinąd chętnie cytujący akurat prof. Paczkowskiego,
całkowicie pominął jego ocenę na temat "nadreprezentacji Żydów". Jednoznacznie
pisze o "nadreprezentatywności Żydów w UB" inny czołowy historyk IPN-owski dr
hab. Jan Żaryn w swym najnowszym opracowaniu książce "Wokół pogromu kieleckiego"
(Warszawa 2006, s. 86). O bardzo niefortunnych dysproporcjach, wynikających z
nadmiernej liczebności Żydów w UB, pisali również niejednokrotnie dużo rzetelniejsi
od Grossa autorzy żydowscy, np. Michael Chęciński, były funkcjonariusz informacji
wojskowej LWP, w wydanej w 1982 r. w Nowym Jorku książce "Poland. Communism,
Nationalism, Anti-semitism" (s. 63-64). Żydowski autor wydanej w Paryżu w 1984
r. książki "Les Juifs en Pologne et Solidarność" ("Żydzi w Polsce i Solidarność")
Michel Wiewiórka pisał na s. 122: "Ministerstwo spraw wewnętrznych, zwłaszcza
za wyjątkiem samego ministra, było kierowane w różnych departamentach przez Żydów,
podczas gdy doradcy sowieccy zapewniali kontrolę jego działalności".
Zwróćmy przy tym uwagę na inną bardzo znaczącą manipulację Grossa. Na szeregu
stron "Strachu" stara się on całkowicie zanegować wobec amerykańskich czytelników
jakiekolwiek znaczenie roli Żydów w UB. Równocześnie jednak Gross całkowicie
przemilcza bardzo duże wpływy, wręcz dominację żydowskich komunistów w innych
sferach władzy, takich jak sądownictwo, propaganda czy gospodarka. W ponad 50-stronicowej
części książki poświęconej "żydokomunie" nawet jednym zdaniem nie wspomina o
tym amerykańskim czytelnikom, cynicznie utrzymując ich w totalnej nieświadomości
na ten temat. Typowy przykład "uczciwości" pisarskiej Grossa! Powróćmy jednak
do sprawy roli Żydów w bezpiece. Gross przemilcza fakt, że jej wyjątkowość polegała
nie tylko na tak usilnie podważanej przez niego nadmiernej liczebności, lecz
także na splamieniu się przez żydowskich funkcjonariuszy UB bardzo wielu przykładami
ogromnego okrucieństwa, brakiem jakichkolwiek skrupułów i brutalnym łamaniem
prawa wobec polskich więźniów politycznych. Rzecz znamienna – złowieszcza rola
żydowskich funkcjonariuszy jest widoczna w każdej bardziej znaczącej zbrodni
UB, od ludobójczych mordów w obozie w Świętochłowicach począwszy, poprzez sądowe
mordy na generale Fieldorfie "Nilu" i rotmistrzu Pileckim po proces
gen. Tatara i współoskarżonych wyższych wojskowych. Czy to był przypadek?
Zbrodnie bezpieki
Pominę tu dokładne relacjonowanie jednej z najhaniebniejszych zbrodni UB na
gen. "Nilu" (Emilu Auguście Fieldorfie), szeroko opisanej przeze mnie w "Naszym
Dzienniku" z 2 i 16 grudnia 2002 roku. Przypomnę tylko, że główni winowajcy
zabójstwa tego polskiego bohatera to w przeważającej części żydowscy komuniści.
Była wśród nich czerwona prokurator Helena Wolińska (Fajga Mindla-Danielak),
która zadecydowała o bezprawnym aresztowaniu gen. Fieldorfa, a później równie
bezprawnie przedłużała czas jego aresztowania. Wyrok śmierci na generała
w sfabrykowanym procesie wydała sędzina komunistka żydowskiego pochodzenia
Maria Gurowska z domu Sand, córka Moryca i Frajdy z domu Einseman. Dodajmy
do tego żydowskie pochodzenie trzech z czterech osób wchodzących w skład
kolegium Sądu Najwyższego, które zatwierdziły wyrok śmierci na polskiego
bohatera (sędziego dr. Emila Merza, sędziego Gustawa Auscalera i prokurator
Pauliny Kern). Cała trójka później dożywała ostatnich lat swego życia w Izraelu.
