Nowe fałsze Grossa (11): Przemilczane świadectwa

Teksty prezentowanego tu cyklu artykułów mają być w zamierzeniu próbą jak najpełniejszego
wyrażenia, w sposób maksymalnie udokumentowany faktograficznie, prawdy o sprawach
oszczerczo deformowanych przez Grossa. Być może niektóre osoby zdumiewa, że poświęcam
aż tak wiele miejsca nowej książce Grossa, książce żałośnie złej i pisanej w
podłych intencjach. Uważam jednak, iż taka gruntowna, szczegółowa odpowiedź jest
potrzebna, dlatego że książka Grossa jest prawdziwie klinicznym przykładem antypolonizmu,
wyjątkowo "wielostronnym" zbiorem obiegowo kursujących oszczerstw na temat Polski
i Polaków. Gross bardzo często tworzy swe antypolskie uogólnienia bez żadnego
pokrycia w faktach lub poprzez skrajne eksponowanie zupełnie odosobnionych przykładów.
W przeciwieństwie do Grossa ja staram się maksymalnie udokumentować swoje tezy
wieloma przykładami, szczególnie chętnie sięgając do przemilczanych w "Strachu"
obiektywnych świadectw żydowskich. Chodzi o to, by uderzając w jadowite oszczerstwa
Grossa, zarazem raz na zawsze wyeliminować u kolejnych polakożerców w jego stylu
chęć uciekania się do podobnych kalumnii. A zarazem pokazać, jak żałośnie ograniczeni
umysłowo w swych uprzedzeniach są wszyscy klakierzy Grossa na czele z Adamem
Michnikiem. Publicystą, który jeszcze parę lat temu wypisywał duby smalone na
temat Grossa jako rzekomego spadkobiercy Mickiewicza i Słowackiego w ich rozrachunku
z Polską. W "Strachu" Gross do końca obnażył swój prymitywizm i fanatyzm, powiem
nawet więcej – głupotę! Głupotę człowieka zacietrzewionego, szowinisty i rasisty,
który pędząc za fobiami, zatraca nawet pozory jakiejkolwiek logiki.

Zajadle nienawidzili polskości
Od lat ulubioną metodą negowania odpowiedzialności Żydów za zbrodnie stalinizmu
w Polsce stała się formuła głosząca, że Żyd komunista i ubek jakimś dziwnym
sposobem przestawał być Żydem, bo przechodząc na komunizm, wyrzekał się religii
żydowskiej. Co ciekawsze, głównymi głosicielami tego typu teorii są najczęściej
osoby skłonne do równoczesnych najskrajniejszych oskarżeń dotyczących zbrodni
"polskiego antysemityzmu" wobec Żydów, ba, doszukiwania się ich rzekomego
chrześcijańskiego rodowodu. Nader typowa pod tym względem jest postawa Grossa,
tak fanatycznie atakującego Polskę i Kościół katolicki. Próbując zatrzeć
prawdę o roli odegranej przez żydowskich komunistów w UB, Gross powtarza
wymyślone już dużo wcześniej twierdzenie o tym, jakoby żydowscy komuniści,
zrywając z judaizmem, przestawali być Żydami (s. 241), odrywali się od swej
narodowej tożsamości, a nawet czuli do niej pogardę (s. 242). Jest to stary
wykręt, głoszony m.in. przez Jana Józefa Lipskiego, który w 1981 roku wystąpił
z podobną próbą uwolnienia Żydów od odpowiedzialności za rolę w UB czy w
ogóle w budowaniu żydowskiego totalitaryzmu. Przemawiając na sesji UW "Marzec
1968", stwierdził on, że "komunizm oznacza odejście od religii żydowskiej
i w podobny sposób odrywał od narodu żydowskiego". Jakież to proste wyjaśnienie!
A więc Żyd, ubek, kat czy oprawca, nie był Żydem, bo Żydem jest jakoby tylko
Żyd wierzący w religię mojżeszową. I tego typu wyjaśnienie głosił sam jak
najdalszy od religijności mason Jan Józef Lipski. Jest to wyjątkowy nonsens,
jakże sprzeczny z umocnionym przez tysiąclecia niezwykłym stopniem żydowskiej
identyfikacji narodowej, której inne narody mogą Żydom tylko zazdrościć.
Warto przypomnieć w tym kontekście choćby to, co mówił jeden z najsłynniejszych
żydowskich myślicieli XX wieku lord Isaiach Berlin w wywiadzie udzielonym
"Gazecie Wyborczej" w 1995 roku: "Jestem Żydem po prostu dlatego, że nie
można przestać być Żydem" (por.: Dobrzy ludzie budują gilotynę, rozmowa A.
Michnika z sir I. Berlinem, "Gazeta Wyborcza" z 12-13 sierpnia 1995 r.).
Wbrew różnym groteskowym wybielaniom Żydzi katujący Polaków w więzieniach czy
skazujący innych na stracenie, Żydzi komuniści, wcale nie przestawali być żydowskimi
szowinistami, srożącymi się na Polakach z powodu skrajnej narodowej nienawiści
do nich. Przyznawało to w prawdziwie uczciwych intelektualnie wypowiedziach
szereg autorów polskich żydowskiego pochodzenia lub Żydów, od Feliksa Mantela,
Leopolda Tyrmanda, Stanisława Krajewskiego, Andrzeja Wróblewskiego, po Oswalda
Rufeisena i Stanisława Aronsona z Izraela.
