Myśląc Ojczyzna – prof. Mirosław Piotrowski

Audio MP3

Pobierz

Wybory, wybory…

Tydzień temu odbyła się pierwsza tura wyborów prezydenckich w Polsce. Urzędujący prezydent Bronisław Komorowski przegrał to starcie z kandydatem największej partii opozycyjnej. Wprawdzie różnica między nimi wyniosła niespełna jeden procent, ale zwycięstwo opozycji jest symboliczne, a przez obóz rządzący nieoczekiwane. Trzecie miejsce i ponad 20% głosów uzyskał muzyk rockowy, wcześniej wspierający Platformę Obywatelską. Rozczarowany tą formacją zadeklarował, że chce „oddać Polskę obywatelom”.

Skądinąd jesteśmy świadkami ciekawej sytuacji. Od ponad siedmiu lat w Polsce rządzi Platforma Obywatelska i okazuje się, że trzeba pokonać jej kandydata na prezydenta i zmienić konstytucję, aby Polskę przywrócić obywatelom. Przypomina się sytuacja sprzed lat, gdy rządziła Polska Zjednoczona Partia Robotnicza i wówczas oddolnie zawiązał się Komitet Obrony Robotników, by ich chronić przed rządzącą partią robotniczą. Gdyby zsumować głosy uzyskane przez kandydata PiS oraz innych niezadowolonych z rządów Platformy, Bronisław Komorowski przegrałby definitywnie już w pierwszej turze i mógłby oddać się pasji myślistwa. A według sondaży przedwyborczych miało być tak pięknie. Do ostatnich chwil przed wyborami pokazywały one zwycięstwo urzędującego prezydenta.

Tym boleśniejsze było jego wybudzenie. Już następnego dnia rankiem postanowił on przejąć główne hasło niezadowolonej konkurencji, ogłaszając wolę zorganizowania referendum w sprawie JOW-ów, czyli jednomandatowych okręgów wyborczych. Pomijając już fakt, że dotychczas prezydent ignorował tego typu inicjatywy, to w tak krótkim przedwyborczym czasie nie będzie możliwości przeprowadzenia pogłębionej debaty w tej sprawie.

System JOW-ów ma swoje oczywiste plusy, ale także i minusy. Gdy kraj podzielimy na małe okręgi i zdecydujemy, że zwycięzca jest jeden i bierze wszystko, musimy być również przygotowani na wydarzenia takie, jak w Wielkiej Brytanii, gdzie system ten obowiązuje. Kilka dni przed wyborami w Polsce, w Wielkiej Brytanii odbyły się wybory do Izby Gmin. Do obsadzenia było 650 mandatów. Podobnie jak w przypadku Polski, do samych wyborów podawano mylne dane sondażowe. Ostatecznie zwyciężyła Partia Konserwatywna Davida Camerona, z którą tworzymy koalicję w Parlamencie Europejskim. Konserwatyści uzyskali zdecydowaną większość 331 mandatów, co pozwala im rządzić samodzielnie. System JOW-ów okazuje się korzystny dla wielkich partii. Konsekwencją tego systemu jest np. porażka popularnej partii UKiP Nigela Farage’a, na którą w skali całego kraju głosowało blisko 13% wyborców, a otrzymała ona tylko jeden mandat. Dla porównania Szkocka Partia Narodowa, na którą w skali kraju zagłosowało niespełna 5% wyborców, uzyskała aż 56 mandatów do Izby Gmin.

W Wielkiej Brytanii nie tylko system wyborczy jest odmienny od polskiego, ale także kultura demokratyczna, czego przykładem jest fakt, że wszyscy przywódcy przegranych partii politycznych po wyborach podali się do dymisji. Zwycięstwo Camerona jest szeroko komentowane w Europie, gdyż wcześniej zapowiedział, że jeśli odniesie sukces, to w przeciągu dwóch lat zorganizuje referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Od tego referendum bardzo wiele będzie zależało. Jeśli Brytyjczycy opuszczą Unię, może dojść do jej całkowitego demontażu. Większość Brytyjczyków na Unię Europejską patrzy pragmatycznie. Dokładnie liczy, ile kosztuje podatników przynależność do tej ogromnej biurokratycznej struktury. Zastanawiają się, czy korzystniejsze będzie dla nich wyjście, czy pozostanie w Unii Europejskiej.

Od dawna, zwłaszcza konserwatyści, sprawę stawiają jasno, Unia Europejska ma być środkiem do celu, jakim jest dobrobyt obywateli, a nie bożkiem, któremu bije się pokłony. Powoli ten styl myślenia przenika także do Polski. W jakiejś mierze przekłada się także na wybory polityczne. Aspekt europejski, choć nie jest dominujący, pojawia się w polskiej kampanii prezydenckiej. W pierwszej turze wyborów wzięło udział niespełna 49% uprawnionych do głosowania, to znaczy, że ponad połowa pozostała w domu. Zakładając hipotetycznie, wręcz nierealistycznie, że gdyby wszyscy ci, którzy do wyborów nie poszli, wybrali jednego własnego kandydata i na niego zagłosowali, to zwyciężyłby on ze wszystkimi już w pierwszej turze. W Polsce nie ma przymusu wyborczego, ale kto nie głosuje, losy naszego kraju, także i Europy, powierza innym.

prof. Mirosław Piotrowski, europoseł

drukuj