Przypomnijmy również, że wcześniej w rozprawie pierwszej instancji oskarżał
gen. "Nila" jeden z najbezwzględniejszych prokuratorów żydowskiego pochodzenia
Benjamin Wajsblech. Dodajmy, że prawdopodobnie sam Józef Różański (Goldberg)
wręczał przesłuchującemu gen. Fieldorfa porucznikowi Kazimierzowi Górskiemu
tzw. pytajniki, tj. odpowiednio spisane zestawy pytań, które miał zadawać
więźniowi (wg P. Lipiński, Temat życia: wina, Magazyn "Gazety Wyborczej",
18 listopada 1994 r.). Warto przypomnieć w tym kontekście fragment rozmowy
Sławomira Bilaka z Marią Fieldorf-Czarską, córką zamordowanego generała.
Powiedziała ona m.in.: "Pytam się dlaczego nikt nie mówi, że w sprawie mego
ojca występowali wyłącznie sami Żydzi? Nie wiem, dlaczego w Polsce wobec
obywatela polskiego oskarżali i sądzili Żydzi" (cyt. za: Temida oczy ma zamknięte.
Nikt nie odpowie za śmierć mojego ojca, "Nasza Polska", 24 lutego 1999 r.).
Przypomnijmy teraz jakże haniebną sprawę wydania wyroku śmierci na jednego
z największych polskich bohaterów rotmistrza Witolda Pileckiego i stracenia
go w 1948 roku. Człowieka, który dobrowolnie dał się aresztować, aby trafić
do Oświęcimia i zbadać prawdę o sytuacji w obozie, a później stał się tam twórcą
pierwszej obozowej konspiracji. Oficera, którego wybitny angielski historyk
Michael Foot nazwał "sumieniem walczącej przeciw hitlerowcom Europy" i jedną
z kilku najwybitniejszych i najodważniejszych postaci europejskiego Ruchu Oporu.
Otóż – jak pisał na temat sprawy rotmistrza Pileckiego i współoskarżonych z
nim w procesie Tadeusz M. Płużański: "Wyroki zapadły już wcześniej – wydał
je dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg Różański [podkr. J.R.N.].
Podczas jednego z przesłuchań powiedział Płużańskiemu: "Ciebie nic nie uratuje.
Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb, i to
będzie taka zwykła ludzka śmierć" (por. T.M. Płużański, Prokurator zadań specjalnych,
"Najwyższy Czas", 5 października 2002 r.). Warto przy okazji stwierdzić, że
jednym z członków kolegium Najwyższego Sądu Wojskowego, który 3 maja 1948 r.
zatwierdził wyrok śmierci na Pileckim, wykonany 25 maja 1948 r., był sędzia
Leo Hochberg, syn Saula Szoela (wg T.M. Płużański, Prawnicy II RP, komunistyczni
zbrodniarze, "Najwyższy Czas", 27 października 2001 r.).
Pominę tu szersze relacjonowanie jednej z najczęściej przypominanych zbrodni
– ludobójczego wymordowania około 1650 niewinnych więźniów w ciągu niecałego
roku przez Salomona Morela i podległych mu żydowskich oprawców z UB (zob. na
ten temat szerzej książkę autora jakże rzetelnego żydowskiego samorozrachunku
Johna Sacka "Oko za oko", Gliwice 1995). Przypomnę tu tylko jedną z ulubionych
"zabaw" ludobójczego "kata ze Świętochłowic" S. Morela, polegającą na ustawianiu
piramid z ludzi, którym kazał się kłaść czwórkami jedni na drugich. Gdy stos
ciał był już dostatecznie duży, wskakiwał na nich, by jeszcze zwiększyć ciężar.
Po takich "zabawach" ludzie z górnych części stosu wychodzili w najlepszym
wypadku z połamanymi żebrami, natomiast dolna czwórka lądowała w kostnicy.
Dużo mniej znane są późniejsze zbrodnie, popełnione przez Morela na młodocianych
polskich więźniach politycznych "reedukowanych" w obozie w Jaworznie. Morel
zastąpił tam na stanowisku komendanta kapitana NKWD Iwana Mordasowa. W książce
Marka J. Chodakiewicza, Żydzi i Polacy 1918-1945 (Warszawa 2000, s. 410), czytamy:
"Między 1945 a 1949 rokiem w obozie w Jaworznie zmarło około 10 tysięcy więźniów".
Te aż tak przerażające dane liczbowe brzmią wprost niewiarygodnie i wymagają
gruntownego sprawdzenia, choć Chodakiewicz przytacza je za źródłową pracą M.