Szczególnie wymownym zaprzeczeniem kłamstw o Żydach ubekach jako rzekomych
nie-Żydach wydaje się świadectwo Feliksa Mantela, piszącego wprost o żydowskich
elementach rewanżystowskich, skoncentrowanych w bezpiece. Mantel, jeden z najbardziej
obiektywnych autorów żydowskich prac o stosunkach polsko-żydowskich, sam z
bliska obserwował narodziny komunistycznej władzy w Polsce i dlatego jest tym
cenniejszym świadkiem. Był podsekretarzem stanu w PKWN, w Rządzie Tymczasowym
i w Rządzie Jedności Narodowej, a potem oficjalnym przedstawicielem tzw. Polski
Ludowej jako minister pełnomocny w Wiedniu. Poznał się jednak szybko na zbrodniczości
komunizmu i nie mając chęci robienia dalszej kariery w takim systemie, już
w 1948 roku "wybrał wolność", zostając na Zachodzie. W swej książeczce o stosunkach
polsko-żydowskich Mantel pisał jak najnegatywniej właśnie o tej wpływowej grupie
Żydów, którzy "myślą kategoriami żydowskimi, mimo że przyznają się do polskiego
komunizmu. Nie znaleźli równowagi pomiędzy doktryną, polskością i żydowskim
pochodzeniem. Są to elementy rewanżystowskie, skoncentrowane przeważnie w bezpieczeństwie,
które chciały zrobić z doktryny komunistycznej użytek dla wykorzenienia i unicestwienia
wojującego antysemityzmu" (F. Mantel, Stosunki polsko-żydowskie, Paryż 1986,
s. 13). A więc nie jacyś wyzbyci z żydowskości komuniści, jak sugerował Lipski
czy Gross, lecz "rewanżyści", których żydowskie poczucie narodowe służyło im
jako wzmocnienie brutalnych szowinistycznych działań wobec więzionych przez
nich Polaków. Przytoczmy tu konkretne przykłady zbrodniczego "rewanżyzmu" wobec
Polaków ze strony czołowych komunistów żydowskich odpowiedzialnych za nadzór
nad bezpieką w zniewolonej Polsce.
Skrajnym żydowskim szowinistą, tropicielem "polskiego nacjonalizmu i antysemityzmu",
był główny odpowiedzialny za zbrodnie stalinowskie w Polsce Jakub Berman, który
odpowiedzialność w Biurze Politycznym KC PPR, a później KC PZPR za sprawy bezpieki
łączył z faktycznym ogromnym wpływem w sferze życia ideologicznego i kultury.
Berman konsekwentnie prowadził nieubłaganą walkę z wieloma sferami polskiego
dziedzictwa narodowego. Robił to zgodnie z głoszoną przez siebie zasadą, że
"wszelki flirt z polskim uczuciem narodowym" doprowadzi do "wypuszczenia złych
duchów Polski" z antysemityzmem włącznie (por. książkę filozofa Andrzeja Walickiego,
skądinąd bardzo zaprzyjaźnionego z naszymi czołowymi "Europejczykami", pt.
"Zniewolony umysł po latach", Warszawa 1993, s. 329). To Berman jako pierwszy
już w 1944 roku zaczął publicznie oskarżać AK o rzekomą współpracę z gestapo
i nazywał akowców bandytami. Koordynował przygotowania setek procesów politycznych,
prześladowania kilkusettysięcznej rzeszy Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich
i NSZ oraz bezwzględną systematyczna walkę z Kościołem. Dyrektorom departamentów
w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego wielokrotnie zarzucał, że nie doceniają
"roli kleru w dywersji przeciw naszej Partii". Znany był ze szczególnej bezwzględności
i okrucieństwa wobec więźniów politycznych. Zapamiętano powiedzenie Bermana
w odniesieniu do ułaskawionych więźniów, którzy później rzekomo ginęli śmiercią
"samobójczą": "Towarzysz Bierut was ułaskawił, ale ja was nie ułaskawię" (cyt.
za: Pamięć ofiar, "Tygodnik Solidarność" z 14 marca 2003 r.). Berman zwalczał
zdecydowanie wszelkie próby uwzględnienia narodowej specyfiki w polityce PPR,
szczególnie ostro przeciwstawiając się tego typu przejawom w działalności Władysława
Gomułki. Należał do głównych rzeczników rozprawy z gomułkowszczyzną, atakując
ją jako niebezpieczne "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne" w Polsce. Prowadząc
konsekwentną politykę sowietyzacji i rusyfikacji polskiej kultury, dążył do
całkowitego wytrzebienia polskiego narodowo-katolickiego sposobu myślenia.
