Przemówienie Ojca Świętego wygłoszone podczas spotkania z katolikami zaangażowanymi w Kościele i społeczeństwie

Drodzy Współbracia w posłudze biskupiej i kapłańskiej!

Szanowne Panie i Panowie!

Bardzo się cieszę z tego spotkania z wami, którzy na różnych płaszczyznach
jesteście zaangażowani na rzecz Kościoła i społeczeństwa. Stwarza mi
ono dogodną
okazję do osobistego podziękowania wam z całego serca za wasze zaangażowanie
i świadectwo, które dajecie jako „ludzie świeccy, [którzy] stają się
potężnymi głosicielami wiary w to, czego się spodziewamy” (Lumen gentium, 35). W swoim środowisku pracy chętnie bronicie sprawy swej wiary i Kościoła,
a nie zawsze jest to łatwe w naszych czasach.

 

 

Od wielu dziesięcioleci widzimy zmniejszanie się praktyk religijnych,
stwierdzamy ciągłe odcinanie się znaczącej części ochrzczonych od życia
Kościoła. Rodzi się pytanie: czy może Kościół nie powinien się zmienić? Czy
może powinien – w swych urzędach i strukturach – przystosować się do naszych
czasów, aby dotrzeć do ludzi naszych czasów, poszukujących lub wątpiących?
Błogosławioną Matkę Teresę z Kalkuty zapytano kiedyś, co przede wszystkim
powinno się – według niej – zmienić w Kościele, a wówczas ona odpowiedziała:
ty i ja!

Ten drobny epizod unaocznia nam dwie rzeczy – z jednej strony zakonnica
zamierza powiedzieć swemu rozmówcy, że Kościół stanowią nie tylko inni, nie
tylko hierarchia, papież i biskupi: Kościół tworzymy my wszyscy, ochrzczeni.
Z drugiej strony wychodzi ona rzeczywiście od założenia: tak, jest powód do
zmiany. Istnieje potrzeba zmiany. Każdy chrześcijanin i wspólnota wierzących
są wezwani do nieustannego nawracania się.

Jak zatem należy kształtować konkretnie tę przemianę? Czy może chodzi o
odnowę, jak robi to na przykład właściciel domu, przebudowując lub malując
na nowo są posiadłość? A może chodzi tu o poprawkę, o ponowne wejście na
kurs, ażeby szybciej prościej pokonać drogę? Niewątpliwie te i inne aspekty
odgrywają pewną rolę. Gdy jednak chodzi o Kościół, podstawowym motywem
zmiany jest apostolska misja uczniów i samego Kościoła.

Mianowicie Kościół musi ciągle na nowo sprawdzać swą wierność temu
posłannictwu. Trzy Ewangelie synoptyczne naświetlają różne aspekty misji
posłannictwa: misja opiera się na doświadczeniu osobistym – „Wy jesteście
świadkami” (Łk 24, 48); wyraża się w więzi – „Nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28, 19); przekazuje powszechne orędzie – „Głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15). Ze względu jednak na wymogi i uwarunkowania świata świadectwo to bywa nieustannie zaciemniane, więzi ulegają osłabieniu a
orędzie relatywizowane. Jeśli więc Kościół, jak mówi Paweł VI, „co dzień
dokładniej siebie poznaje i stara się wprowadzić w życie przykład, który mu
Chrystus zostawił, często dochodzi do stwierdzenia, iż różni się on bardzo
od poglądów i sposobu życia ludzi, wśród których żyje i do których stara się
zbliżyć” (encyklika Ecclesiam suam, 58). Aby wypełnić swą misję, będziecie nieustannie zachowywali dystans wobec swego otoczenia, w pewnym stopniu
odcinali się od świata.