Wyrwicha, (Łagier Jaworzno, Warszawa 1995). Różne relacje potwierdzają w każdym
razie wyjątkowe okrucieństwo okazywane wobec młodocianych polskich więźniów
przez komendanta Morela. Począwszy od witania przez niego kolejnych transportów
młodocianych więźniów typowym dlań powitaniem: "Popatrzcie na słońce, bo niektórzy
widzą je po raz ostatni!". Czy słowami: "Jesteście bandytami, pokażemy wam
tutaj, co znaczy wojowanie przeciwko władzy ludowej". (Oba cytaty za tekstem
napisanego przez Mieczysława Wiełę "Listu otwartego do premiera rządu RP" ("Jaworzniacy"
nr 2/29 z lutego 1999 r.). Poza katuszami fizycznymi Morel lubił zadawać swoim
ofiarom różne udręki psychiczne. Na przykład kazał pisać po tysiąc razy: "Nienawidzę
Piłsudskiego" (wg M. Wyrwich, Łagier Jaworzno, Warszawa 1995, s. 90). Ludobójczy
zbrodniarz S. Morel dostaje wciąż polską rentę – mniej więcej 5 tys. zł.
Czołowy historyk IPN dr hab. Jan Żaryn pisał niedawno: "Doświadczenia z lat
1944-1945 jedynie utrwalały stereotyp żydokomuny. NKWD przy pomocy pozostałych
Żydów urządza krwawe orgie – meldował Władysław Liniarski Mścisław, komendant
Okręgu AK w Białymstoku w styczniu 1945 r. do polskiego Londynu. (…) Polacy
po wojnie, używając hasła żydokomuna, posługiwali się zatem stereotypem wytworzonym
przez samych Żydów komunistów. Żydzi stawali się zatem współodpowiedzialnymi
za cierpienia Polaków, w tym za utratę – po raz kolejny – niepodległości państwowej.
Do rodzin docierały szczegóły tortur, jakim byli poddawani w ubeckich kazamatach
ich najbliżsi – często żołnierze podziemia niepodległościowego. Gdy wyszedłem
z karceru, zaraz wzięli mnie na górę i enkawudzista Faber [Samuel Faber – przypis
J. Żaryna], (kto on był, nie wiem, czy to Polak, czy Rosjanin, na pewno Żyd)
(…) kazał mnie związać. Zawiązali mi usta szmatą i między ręce i nogi wsadzili
mi kij, na którym mnie zawiesili, po czym do nosa zaczęli mi wlewać chyba ropę.
Po jakimś czasie przestali. Przytomności nie straciłem, więc wszystko do końca
czułem. Dostałem od tego krwotoku (…) – wspominał Jakub Górski Jurand,
żołnierz AK (…). Inny działacz podziemia niepodległościowego, Mieczysław
Grygorcewicz, tak zapamiętał pierwsze dni pobytu w areszcie NKWD i UB w Warszawie:
(…) Na pytania zadawane przez Światłę – szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa
początkowo nie odpowiadałem, byłem obojętny na wszystkie groźby i krzyki, opanowała
mnie apatia, przede mną stanęła wizja śmierci. Przecież jestem w rękach wroga,
i to w rękach żydowskich, których w UB nie brakowało. Poczułem do nich ogromny
wstręt, przecież miałem do czynienia z szumowiną społeczną, przeważnie wychowaną
w rynsztoku nalewkowskim. Światło – Żyd z pochodzenia, mając pistolet w ręku,
oświadczył mi, że jeżeli nie podam swego miejsca zamieszkania, strzeli mi w
łeb (…) Światło przyprowadził Halickiego, kierownika sekcji śledczej, który
również był Żydem, i ten rozpoczął śledztwo wstępne (…) Oficerowie ubowscy
zmieniali się często (…). Szczególnie jeden z nich brutalnie i ordynarnie
do mnie się odzywał, groził karą śmierci bez sądu. Jak się później dowiedziałem
od śledczego porucznika Łojki – był to sam Różański, zastępca Radkiewicza,
ministra bezpieczeństwa. W takiej sytuacji i wśród tej zgrai żydowskiej byłem
przygotowany na najgorsze, nawet na rozstrzelanie (…)". (cyt. za J. Żaryn,
Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947,
we: "Wokół pogromu kieleckiego", Warszawa 2006, s. 86-88).
Przypomnijmy, że wymieniony tu Józef Różański (Goldberg), dyrektor Departamentu
Śledczego w MBP zyskał sobie zasłużoną sławę najokrutniejszego kata bezpieki.