Berman, który powinien przykładnie zawisnąć na szubienicy za swe zbrodnie wobec
Polaków, jeszcze w 1981 roku przekonywał T. Torańską, że "polskie społeczeństwo
jest w swojej konsystencji bardzo antysemickie". Jako koronny dowód na to podawał,
że jego córkę wielokrotnie przezywano w szkole śledziarą. Istnieje dość dużo
szczegółowych świadectw, także pióra obiektywnych aktorów żydowskich, dowodzących,
że dominujący w stalinowskim UB Żydzi byli żydowskimi szowinistami-polakożercami,
którzy po prostu dawali upust swej fanatycznej nienawiści wobec bezbronnych
Polaków. By przypomnieć choćby opinię Teofili Weintraub, Żydówki z pochodzenia,
wypowiedzianą w zbiorze wywiadów Ruty Pragier "Żydzi czy Polacy" (Warszawa
1992, s. 120): "Różański. Jego sekretarka mówiła, że był polakożercą. Nienawidził
ludzi". Osławiony wicedyrektor departamentu śledczego MBP Józef Światło (Fleischarb)
osobiście torturował wielu polskich patriotów, szczególnie okrutnie zachowując
się podczas przesłuchań działaczy dawnego Stronnictwa Narodowego. Mówił: "Teraz
popamiętacie, co to jest antysemityzm", katując ich do omdlenia. Znany był
fakt, że jeden z przesłuchiwanych przez Światłę i towarzyszy Polaków, polany
zimną wodą po omdleniu z bólu, wracając do przytomności, powiedział: "(…)
antysemityzm nigdy u nas nie prowadził do tortur, jak wasz antypolonizm" (wg:
C. Leopold, K. Lechicki, Więźniowie polityczni w Polsce w latach 1945-1956,
wyd. podziemne, Gdańsk 1981, s. 15).
Zwierzchnik Światły, Roman Romkowski (Natan Grünspan-Kikiel), w oświadczeniu
złożonym 10 października 1954 r. stwierdził, że w różnych wynurzeniach Światły
występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre
posunięcia personalne (por. S. Marat, J. Snopkiewicz, Ludzie bezpieki, Warszawa
1990, s. 23).
Inny z wąskiej grupy dyrygentów ubeckiego terroru, dyrektor departamentu śledczego
Anatol Fejgin, syn Mojżesza, znany był z rozlicznych donosów na "polskich nacjonalistów"
już w okresie lwowskim 1939-1941. "Trzeba zabić polską dumę, rozstrzelać patriotyzm"
– zwykł mawiać Anatol Fejgin w bliskim gronie partyjnych kolegów (wg tekstu
M. Wyrwicha, Mord w kościele, "Tygodnik Solidarność" z 27 września 2002 r.).
Autorzy wydanego w 1981 roku podziemnego samizdatu o więźniach politycznych
w Polsce lat 1945-1956 C. Leopold i K. Lechicki pisali: "Ilustracją tego uczucia
nienawiści funkcjonariuszy żydowskiego pochodzenia do narodowców było oświadczenie
majora bezpieki Wiktora Herrera, naczelnika wydziału w MBP, który z pasją mówił:
Zadaniem naszym jest nie tylko zniszczyć was fizycznie, ale musimy zniszczyć
was moralnie" (por. C. Leopold, K. Lechicki, op. cit., s. 8). Antypolską postawę
"czerwonej prokurator" Heleny Wolińskiej (Fajgi Mindlak-Danielak) dobrze scharakteryzował
protokolant sądowy Zygmunt Mączyński w poświęconej Wolińskiej audycji w programie
TVP: "Lena Wolińska wyjątkowo brutalnie odnosiła się do akowców (…), ona
nienawidziła Polaków bardziej niż Niemców" (Rewizja nadzwyczajna – "Prokurator
w czerwonej spódnicy", program I TVP, 11 stycznia 1999 r.). Warto przypomnieć
w tym kontekście stwierdzenia słynnego lekarza polskiego żydowskiego pochodzenia
Ludwika Hirszfelda w jego mało znanym liście do Jerzego Borejszy z dnia 27
października 1947 roku. Hirszfeld ubolewał w tym liście, że "nacjonaliści żydowscy
nienawidzą Polaków bardziej niż Niemców i że świadomie lub nieświadomie idą
w kierunku proniemieckim, tak jak to zresztą przewidziałem w mojej książce.
(…) Jeśli nie podkreślam tych spraw publicznie, to dlatego tylko, by Żydom
nie szkodzić i nie pogłębiać przepaści, którą kopie nacjonalizm żydowski pomiędzy
Żydami i Polakami" (cyt. za B. Fijałkowska, Borejsza i Różański. Przyczynek
do dziejów stalinizmu w Polsce, Olsztyn 1996, s. 139). Jeszcze inny przykład.
Pułkownik Mateusz Frydman lżył bitego przez siebie więźnia słowami: "Jakim
prawem wam Polakom zachciewa się niepodległości Polski?" (wg: Trzy dokumenty
ujawniające mechanizmy przemocy i gwałtu w latach 1945-1947, paryskie "Zeszyty
Historyczne" 1984, nr 47, s. 55).
Był jeszcze jeden cel ataków szczególnie nienawistnych ze strony żydowskich
ubeków i politruków – walka z Kościołem katolickim, zarówno w imię ateizmu,
jak i ze względu na wrogość do tej niejednokrotnie ostatniej barykady polskości.
Na zawsze utkwiła mi w pamięci jakże symptomatyczna, ponura scena tej walki,
zrelacjonowana w zbiorze wspomnień "Polacy w Rosji" przez Józefa Brancewicza
z Białegostoku. Opisał on, jak 16 stycznia 1945 roku został aresztowany za
przynależność do AK i oddany w miasteczku Świra w ręce miejscowej milicji,
składającej się w 50 proc. z Żydów. I wtedy doszło do rzeczy szczególnie obrzydliwej.