Posłannictwo Kościoła wypływa bowiem z tajemnicy Trójjedynego Boga, z tajemnicy Jego miłości stwórczej. Miłość nie jest tylko jakoś obecna w Bogu.
On sam, z samej swej istoty jest miłością, a miłość Boża nie chce być tylko
dla samej siebie, ale chce się rozszerzać. We wcieleniu i w ofierze Syna Bożego dotarła ona do ludzi w szczególny sposób. Syn zstąpił ze sfery swego
bycia Bogiem, przybrał ciało i stał się człowiekiem; i to nie tylko po to,
aby utwierdzić świat w jego bycie ziemskim i być jego towarzyszem, który pozostawia go całkowicie takim, jakim jest. Częścią wydarzenia
chrystologicznego jest niepojęty fakt, że – jak mówią ojcowie Kościoła –
istnieje commercium, czyli wymiana między Bogiem a ludźmi, w której obie strony, co prawda w całkowicie odmienny sposób, coś dają i przyjmują, dają w
darze i otrzymują w darze. Wiara chrześcijańska wie, że Bóg ustanowił
człowieka wolnym, dzięki czemu może on być naprawdę „partnerem” i wymieniać się z Bogiem. Jednocześnie człowiek zdaje sobie w pełni sprawę, że wymiana
taka jest możliwa tylko dzięki wielkoduszności Boga, który przyjmuje ubóstwo
żebraka jako bogactwo, aby uczynić znośnym dar Boży, za który człowiek nie
jest w stanie oferować nic równowartościowego.

Również Kościół zawdzięcza siebie całkowicie tej nierównej wymianie. Nie ma
nic własnego wobec Tego, który go założył. Znajduje swój sens wyłącznie w
tym, że jest narzędziem odkupienia, przenikania świata słowem Bożym i
przekształcania świata, prowadząc go do jedności miłości z Bogiem.
Kościół cały
zanurza się w tym, że Odkupiciel zwraca się ku ludziom. Kościół sam jest
zawsze w ruchu, musi nieustannie służyć otrzymanej od Pana misji posłania.
Kościół musi ciągle na nowo otwierać się na troski świata i poświęcać się
im, aby nadal prowadzić i uaktualniać świętą wymianę, jaka rozpoczęła się z
chwilą Wcielenia.

W historycznym kształtowaniu się Kościoła ukazuje się jednak także przeciwna
tendencja – Kościoła, który przystosowuje się do tego świata, staje się
samowystarczalny i dostosowuje się do kryteriów świata. Przywiązuje w ten
sposób znacznie większą wagę do organizacji i instytucjonalizacji niż do
swego powołaniu do otwartości.
Aby odpowiedzieć na swą autentyczną misję, Kościół musi stale na nowo
podejmować wysiłek odcinania się od doczesności świata. Naśladuje tu słowa
Jezusa: „Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata” (J 17, 16). W
pewnym stopniu historia przychodzi Kościołowi z pomocą poprzez różne epoki
zeświecczenia, które przyczyniły się w zasadniczy sposób do jego
oczyszczenia i reformy wewnętrznej.

Okresy laicyzacji – czy to było wywłaszczenie dóbr Kościoła, likwidacja
przywilejów czy podobnych symboli – oznaczały za każdym razem głębokie
wyzwolenie Kościoła z różnych form doczesności: pozbywał się on, jeśli można
takpowiedzieć, swego bogactwa ziemskiego i z powrotem przyjmował w pełni swe ziemskie ubóstwo. W ten sposób Kościół podzielał los pokolenia Lewiego, które – jak przekazuje Stary Testament – było jedynym plemieniem w Izraelu,
nie mającym ojcowizny, ale jedynie przypadł mu w udziale sam Bóg, Jego
Słowo, jego znaki. Z tym plemieniem przy każdym przełomie dziejowym Kościół
miał udział w ubóstwie, które otwierało na świat, aby odciąć się od swych
powiązań materialnych i tym samym ponownie stawały się wiarygodne jego
działania misyjne.

Przykłady z historii pokazują, że misyjne świadectwo Kościoła oderwanego od
świata staje się widoczne. Uwolniony od swych obciążeń materialnych i
politycznych Kościół może lepiej poświęcać się, prawdziwie po chrześcijańsku
całemu światu, może naprawdę otwierać się na świat. Może na nowo żyć
bezstronnie swym powołaniem do posługi wielbienia Boga i do służenia
bliźniemu. Wyraźniej widać zadanie misyjne, które jest związane z adoracją
chrześcijańską i winno określać strukturę Kościoła. Kościół otwiera się na
świat nie żeby zdobyć ludzi dla instytucji roszczącej sobie władzę, ale żeby
prowadzić ich na nowo ku sobie samym i w ten sposób doprowadzić ich do Tego,
o którym każda osoba może powiedzieć wraz ze św. Augustynem: On jest
bardziej wewnątrz mnie niż ja sam (por. Wyzn. 3, 6, 11). On, który jest nieskończenie nade mną, jest przy tym tak dalece we mnie samym, że jest
prawdziwym moim wnętrzem. Dzięki temu rodzajowi otwarcia Kościoła na świat
została zarazem nakreślona forma, w której otwarcie się na świat
pojedynczego chrześcijanina może się dokonywać w sposób skuteczny i
odpowiedni.