Od byłego oficera AK Kazimierza Moczarskiego, który był jedną z ofiar "piekielnego
śledztwa" prowadzonego pod nadzorem Różańskiego, wiemy, jakie były metody katowania
więźniów przesłuchiwanych w MBP. Spośród 49 rodzajów maltretacji i tortur,
którym go poddawano, Moczarski wymienił m.in.:
"1. bicie pałką gumową specjalnie uczulonych miejsc ciała (np. nasady nosa,
podbródka i gruczołów śluzowych, wystających części łopatek itp.);
2. bicie batem, obciągniętym w tzw. lepką gumę, wierzchniej części nagich stóp
– szczególnie bolesna operacja torturowa;
3. bicie pałką gumową w pięty (seria po 10 uderzeń na piętę – kilka razy dziennie);
4. wyrywanie włosów ze skroni i karku (tzw. podskubywanie gęsi), z brody, z
piersi oraz z krocza i narządów płciowych;
5. miażdżenie palców między trzema ołówkami (…);
6. przypalanie rozżarzonym papierosem okolicy ust i oczu; (…)
8. zmuszanie do niespania przez okres 7-9 dni (…) (cyt. za K. Moczarski,
Piekielne śledztwo, "Odrodzenie", 21 stycznia 1989 r.).
Inny żydowski dygnitarz MBP – Józef Światło nadzorował tajne więzienie w Miedzeszynie,
gdzie do metod wydobywania zeznań należało m.in. skazywanie na klęczenie na
podłodze z cegieł z podniesionymi do góry rękami przez 5 godzin, przepędzanie
nago korytarzami z jednoczesnym chłostaniem stalowymi prętami, bicie pałką
splecioną ze stalowych drutów (wg T. Grotowicz, Józef Światło, "Nasza Polska",
22 lipca 1998 r.). O tych wszystkich okrucieństwach i zbrodniach żydowskich
katów z UB nie znajdziemy nawet jednego zdania informacji w książce Grossa,
tak chętnie i obszernie rozpisującego się o zbrodniach popełnionych przez Polaków
na Żydach.
Warto przypomnieć, że Różański (Goldberg) był odpowiedzialny za działanie tajnej
grupy ubeckich morderców, którzy na jego polecenie potajemnie mordowali w lesie
wybranych żołnierzy AK i porywanych z ulicy ludzi. Tak zamordowano m.in. formalnie
zwolnionego z aresztu byłego kapelana 27. dywizji AK księdza Antoniego Dąbrowskiego.
Wśród skrytobójczo zamordowanych po wywiezieniu z więzienia do lasu był m.in.
pułkownik AK Aleksander Bielecki, na którym bezpiece nie udało się wymusić
oczekiwanych zeznań, oraz jego żona.
Warto przypomnieć, że żydowski komunista Leon Kasman, przez wiele lat redaktor
naczelny organu KC PZPR "Trybuny Ludu", był tym działaczem, który najgwałtowniej
gardłował za zaostrzeniem represji wobec przeciwników politycznych podczas
obrad Biura Politycznego KC PPR w październiku 1944 roku. "Wsławił się" wówczas
powiedzeniem: "Przerażenie ogarnia, że w tej Polsce, w której partia jest hegemonem,
nie spadła nawet jedna głowa" (cyt. za P. Lipiński, Bolesław Niejasny, Magazyn
"Gazety Wyborczej", 3 maja 2000 r.). I głowy polskich patriotów, głównie AK-owców,
zaczęły spadać w przyspieszonym tempie na skutek rozpętanej wówczas pierwszej
wielkiej fali terroru przeciw Narodowi. I tak np. w grudniu 1944 r. doszło
do rozstrzelania pięciu AK-owców w piwnicy domu przed Zamkiem Lubelskim. Ich
sprawę prowadził prokurator wojskowy narodowości żydowskiej (wg: Mgr Marek
Kolasiński, sędzia Sądu Apelacyjnego w Lublinie, Raport o sądowych morderstwach,
Warszawa 1994, s. 108).
Jaskrawe przykłady okrucieństwa żydowskich śledczych wobec przesłuchiwanych
polskich oficerów znajdujemy w tzw. sprawie bydgoskiej. Jerzy Poksiński opisał
np., jak to "kpt. Mateusz Frydman chwytał przesłuchiwanych oficerów za gardło
i tłukł ich głową o ściany, powiedział do majora Krzysika: "Zastrzelę cię,
a grób zaorzę, aby ci Anders nie mógł pomnika wystawić" (por. J. Poksiński,
TUN. Tatar – Utnik – Nowicki, Warszawa 1992, s. 38). W sprawie bydgoskiej zmarł
zamęczony płk Józef de Meksz. W toku innej sfabrykowanej sprawy niewinnych
oficerów, tzw. sprawy zamojsko-bydgoskiej, zmarł zamęczony w więzieniu płk
Julian Załęski. Stracił on życie jako ofiara okrutnych tortur nakazanych przez
jednego z najbezwzględniejszych żydowskich oprawców – szefa Głównego Zarządu
Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, zwanego "krwawym Kuhlem" (por.