Józef Brancewicz wspominał: "Rozpoznałem w niej [w milicji – J.R.N.] mego kolegę
ze szkoły podstawowej. Podszedł do mnie, uderzył kilkakrotnie w twarz, zerwał
z szyi łańcuszek z medalikiem Matki Boskiej Ostrobramskiej i podeptał go nogami".
Były też oczywiście rzeczy dużo drastyczniejsze – rozliczne przejawy bezwzględnego
terroru przeciw katolickiej myśli i przeciw katolickiemu duchowieństwu: duchowni
skazywani na śmierć, szkalowani i więzieni biskupi i sam Prymas Tysiąclecia.
I wszystko to pod batutą najzajadlejszego wroga Kościoła w Ministerstwie Bezpieczeństwa
Publicznego – osławionej Luny Brystygierowej, dyrektor V departamentu MBP.
Jak na tle tych faktów wygląda inne twierdzenie Grossa, jakoby żydowskość różnych
funkcjonariuszy UB, ich liczebność nie miały żadnego znaczenia?! Gdyby ich
bowiem nie było, Polacy robiliby dokładnie to samo co oni (por.: Fear, s. 230-236).
Gross całkowicie pomija tu tak wielkie znaczenie siły antypolonizmu czołowych
bezpieczniaków żydowskich. Antypolonizmu, który uczynił z nich szczególnie
skuteczne narzędzie Stalina w walce z polskim patriotyzmem, tradycjami narodowymi,
polskością. I w walce z Kościołem katolickim. Podobnej zajadłości antypolskiej
i antykatolickiej na ogół trudno było oczekiwać od rdzennych Polaków, poza
skrajnymi renegatami. Tym cenniejszymi dla Sowietów w tej sytuacji stawały
się setki bezpieczniaków żydowskiego pochodzenia, pozbawionych jakichkolwiek
skrupułów w zwalczaniu polskości i katolicyzmu.

Świadectwa przeciw fałszom Grossa
Wyjątkowa hucpa, z jaką Gross stara się – wbrew prawdzie historycznej – maksymalnie
pomniejszyć rolę Żydów w UB i w ogóle w całokształcie życia publicznego Polski
zwanej ludową, zmusza do kolejnego sięgnięcia do większej liczby świadectw
różnych autorów. Świadectw na ten sam temat, o którym pisze Gross, ale o
jakże odmiennym, wręcz przeciwstawnym wydźwięku!
Przypomnijmy najpierw jakże wymowne oceny emigranta z 1968 roku, byłego oficera
informacji wojskowej żydowskiego pochodzenia Michała Chęcińskiego. Autor ten,
świetnie znający – z autopsji – sytuację w Polsce po 1944 roku, jednoznacznie
pisał o wykorzystaniu przez Sowietów komunizujących Żydów w akcji zniewalania
Polski. Już na początku książki Chęciński zwracał uwagę na bardzo istotny czynnik
sprzyjający awansowi żydowskich komunistów wśród kadr szkolonych w latach 1942-1944
na Polskę: "(…) oficerowie NKWD, zajmujący się szkoleniem i indoktrynacją
polskich kadr, często faworyzowali Żydów, uważanych za mniej zagrożonych polskimi
odchyleniami nacjonalistycznymi czy uprzedzeniami antyrosyjskimi" (M. Chęciński,
Poland. Communism. Nationalism. Antisemitism, New York 1982, s. 11).
W dalszej części książki (s. 63) Chęciński akcentował m.in.: "Narodowe mniejszości,
a mianowicie Żydzi, Ukraińcy i Białorusini w przypadku polskim, grały wyróżniającą
się rolę w brutalnym dławieniu krajowców przez polską tajną policję. (…).
Żydzi, a specjalnie ci z żydowskimi nazwiskami czy uderzającymi cechami żydowskimi,
mogli być umieszczani na najbardziej kontrowersyjnych stanowiskach (na przykład
tych zajmujących się sprawami Kościoła czy kampanią przeciw politycznemu podziemiu)
i w ten sposób przekształcać antyreżimowe uczucia w antysemickie. Taka polityka
była realizowana nie tylko w Polsce, lecz wszędzie w Europie Wschodniej, gdzie
nowe rządy, rządzące tylko dzięki wojskowemu poparciu armii sowieckiej, były
traktowane jako marionetkowe przez podległe im narody". Chęciński podkreślał
przy tym (op. cit., s. 64), że Żydzi w bezpiece wydawali się "mniej podatni
na przynęty polskiego nacjonalizmu, od którego nie wydawali się być w pełni
wolni nawet najbardziej nieposzlakowani polscy komuniści". Dodajmy w tym kontekście,
że Stalin nieprzypadkowo wolał postawić na żydowskich komunistów w Polsce przeciw
Gomułce w 1948 roku.
Wskazując na to, że Żydzi wracający do Polski byli pozbawieni rodzin i własności,
Chęciński pisał (op. cit., s. 64): "Ich osobista lojalność szła do ludzi, którzy
dali im nie tylko cenne przywileje materialne, lecz również i okazję zemszczenia
się na każdym, kogo podejrzewali o to, że współdziałał w katastrofach, które
spadły na ich rodziny".
