fot. tv trwam

Myśląc Ojczyzna – prof. Mirosław Piotrowski

Audio MP3

Pobierz

Europarlamentarne przedbiegi

Wynik ostatnich wyborów we Włoszech napędza dużo strachu unijnym politykom i urzędnikom. Dwie włoskie partie, określane w Brukseli jako populistyczne – Ruch Pięciu Gwiazd i Lega Nord – tworzą rząd. Dla tutejszych tzw. elit to więcej niż koszmar. Wyniku takiego spodziewano się znacznie wcześniej przed wyborami. W kuluarach szeptano i pytano: „Co to będzie”? Najpierw Węgry i unijny kłopot z Viktorem Orbánem, potem Polska z rządem Zjednoczonej Prawicy, następnie referendum w sprawie brexitu i wychodzenie Wielkiej Brytanii z Unii, a teraz Włochy – jeden z sześciu krajów założycielskich Unii. To pokazuje, że coraz więcej obywateli w Europie niezwykle krytycznie patrzy na tę organizację i jej poczynania. Czarę goryczy przelała polityka imigracyjna, ale w dyskusjach od lat pojawia się zarzut braku demokracji w Unii Europejskiej oraz arogancji jej urzędników.

Niedawno przypomniałem w Parlamencie Europejskim, że pojęcie deficytu demokracji występujące w encyklopediach i słownikach jest tożsame z konstrukcją i funkcjonowaniem Unii Europejskiej. Ludzie dostrzegają, że Unia przejmuje coraz więcej kompetencji, ograniczając swobodę na terytorium ich własnego państwa. Zwraca się też uwagę na fakt, że od dłuższego czasu Unia Europejska odchodzi od swoich chrześcijańskich korzeni, które eksponowali jej ojcowie założyciele. Wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA stanowi do dziś traumę dla brukselskich decydentów. Przypomnę, że Trumpa czynnie w kampanii wyborczej wspierał brytyjski europoseł Nigel Farage nazywany „ojcem brexitu”, a Donald Trump wieszczył, że inne kraje Unii podążą drogą Wielkiej Brytanii, czyli będą z niej występowały. Niewątpliwie konsekwencją tego były nowe nominacje na amerykańskich ambasadorów w Europie.

Całkiem niedawno właśnie nowy ambasador USA w Niemczech dobitnie powiedział w jednym z wywiadów, że „chce wzmocnić pozycję konserwatystów w całej Europie”. Stwierdził, że USA ma tu dużo do zrobienia i dodał: „Uważam jednak, że wybór Donalda Trumpa (na prezydenta USA) wzmocnił pozycję pojedynczych osób i ludzi, którzy mówią teraz, że nie mogą pozwolić, by klasa polityczna jeszcze przed wyborami determinowała, kto wygra i kto powinien startować”. Reakcja unijnych polityków była oczywiście do przewidzenia. Były przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz stwierdził, że ambasador USA w Niemczech „zachowuje się nie jak dyplomata, ale skrajnie prawicowy oficer kolonialny”. Jednakże, jeśli amerykański dyplomata ma rację, a wiele wskazuje na to, że ma, to nie może dziwić, że ujawniona przez niego grupa decydentów tracąca wpływy podnosi larum.

Czy nie tak było w Polsce po 1989 roku? We Francji pocieszają się jednak, że Włochy to nie Polska, ale w innych krajach komentatorzy wskazują na „głębokie pęknięcie między politykami, a obywatelami Starego Kontynentu”. I to politykami deklarującymi się jako prawicowi czy lewicowi, bo doprawdy czasem trudno oddzielić wśród nich lewicę od prawicy. Korespondent francuskiego „Le Figaro” w Brukseli zauważył, że „kondominium prawicowo-lewicowe jest w agonii na całym kontynencie i polityczna przyszłość Europy rozegra się w wyborach do Parlamentu Europejskiego”. Dowodem na to artykuł w brukselskim tygodniku „Politico” zatytułowany „Populiści szykują się do przejęcia Europarlamentu – już za rok”. I tego właśnie najbardziej obawia się brukselski establishment.

Zachodzące polityczne zmiany w poszczególnych krajach członkowskich, a także wzrost nastrojów krytycznych wobec Unii Europejskiej, są inspiracją dla europarlamentarnych przedbiegów zwłaszcza, że przedstawiony przez Komisję Europejską budżet może być zatwierdzany przez następny Parlament Europejski wybrany w przyszłym roku. Jeśli eurosceptycy, nazywani nader często populistami, tak jak np. we Włoszech, osiągną podobne wyniki, to może diametralnie zmienić się polityczny krajobraz w Brukseli. Do odzyskania demokratycznej kontroli nad unijnymi instytucjami droga jednak jeszcze daleka.

Tzw. „klasa polityczna”, o której mówił amerykański ambasador trzyma się jeszcze mocno i ma duże wpływy. Nie jest wykluczone, że sięgają one także kręgów określanych przez nich jako populistyczne. Cóż to bowiem za problem delegować do prawicowych środowisk swoich zwolenników, którzy później w odpowiednim momencie zmienią kurs na prounijny, czyli proeuropejski. Dlatego wielu już teraz, w czasie europarlamentarnych przedbiegów, domaga się deklaracji, czy w przyszłym Europarlamencie wybrani europosłowie znajdą się w grupach prawicowych i konserwatywnych, czy też dołączą do obecnego prounijnego mainstreamu? Czy nie warto więc zawczasu przygotować się do tych wyborów także w Polsce?

prof. Mirosław Piotrowski

drukuj