A.K. Kunert – J. Poksiński, Płk Stefan Kuhl, "Życie Warszawy", 24 lutego 1993
r.).
Dyrektor departamentu V MBP żydowską komunistkę Lunę Brystygierową, wyspecjalizowaną
w prześladowaniu Kościoła katolickiego i inteligencji patriotycznej, nazywano
"krwawą Luną" z powodu wyjątkowej bezwzględności, z jaką przesłuchiwała więźniów.
Żołnierz AK i były więzień polityczny Anna Rószkiewicz-Litwinowiczowa pisała
w swych wspomnieniach, iż: "Julia Brystygierowa słynęła z sadystycznych tortur
zadawanych młodym więźniom, była zdaje się zboczona na punkcie seksualnym,
i tu miała pole do popisu" (por. A. Rószkiewicz-Litwinowiczowa, Trudne decyzje.
Kontrwywiad Okręgu Warszawa AK 1943-1944. Więzienie 1949-1954, Warszawa 1991,
s. 106).
Do najhaniebniejszych spraw należało aresztowanie w 1947 r. na podstawie sfabrykowanych
oskarżeń majora Mieczysława Słabego, byłego lekarza westerplatczyków, najsłynniejszej
bohaterskiej formacji polskiej wojny obronnej 1939 roku. Major Słaby już po
kilku miesiącach przesłuchań zmarł w wieku zaledwie 42 lat na skutek ran odniesionych
podczas śledztwa. Jego sprawę prowadził wiceprokurator mjr S.D. Mojsezon (Mojżeszowicz),
Żyd z pochodzenia. On to napisał własnoręczne rzekome "zeznania" mjr. Słabego,
przyznającego się w nich do tego, jakoby "działał na szkodę państwa polskiego".
Majora Słabego nakłoniono zaś odpowiednimi metodami do podpisania sformułowanych
przez prokuratora Mojsezona zeznań. Skatowany major umarł przed skazaniem i
wyrokiem.
Na wyjaśnienie ciągle czeka po dwukrotnych umorzeniach śledztwa (w 1993 i 1995
r.) sprawa kulisów śmierci w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego
jednego z bohaterów książki Aleksandra Kamińskiego z batalionu "Zośka" – Jana
Rodowicza ps. "Anoda". Był jedną z postaci słynnych z niewiarygodnej wręcz
odwagi, poświęcenia i zdolności do ryzyka. Za swe wojenne zasługi był odznaczony
Krzyżem Walecznych (dwukrotnie) i Krzyżem Virtuti Militari. Wszechstronnie
uzdolniony, studiował na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, gdy
padł ofiarą represji. Aresztowano go w wigilię Bożego Narodzenia 1948 r. i
zabrano do ubeckiej katowni. Jego przesłuchiwaniami kierował naczelnik V Departamentu
MBP major żydowskiego pochodzenia Wiktor Herer (później profesor ekonomii).
Zaledwie w dwa tygodnie po aresztowaniu legendarny "Anoda" zginął w gmachu
MBP. Z informacji złożonych w prokuraturze przez innego członka batalionu "Zośka",
uwięzionego w tym samym czasie, co "Anoda", Rodowicz został zastrzelony przez
Bronisława K. z MBP. Były naczelnik w MBP Wiktor Herer zaprzeczył wersji o
zamordowaniu "Anody". Podtrzymał starą oficjalną wersję, jakoby "Anoda" popełnił
samobójstwo, skacząc na parapet otwartego okna i wyskakując z czwartego piętra.
Wersja ta wydaje się dość nieprawdopodobna, choćby ze względu na to, że był
wówczas środek zimy – 7 stycznia 1949 r. Jak więc wytłumaczyć twierdzenie,
że w takim czasie w budynku MBP na czwartym piętrze było otwarte okno?