Warto przypomnieć tu również ważne oceny innego autora żydowskiego pochodzenia,
Stanisława Krajewskiego, jednego z czołowych przedstawicieli mniejszości żydowskiej
w dzisiejszej Polsce, współprzewodniczącego Rady Chrześcijan i Żydów. W tekście
publikowanym pod pseudonimem Abel Kainer w KOR-owskiej podziemnej "Krytyce"
Krajewski pisał m.in.: "Większość Żydów pozostających w Polsce akceptowała
budowę socjalizmu. Większość nie-Żydów nie godziła się na to. Jakkolwiek
duża jest ta dysproporcja, wynikała ona głównie z tego, że społeczność żydowska
miała szczególną właściwość: antykomuniści się w niej nie utrzymywali. Bo wyjeżdżali
(…)" (por. tekst A. Kainera: Żydzi a komunizm, "Krytyka" 1983, nr 15, s.
194). Porównajmy te uwagi Kainera (Krajewskiego) z nachalnym kłamstwem Grossa
(s. 221), jakoby sympatie dla komunizmu "były minimalne" wśród Żydów w Polsce.
Nieco dalej A. Kainer pisał: "(…) W praktyce realizacja reform przeradzała
się w sowietyzację, propaganda uniwersalizmu – w rusyfikację. Wśród Polaków
wywoływało to opory natury narodowej i religijnej. Otóż wydaje się, że wśród
Żydów były one – przeciętnie rzecz biorąc – stosunkowo mniejsze. Asymilujący
się Żydzi byli mniej od Polaków uczuleni na utratę niezawisłości państwowej
i na zagrożenie polskich tradycji narodowych" (por. A. Kainer, op. cit., s.
195).
Kainer (Krajewski) podjął w swym tekście również sprawę tak znaczącej obecności
Żydów w bezpiece, pisząc m.in.: "Istotnie, poważną część kierowniczych stanowisk
w MBP za czasów Bieruta zajmowali Żydzi czy ludzie pochodzenia żydowskiego.
Jest to fakt, którego nie wolno pomijać, fakt mało znany na Zachodzie, niezbyt
chętnie wspominany przez Żydów w Polsce. Jedni i drudzy chętniej niż o tym
mówią o antysemityzmie Stalina (sprawa lekarzy itp.)" (por.: tamże, s. 196).
Dokładnie to samo, co dzisiaj robi Gross, starając się maksymalnie zanegować
rolę Żydów w UB. Kainer przypomniał w swoim tekście również, jak to "pewien
rabin rzucił jednemu z przesłuchujących go oprawców w urzędzie bezpieczeństwa:
Przez takich jak ty będą w Polsce pogromy (…)" (tamże, s. 198). W dalszej
części tekstu A. Kainer akcentował: "Pamiętajmy jednak, że na atmosferę stosunków
polsko-żydowskich wpływały takie okoliczności jak związki Żydów z bolszewikami,
a potem z wojskami radzieckimi. Udział Żydów w elicie władzy i w aparacie represji,
rządy mełamedów, niejednakowo rzetelny stosunek do rewolty getta warszawskiego
i do powstania warszawskiego, procesy ateizacji i rusyfikacji (wiązane z Żydami,
którzy istotnie rzadziej mieli opory wobec tych dążeń), wreszcie nie pozbawione
domieszki spraw żydowskich zjawiska walki z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym
(…)" (por.: tamże, s. 198).
Dziwne, że tak dobrze znający prawdę o stosunkach w dobie stalinowskiej Stanisław
Krajewski jak dotąd nie zaprotestował przeciwko antypolskim potwarzom Grossa.
Równie dziwny jest dla mnie brak publicznego protestu przeciwko kłamstwom Grossa
na temat stosunku Kościoła katolickiego do Żydów w czasie wojny ze strony Adama
Daniela Rottfelda. Przypomnijmy, że ten ostatni minister spraw zagranicznych
w rządach postkomunistycznych w czasie wojny został uratowany dzięki schronieniu
w klasztorze. Znalazł czas na sygnowanie niegodnego listu atakującego obecnego
prezydenta RP, a jakoś nie może znaleźć czasu na danie świadectwa o tych, którzy
go uratowali w czasie wojny. A przecież jako zajmujący się tematyką międzynarodową
przez dziesięciolecia i były minister spraw zagranicznych najlepiej wie, jakie
szkody wizerunkowi Polski przynoszą tak nagłaśniane kalumnie Grossa.
Przypomnijmy tu także oceny zawarte w książce słynnego dziennikarza żydowskiego
z USA Johna Sacka, zawarte w jego tak ważnej, a tak niegodnie przemilczanej
książce głębokiego żydowskiego samorozrachunku – "oko za oko": "W miejscach
takich jak Gliwice Polacy stawali przy więziennych ścianach, a ludzie z Wydziału
Wykonawczego przywiązywali ich do wielkich żelaznych pierścieni, mówili: Gotów!
Cel! Pal!, zabijali ich i ostrzegali polskich strażników: Trzymajcie język
za zębami!. Strażnicy, jako Polacy, nie byli tym zachwyceni, ale Jakubowie,
Josefowie i Pinkowie z wyższych szczebli Urzędu pozostali wierni Stalinowi,
ponieważ uważali się za Żydów, nie zaś za polskich patriotów. Oto, dlaczego
Dobra Wróżka Stalin (…) zatrudnił wszystkich Żydów i umieścił ich w Urzędzie
Bezpieczeństwa Publicznego, swojej instytucji w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej
[podkr. J.R.N.].