Nie chodzi tu o znalezienie nowej taktyki, aby na nowo zapewnić Kościołowi
znaczenie. Chodzi przede wszystkim o odrzucenie tego wszystkiego, co jest
jedynie taktyką i o poszukiwanie pełnej rzetelności, która nie lekceważy ani
nie tłumi niczego z prawdy naszego dziś, ale realizuje w pełni wiarę
dzisiaj, przeżywając ją właśnie całkowicie w prostocie dnia dzisiejszego,
prowadząc ją ku pełnej tożsamości, usuwając z niej to, co tylko na pozór
jest wiarą, a w rzeczywistości jedynie konwencją i przyzwyczajeniami.

Powiedzmy to jeszcze innymi słowami: wiara chrześcijańska zawsze, a nie
tylko w naszych czasach jest dla człowieka skandalem. To, że odwieczny Bóg
troszczy się o nas, ludzi, że nas zna; że Niepojęty stał się w określonej
chwili dziejowej konkretny; że Nieśmiertelny cierpiał i zmarł na krzyżu; że
nam, istotom śmiertelnym, obiecano zmartwychwstanie i życie wieczne –
wierzyć w to jest dla nas, ludzi, prawdziwym wymaganiem.
Ten skandal, którego nie można usunąć, jeśli nie chce się obalić
chrześcijaństwa, został niestety odsunięty w cień w ostatnim czasie przez
inne bolesne skandale głosicieli wiary. Tworzy się groźna sytuacja, gdy owe
skandale zajmują miejsce pierwotnego skandalonu Krzyża i w ten sposób czynią go nie do przyjęcia, to znaczy gdy ukrywają one prawdziwe wymogi
chrześcijańskie za niewłaściwym zachowaniem jego głosicieli.

Jest to jeszcze jeden powód, aby stwierdzić, że znów nadszedł czas odważnego
zerwania z tym, co jest doczesne w Kościele. Nie oznacza to wycofywania się
ze świata. Kościół uwolniony od elementów doczesnych jest w stanie
przekazywać ludziom – i cierpiącym, i tym, którzy im pomagają – właśnie
także w środowisku społeczno-charytatywnym, szczególną żywotną siłę wiary
chrześcijańskiej. „Caritas nie jest dla Kościoła rodzajem opieki społecznej,
którą można by powierzyć komu innemu, ale należy do jego natury, jest
niezbywalnym wyrazem jego istoty” (encyklika Deus caritas est, 25). Z pewnością również dzieła miłosierdzia Kościoła winny nieustannie zwracać
uwagę na wymóg stosownego odcięcia się od świata, aby uniknąć usychania jego
korzeni w obliczu rosnącego oddalania się od Kościoła. Tylko głęboka więź z
Bogiem umożliwia skupienie pełnej uwagi na człowieku, tak samo jak bez
zwrócenia uwagi na bliźniego uboższy jest związek z Bogiem.

Bycie otwartymi na postawy świata oznacza zatem dla Kościoła oddzielonego od
świata świadczenie słowem i czynem, tu i teraz zgodnie z Ewangelią, o
panowaniu miłości Bożej. Zadanie to ponadto odsyła ponownie poza współczesny
świat: życie obecne obejmuje bowiem więź z życiem wiecznym. Przeżywajmy jako
jednostki i jako wspólnota Kościoła prostotę wielkiej miłości, która w
świecie jest czymś zarazem najprostszym i najtrudniejszym, jako że wymaga ni
mniej ni więcej jak jedynie dawania samego siebie.

Drodzy przyjaciele, pozostaje mi prosić dla nas wszystkich o
błogosławieństwo Boże i o siłę Ducha Świętego, abyśmy mogli – każdy w swojej
dziedzinie- ciągle na nowo rozpoznawać i świadczyć o miłości Boga i o Jego
miłosierdziu.

Dziękuję wam za uwagę.

drukuj