Generalnie ciągle za mało znane są liczne zbrodnie popełnione w różnych województwach
na polecenie i pod dowództwem miejscowych żydowskich ubeków. Typowym przykładem
pod tym względem jest sprawa zbrodni na 16 Polakach – zdemobilizowanych żołnierzach
AK i NSZ dokonanej w Siedlcach 12 i 13 kwietnia 1945 roku. W toku postępowania
prokuratorskiego w labach 90. bezspornie udowodniono, że mordu dokonali pracownicy
Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Siedlcach. W czasie zbrodni
szefem ówczesnego UB w Siedlcach był por. Edward Słowik, oficer narodowości
żydowskiej, mający za "doradcę" oficera NKWD – majora Timoszenkę. W momencie
zbrodni w całym ówczesnym siedleckim UB na około 50 pracowników, około 20 było
narodowości żydowskiej. Według historyka Marka J. Chodakiewicza, większość
uczestników porwań i zabójstw 16 byłych żołnierzy podziemia niepodległościowego
w Siedlcach, a wśród nich Braun (Bronek) Blumsztajn i Hersz Blumsztajn, została
przeniesiona służbowo do innych miejscowości (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit.,
s. 466).
Spośród zbrodniczych oficerów śledczych żydowskiego pochodzenia warto osobno
wymienić majora (Izaaka) Ignacego Maciechowskiego, zastępcę szefa Wydziału
IV GZI w latach 1949-1951. Według raportu komisji Mazura prowadził on śledztwo
wymierzone przeciw gen. Tatarowi, płk. Uziębło, płk. Sidorskiemu, płk. Barbasiewiczowi,
płk. Jurkowskiemu i mjr. Wackowi przy użyciu bardzo brutalnych metod przesłuchań.
Kilku z torturowanych przez Maciechowskiego oficerów po przyznaniu się do "win"
zostało skazanych przez stalinowskie sądy na karę śmierci płk Ścibor, płk Barbasiewicz
i płk Sidorski (por. T. Grotowicz, Ignacy Maciechowski, "Nasza Polska" z 10
lutego 1999).
Mordercy sądowi
Osobny obszerny temat, który tu przedstawiam bardzo skrótowo, to sprawa rozlicznych
odpowiedzialnych sędziów żydowskiego pochodzenia typu wspomnianej już prokurator
Heleny Wolińskiej (Fajgi Mindla-Danielak) czy sędziny Marii Gurowskiej. Wymieńmy
tu m.in. takie osoby, jak zastępcę prokuratora generalnego PRL Henryka Podlaskiego,
zastępcę szefa Najwyższego Sądu Wojskowego i szefa Zarządu Wojskowego Oskara
Szyję Karlinera (doprowadził on do takiego opanowania stanowisk w tym zarządzie
przez oficerów żydowskiego pochodzenia, że instytucję tę złośliwie nazywano
"Naczelnym Rabinatem Wojska Polskiego"), szefa Głównego Zarządu Informacji
Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, prokuratora Benjamina Wajsblecha, sędziego
Stefana Michnika, ppłk. Filipa Barskiego (Badnera), kpt. Franciszka Kapczuka
(Nataniela Trau), prokuratora Henryka Holdera, sędziego Najwyższego Sądu
Wojskowego Marcina Danziga, sędziego płk. Zygmunta Wizelberga, sędziego Aleksandra
Wareckiego (Weishaupta), prokuratora płk. Kazimierza Graffa, sędziego Emila
Merza, płk. Józefa Feldmana, płk. Maksymiliana Lityńskiego, płk. Mariana
Frenkla, płk. Nauma Lewandowskiego, prokuratorów w Prokuraturze Generalnej:
Benedykta Jodelisa, Paulinę Kern, płk. Feliksa Aspisa, płk. Eugeniusza Landsberga,
etc., etc. Dość przypomnieć, że tylko w 1968 r. wyjechało około 1000 osób
z dawnego aparatu władzy, skompromitowanych udziałem w służbach specjalnych
UB, etc. (według informacji podanej 12 marca 1993 r. w audycji telewizyjnej
przez wybitnego badacza najnowszej historii płk. J. Poksińskiego). A przypomnijmy,
że część żydowskich ubeków i morderców sądowych, najbardziej skompromitowanych
działaniami w aparacie terroru, opuściła Polskę już wcześniej, w pierwszych
latach po 1956 r. Porównajmy te dane ze skrajnie próbującym pomniejszyć rolę
Żydów w aparacie represji J.T. Grossem, wypisującym na s. 236 uwagi o "paru
tuzinach Żydów" (czy 67, 131, czy nawet 438), "działających jako pachołki
Stalina".