I oto w 1945 r. Polacy stanęli do walki z Urzędem. Jęli zabijać Żydów z Wywiadu,
Śledczego i Więziennictwa. Żydzi doszli do wniosku, że ci Polacy są antysemitami,
Polacy utrzymywali, że nie, że są tylko anty-Urzędowi" (J. Sack, Oko za oko,
Gliwice 1995, s. 228-229).
Wcześniej, w tej samej książce (s. 96) Sack pisał: "(…) dlaczego więc Stalin
był stronniczy wobec Żydów (…). Z jego rozkazu pewien Żyd, którego ojciec
zginął w Treblince, miał zostać szefem Urzędu Bezpieczeństwa, a szefami wszystkich
jego departamentów mieli także zostać Żydzi, aczkolwiek od tego momentu ich
nazwiska nie miały być żydowskie, tylko takie jak generał Romkowski albo
pułkownik Rożański. Z czasem ci ludzie wyznaczyli wszystkich dowódców bezpieczeństwa
w Polsce".
Takim jak Gross wybielaczom roli Żydów w UB i w stalinizacji Polski warto przypomnieć
również inne, jakże prawdziwe i uczciwe świadectwo Polaka żydowskiego pochodzenia
Andrzeja Wróblewskiego (do roku 1940 noszącego rodowe nazwisko Fejgin). Andrzej
Wróblewski, wybitny krytyk teatralny, ojciec Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego,
redaktora "Polityki", i dziadek naczelnego redaktora "Newsweeka" Tomasza Wróblewskiego,
stanowczo protestował przeciw relatywizowaniu spraw odpowiedzialności za UB.
Jednoznacznie akcentował: "Proporcjonalnie więcej było Żydów wśród katów niż
wśród ofiar. I chociaż nie wszyscy byli równie gorliwi, to jednak w powszechnym
odbiorze postrzegana była ich aktywność. Przeważnie przedwojenni komuniści,
często ze stażem więziennym, byli zaślepieni wiarą, że rzeczywiście biorą udział
w walce o nowy wspaniały świat. Nie zdawali sobie sprawy, że swoim postępowaniem
wywołają zjawisko antysemityzmu (…)" (por. A. Wróblewski, Być Żydem, Warszawa
1993, s. 181). W innym miejscu swej książki Wróblewski ubolewał, że w 1968
roku "pod płaszczykiem dotkniętej godności wyjeżdżali z kraju Żydzi, którzy
służyli w UB, byli sędziami czy prokuratorami z rękami umazanymi po łokcie
we krwi".
Najwybitniejszy chyba polski twórca pochodzenia żydowskiego Leopold Tyrmand
tak pisał w 1972 roku w swej świetnej, a tak niegodnie przemilczanej dotąd
w Polsce "Cywilizacji komunizmu": "Amerykańskie uniwersytety przygarniają dziś
Żydów, którzy przez prawie 25 lat swych służb w policjach politycznych Europy
Wschodniej ciężko prześladowali ludzi – w tym także innych Żydów – walczących
o prawo do niezawisłości sumienia. Dziś Żydzi ci chronią się za swe niegdyś
tak łatwo zapomniane żydostwo. Fakt, że w Polsce w 1968 roku przypomniano im
nagle i brutalnie, że są Żydami, jest faktem groźnym i odrażającym, wymagającym
napiętnowania i potępienia. Ale nie czyni z nich ludzi godnych szacunku, a
nawet współczucia, a już zupełnie nie upoważnia do solidaryzowania się z nimi.
(…). Ludzie ci nie mają moralnego prawa do obrony, przede wszystkim jako
niestrudzeni architekci tej rzeczywistości, w której po 25 latach dojść mogło
do tak karykaturalnych zwyrodnień myśli i pojęć, jako inżynierowie tej struktury,
w której monstrualne kłamstwo tak łatwo jest uczynić prawem życia. Trudno jest
zapomnieć ich fanatyczną wiarę w zło, jaką głosili w komunistycznych gazetach,
książkach, artykułach, filmach (…)" (L. Tyrmand, Cywilizacja komunizmu, Londyn
1972, s. 220-221).
Znany pisarz żydowskiego pochodzenia Kazimierz Brandys, skądinąd skłonny do
różnych uogólnień w duchu antypolonizmu, pisał na łamach paryskiej "Kultury"
z 1983 roku: "W Polsce powojennej i Żydów nie było. Nieliczni z nich ocaleli
głównie na terenie Rosji Radzieckiej. Po powrocie do Polski ci zagubieni, biedni
ludzie popełnili wielki błąd. Pozwolili użyć się jako narzędzie stalinizmu.
Zapłacili za to straszliwą cenę. W społeczeństwie antysemityzmu nie było, pojawił
się on natomiast w rządzącej partii… Fatum ciążące przez wiele lat nad narodem
żydowskim dało znać o sobie w ustroju, za którego głównych twórców uchodzili
w światowej opinii właśnie Żydzi. (…) Może nie opłakano w Polsce zamordowanych
Żydów, bo przyszli inni, żywi? Ci, którzy przybyli z obcą armią, by aresztować
i rządzić? Na cmentarzach zostały szczątki kamiennych tablic, ale już nie duchy
żydowskie krążyły w miasteczkach, lecz wieść, że Rosjanie przywieźli nowych
Żydów przebranych, o zmienionych nazwiskach, Żydów w rogatywkach, którzy zdjęli
koronę z głowy białego orła i kazali rozlepić na rynkach plakaty z napisem
AK – zapluty karzeł reakcji. Więc może strach i nienawiść zastąpiły litość"
(por. K. Brandys, Miesiące, "Kultura" 1983, nr 6, s. 80-81).