Wspomnę tu tylko bardzo skrótowo o kilku mało świetlanych postaciach z kręgu
sądownictwa. Do najbardziej bezwzględnych prokuratorów żydowskiego pochodzenia
należał Kazimierz Graff, syn kupca Maurycego Graffa i nauczycielki Gustawy
Simoberg, były przewodniczący Warszawskiego Akademickiego Komitetu Antygettowego
w latach 1937-1938. 26 lutego 1946 r. jako wiceprokurator Wydziału do Spraw
Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach podczas sesji wyjazdowej w Sokołowie
Podlaskim doprowadził do skazania na karę śmierci 10 żołnierzy AK. Już następnego
dnia Graff wydał rozkaz rozstrzelania skazanych AK-owców, "aby nie zdążyli
złożyć przysługującej im z mocy prawa prośby o ułaskawienie" (wg: T.M. Płużański,
Przypadek prokuratora Graffa, "Najwyższy Czas", 6 lipca 2002 r.). Dzięki swej
bezwzględności po serii mordów sądowych Graff szybko awansował do rangi zastępcy
Naczelnego Prokuratora Wojskowego w randze pułkownika. Był głównym oskarżycielem
w sprawie Konspiracyjnego Wojska Polskiego dowodzonego przez kpt. Stanisława
Sojczyńskiego "Warszyca", doprowadzając do wydania wyroków śmierci na "Warszyca"
i szereg innych współoskarżonych. Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko
Narodowi Polskiemu ustaliła, że w sprawie tej "miało miejsce morderstwo sądowe"
(por. tamże). Graff "zasłynął" m.in. jako współautor aktu oskarżenia w sfabrykowanym
procesie gen. S. Tatara i innych wyższych wojskowych, mającym wykryć "spisek
w wojsku" (por. tamże). Opracowany przezeń akt oskarżenia uznany został jednak
za zawierający wiele oskarżeń "zbyt naiwnych i musieli go przerabiać dwaj dużo
bardziej doświadczeni od Graffa spece od stalinowskich śledztw – A. Fejgin
i J. Różański.
Morderca sądowy Stefan Michnik, brat obecnego redaktora naczelnego "Gazety
Wyborczej" Adama Michnika, błyskawicznie awansował w wieku zaledwie 27 lat
do rangi kapitana, mimo że nie posiadał matury. "Zasłużył się" tak swą gorliwością
w sfabrykowanych procesach politycznych. Już jako podporucznik był sędzią wydającym
wyroki w sfabrykowanych procesach mjr. Zefiryna Machalli, płk. Maksymiliana
Chojeckiego, mjr. Jerzego Lewandowskiego, płk. Stanisława Weckiego, mjr. Zenona
Tarasiewicza, ppłk. Romualda Sidorskiego, ppłk. Aleksandra Kowalskiego. 10
stycznia 1952 r. stracono w wieku 37 lat skazanego na śmierć przez S. Michnika
mjr. Z. Machallę (został zrehabilitowany pośmiertnie 4 maja 1956 r.). 8 grudnia
1954 r. zmarł w niecały miesiąc po udzieleniu mu przerwy w wykonaniu kary więzienia
skazany przez Michnika na karę 13 lat więzienia płk Stanisław Wecki. Na szczęście
nie wykonano wyroków śmierci na skazanych przez S. Michnika na śmierć płk.
M. Chojeckim i mjr. J. Lewandowskim. W 1951 r. został stracony z wyroku S.
Michnika mjr Karol Sęk (w procesie podlaskiego NSZ). W tym samym procesie podlaskiego
NSZ Michnik wydał jeszcze dwa wyroki śmierci: jeden wykonano (na Stanisławie
Okunińskim), inny (na Tadeuszu Moniuszce) złagodzono na dożywocie. W "Życiu"
z 11 lutego 1999 r. pisano, że według informacji redakcji S. Michnik wydał
około 20 wyroków śmierci w procesach politycznych.
A swoją drogą, ciekawe, w jaki sposób Kieresowski IPN wycofał się po cichu,
rakiem, z szumnie zapowiedzianej obietnicy wystąpienia do Szwecji o ekstradycję
Stefana Michnika. Mam przed sobą numer "Życia Warszawy" z 10 sierpnia 2000
roku, w którym nie kto inny, jak prof. Witold Kulesza, po dziś dzień szef pionu
śledczego w IPN, szumnie zapowiadał, że Instytut Pamięci Narodowej będzie się
domagał ekstradycji Stefana Michnika. Ciekawe, jakie to względy (czyżby troska
o to, żeby nie osłabiać "autorytetu" Adama Michnika?) zdecydowały o wycofaniu
się z tej zapowiedzi? Warto przy tym zapytać, dlaczego Kieresowskim władzom
IPN zabrakło elementarnej uczciwości i odwagi do publicznego poinformowania
o motywach wycofania się z zapowiedzianych żądań ekstradycji S. Michnika? Czy
IPN pod nowym kierownictwem zdobędzie się na wystąpienie o wydanie Polsce tego
mordercy sądowego?