I jeszcze jedno bardziej obiektywne spojrzenie ze strony żydowskiej na te same
sprawy, zademonstrowane w książce Rity Pragier przez plastyczkę, malarkę Irenę
Molgę. Odpowiadając na pytanie Rity Pragier, dlaczego wielu Żydów tkwiło w
UB, Molga mówi: "Duża część – to byli ludzie durni. Nie mający rozeznania w
realiach. Kiedy im mówiono, że ktoś jest bandytą – wierzyli. Chłopcy bez wykształcenia.
Tresowani do jednego celu. Przed wojną i podczas wojny lżeni i poniżani. I
nagle taki dostał stopień oficera! Władzę nad ludźmi! I sklep za żółtymi firankami"
(R. Pragier, Żydzi czy Polacy, Warszawa 1992, s. 147).
W raporcie emisariusza z kraju dla MSW w Londynie pisano 7 lutego 1946 roku:
"Żydzi (…) w 100% są na służbie sowieckich interesów. (…) Opanowali kierownicze
stanowiska w ministerstwach, prokuraturze, UB, sądownictwie i wojsku oraz w
przemyśle" (cyt. za: J. Żaryn, Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji
polsko-żydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokół pogromu kieleckiego, IPN,
Warszawa 2006, s. 89). Niewątpliwie przesadna była ocena o tym 100-procentowym
jakoby oddaniu Żydów sowieckim interesom. Pokazywała jednak, do jakiego stopnia
utożsamiano Żydów z reżimem w ówczesnych kręgach niepodległościowych. Przypomnijmy
tutaj jednak jakże znamienną opinię Czesława Miłosza, trudnego do oskarżenia
o antysemityzm, Miłosza, na którego wiersz tak chętnie powołuje się Gross w
swych antypolskich uogólnieniach. Otóż właśnie C. Miłosz stwierdził w prawie
nieznanym w Polsce (poza moimi tekstami) wywiadzie dla wydawanego w USA żydowskiego
czasopisma "Tikkun" (nr 2 z 1987 r.), mówiąc o żydowskich komunistach: "Oni
zajęli wszystkie czołowe pozycje w Polsce, również w bardzo okrutnej policji
bezpieczeństwa, ponieważ byli po prostu bardziej godni zaufania niż miejscowa
ludność" ("They occupied all the top positions in Poland and also in the very
cruel security police, because they were more reliable, simply, than the local
population"). W tym stwierdzeniu Miłosz wyraźnie przesadził, bo były jednak
i nieżydowskie postacie na szczycie zarówno partii komunistycznej, jak i UB
(choćby Bierut i Radkiewicz). Generalnie jednak Miłosz trafnie ocenił wyjątkową,
dominującą rolę komunistów żydowskiego pochodzenia w stalinizacji Polski.
Warto przypomnieć również inne stwierdzenie Miłosza: "Pierwsze kadry polskiej
komunistycznej partii w 1945… były złożone z ludzi w mundurach, w bardzo
dużej proporcji będących intelektualistami żydowskiego pochodzenia (…). Rosjanie
traktowali ich jako najbardziej niezawodne narzędzie w realizacji sowieckich
pragnień, uważając, że będą oni mniej skłonni do polskiego patriotyzmu ze względu
na dyskryminację, której poddawali ich polscy prawicowcy przed wojną" (cyt.
za: S. Kirshner, Circumstances surrounding 1946 pogrom remain a mystery, "The
Canadian Jews News" z 4 lipca 1996 r.).
Przypomnijmy też, co pisała przed laty znana publicystka żydowskiego pochodzenia
Alina Grabowska, po 1989 roku "wsławiona" jako tropicielka rzekomego polskiego
antysemityzmu. Otóż jeszcze w 1969 roku napisała ona w paryskiej "Kulturze":
"W pierwszych latach powojennych (a nawet i później) znakomitą, niestety, większość
pracowników UB stanowili Żydzi" (A. Grabowska, Raj utracony – raj odzyskany,
"Kultura" 1969, nr 12, s. 127). Jakże wymowne było stwierdzenie takiego słynnego
znawcy historii Polski jak prof. Norman Davies. Napisał on wręcz o "tysiącach
polskich Żydów, którzy stracili twarz poprzez związanie się z okrutnym powojennym
reżimem stalinowskim" (por. tekst N. Daviesa w "The New York Review of Books",
20 listopada 1986).
Można by długo wyliczać podobne oceny roli Żydów w UB i polskim życiu publicznym.
Oto na przykład świadectwo najwybitniejszej chyba polskiej pisarki owego okresu
Marii Dąbrowskiej, zapisane w jej dzienniku pod datą 17 czerwca 1947 roku:
"UB, sądownictwo są całkowicie w ręku Żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat
ani jeden Żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają
Polaków". Niemal dziewięć lat później – 27 maja 1956 roku – ta sama Dąbrowska
zapisywała (Dzienniki powojenne, Warszawa 1996, t. I, s. 147): "Ostatnimi tygodniami
byłam w Nieborowie w towarzystwie samych Żydów oprócz Anny i Bogusia. Częste
ich rozmowy o wzrastaniu antysemityzmu. Czemu dziś sami są częściowo winni
– bo jak można było dać sobą obsadzić wszystkie kluczowe pozycje życia Polski:
prokuratury, wydawnictwa, ministerstwa, władze partii, redakcje, film, radio
itp.". Bardzo podobne w swej wymowie były zapiski Stefana Kisielewskiego z
późniejszego okresu. W dzienniku pod datą 18 października 1968 roku pisał on:
"20 lat temu powiedziałem Ważykowi, że to, co robią Żydzi, zemści się na nich
srodze. Wprowadzili do Polski komunizm w okresie stalinowskim, kiedy mało kto
chciał się tego podjąć z gojów". Niewiele później, 4 listopada 1968 roku, Kisielewski
zapisał w swym "Dzienniku": "Po wojnie grupa przybyłych z Rosji Żydów – komunistów
(Żydzi zawsze kochali komunizm) otrzymała pełnię władzy w UB, sądownictwie,
wojsku, dlatego że komunistów nie-Żydów prawie tu nie było, a jeśli byli, to
Rosja się ich bała. Ci Żydzi robili terror, jak im Stalin kazał".
Znany intelektualista katolicki Bohdan Cywiński tak oceniał rolę Żydów w stalinizacji
Polski na łamach podziemnego periodyku "Głos" w kwietniu 1985 roku: "Fakty
manifestacyjnego popierania władzy komunistycznej przez Żydów zaraz po wojnie,
wyjątkowe nagromadzenie osób pochodzenia żydowskiego w aspekcie władzy, a zwłaszcza
najbardziej znienawidzonych społecznie resortach bezpieczeństwa i propagandy
oraz mnogość przykładów szczególnej ich wrogości wobec przejawów polskiego
szacunku dla narodowej tradycji – wszystko to w jakiejś mierze pozostało w
świadomości starszych pokoleń, powodując zrozumiałe urazy". Z kolei słynny
katolicki intelektualista na emigracji ojciec Józef M. Bocheński akcentował
na łamach paryskiej "Kultury" (nr 7-8 z 1986 r.): "Jak wiadomo władza leżała
w dużej mierze w ich [Żydów – J.R.N.] rękach po zajęciu Polski przez wojska
sowieckie – w szczególności pewni Żydzi kierowali policją bezpieczeństwa. Otóż
ta władza i ta policja jest odpowiedzialna za mord bardzo wielu spośród najlepszych
Polaków. Polacy mają, moim zdaniem, znacznie większe prawo mówić o pogromie
Polaków przez Żydów niż Żydzi o pogromach polskich". I jeszcze jeden przykład,
pochodzący spod pióra słynnej publicystki emigracyjnej Aleksandry Stypułkowskiej:
"(…) aparat bezpieczeństwa – zwłaszcza w najczarniejszym okresie – był głównie
obsadzany przez komunistów żydowskiego pochodzenia" (A. Stypułkowska, Palące
sprawy, londyńskie "Wiadomości" z 26 maja 1968 r.).
Na koniec tych świadectw warto przypomnieć prawdziwie żałosno-groteskową, wręcz
godną Grossa próbę usprawiedliwienia roli Żydów w UB, dokonaną w swoim czasie
przez dogmatycznego żydowskiego historyka Artura Eisenbacha. Znalazła się ona
w tekście zamieszczonym w cytowanej już książce R. Pragier "Żydzi czy Polacy".
W zamieszczonej tam (s. 50) wypowiedzi Eisenbach stwierdził m.in.: "Można było
dostać pracę wszędzie. Nawet w wojsku i ministerstwach, i w bezpiece. No tak!
Żydzi byli wszędzie. Ale czy dlatego, że ktoś był Żydem, miał wejść do mysiej
dziury i w niej czekać? (…) Dlaczego trwali na swych stanowiskach w latach
stalinowskich? Każdy gdy gdzieś się dostał, to chciał trwać, a nie odchodzić".
Mówiąc o zmianie sytuacji w 1956 roku, Eisenbach stwierdził: "Nastroje wtedy
były pogromowe. (…) Ludzie otworzyli wtedy usta. Karta się odwróciła. Zaczęli
mówić ci, którzy dotąd milczeli. Ludzie skrzywdzeni, np. AK-owcy. Ale także
prawica i ciemnogród". I tak to jednym ciągiem Eisenbach zestawił prawicę i
ciemnogród, wyraźnie ubolewając, że także prawica zaczęła mówić.
P.S. Przy okazji jeszcze jedno sprostowanie do tekstu Grossa. W moim tekście
z 16 sierpnia 2006 roku cytowałem wypowiedź Grossa o wysokich funkcjonariuszach
MBP żydowskiego pochodzenia. Gross, skądinąd pomniejszający wciąż ich liczebność,
równocześnie parokrotnie pisze o żydowskim pochodzeniu zastępcy dyrektora departamentu
śledczego Adama Humera (s. 227, 236), a raz (na s. 236) wymienia Humera na
pierwszym miejscu wśród wysokich funkcjonariuszy MBP – Żydów. Twierdzenie Grossa
o żydowskim pochodzeniu Humera nie znajduje potwierdzenia w innych źródłach.
Kolejna część cyklu ukaże się
w następnym tygodniu.

prof. Jerzy Robert Nowak

drukuj