Wśród innych morderców sądowych warto wspomnieć m.in. o przypadku szefa Prokuratury
Wojskowej w Warszawie płk. Eugeniusza Landsberga. Został on uratowany w czasie
wojny dzięki schronieniu danym mu przy kościele katolickim. Odpłacił się za
nie licznymi wyrokami śmierci na polskich patriotów w sfabrykowanych procesach
politycznych.
Obsadzenie bardzo wielu wpływowych stanowisk w UB, prokuraturze i sądach osobami
żydowskiego pochodzenia, niezwiązanymi z polskością, z polskimi tradycjami
narodowymi i patriotyzmem, stawało się dla sterujących sprawami w Polsce stalinowskich
dygnitarzy sowieckich najlepszą gwarancją zdecydowania w walce z polskimi patriotami
z podziemia niepodległościowego. I pod tym względem się nie zawiedziono. Spośród
ubeków, sędziów i prokuratorów żydowskiego pochodzenia wywodziła się szczególnie
duża liczba najbardziej nieubłaganych "pogromców" polskiego AK-owskiego podziemia
gotowych do konstruowania przeciw niemu najbardziej absurdalnych oskarżeń.
Typowy pod tym względem był sędzia Dawid Rozenfeld, który uzasadniał wyrok
skazujący tylko na dożywocie agentkę gestapo winną zadenuncjowania i śmierci
wielu żołnierzy i oficerów AK, współwinną wydania gestapo gen. Stefana Roweckiego
"Grota". Jako okoliczność łagodzącą sędzia Rozenfeld uznał w przypadku tej
agentki to, iż: "Zdaniem Sądu Wojewódzkiego oskarżona jest ofiarą zbrodniczej
działalności kierownictwa AK, które jak wiemy obecnie, współpracowało z Gestapo,
było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciw większej części
Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie" (cyt. za:
J. Piłek, Stalinowcy są wśród nas, w: "Gazeta Polska", 4 sierpnia 1994).
Adwo-kaci
Dodajmy do powyższych opisów jeszcze rolę niektórych adwokatów pochodzenia
żydowskiego. Szczególny typ "obrońcy" w procesach politycznych reprezentował
np. adwokat żydowskiego pochodzenia Mieczysław (Mojżesz) Maślanko. Tak "bronił"
swych podopiecznych, że porównał grupę Moczarskiego do gestapo i Abwehry,
twierdząc, że "wszystkie te instytucje zostały powołane przez klasy posiadające,
które chcą zatrzymać koło historii" (wg: T.M. Płużański, Adwo-kaci, w: "Najwyższy
Czas", 26 stycznia 2003 r.). W podobny sposób Maślanko "bronił" – oskarżając
szefa II Zarządu Głównego WiN płk. Franciszka Niepokólczyckiego, słynnego
"Łupaszkę", czyli mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowódcę V Wileńskiej Brygady
AK, narodowca Adama Doboszyńskeigo, rotmistrza Witolda Pileckiego i współoskarżonych,
gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" (Maślanko zgodził się z większością rzekomych
dowodów "winy" gen. "Nila"). Według ostatniego delegata Rządu w Londynie
na Kraj Stefana Korbońskiego, w sprawie Pileckiego i współoskarżonych "Różański
postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców [której przewodniczył Maślanko
– przypis T.M. Płużańskiego] jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym"
(por. tamże). Niegodne zachowanie M. Maślanki, robiącego wszystko, by pogrążyć
oskarżonych, których miał bronić, było tym bardziej oburzające, że on sam
został uratowany od śmierci w Oświęcimiu przez słynnego narodowca Jana Mosdorfa.
Podobnym do Maślanki "obrońcą", a raczej "adwo-katem" w sprawach politycznych
był inny adwokat żydowskiego pochodzenia, pracujący we wspólnej kancelarii
z Maślanką – Edward Rettinger. "Bronił" on Moczarskiego i jego kolegów słowami:
"(…) to było bajoro zbrodni, którego miazmaty dziś nam trują jeszcze duszę.
To było bajoro zbrodni, gdzie zastygła krew lepi się jeszcze do rąk" (por.
tamże). Innym tego typu pseudoobrońcą był Marian Rozenblitt, który działał
już w sądownictwie polskiej armii w ZSRS.
Kolejna część cyklu jutro.
prof. Jerzy Robert Nowak
