Przemówienie Ojca św. Franciszka wygłoszone podczas spotkania z biskupami Meksyku

Audio MP3
Pobierz

Drodzy bracia! Cieszę się, że mogę się z wami spotkać nazajutrz po moim przybyciu do tego umiłowanego kraju, do którego, śladami moich poprzedników, także przybyłem z wizytą.

Nie mogłem tu nie przybyć! Czyż Następca Piotra, wezwany z dalekiego Południa Ameryki Łacińskiej, mógłby nie spojrzeć na „Virgen Morenita” [Czarną Panienkę]?

Dziękuję za przyjęcie mnie w tej katedrze – „domku”, który stał się wielkim, ale nadal „świętym”, o który prosiła Panna z Guadalupe, oraz za skierowane do mnie uprzejme słowa powitania.

Wiedząc, że tutaj jest tajemne serce każdego Meksykanina, wchodzę krokiem łagodnym, jak wypada wchodzić do domu i do duszy tego narodu. Jestem też wam głęboko wdzięczny za otwarcie mi bramy. Wiem, że spoglądając w oczy Dziewicy, spotykam wzrok Jej ludu, który w Niej nauczył przejawiania siebie. Wiem, że żaden inny głos nie może mówić tak głęboko o meksykańskim sercu, jak może o nim powiedzieć Dziewica Maryja. Ona, strzeże jego najwznioślejszych pragnień i jego najbardziej ukrytych nadziei. Ona zbiera jego radości i jego łzy. Ona rozumie jego liczne języki i odpowiada na nie z czułością Matki, gdyż są to Jej dzieci.

Cieszę się, że jestem z wami tutaj w pobliżu „Wzgórza Tepeyac”, jakby u początków ewangelizacji tego kontynentu i proszę was, pozwólcie, abym to wszystko, co wam powiem, mógł uczynić, wychodząc od Matki Bożej z Guadalupe. Jakże by chciał aby to Ona sama zaniosła w głąb waszych dusz – duszpasterzy i za waszym pośrednictwem do każdego z waszych Kościołów lokalnych, obecnych w tym rozległym Meksyku, to wszystko, co intensywnie wypływa z serca papieża.

Tak jak uczynił to święty Jan Diego i co czyniły kolejne pokolenia dzieci Matki Bożej z Guadalupe, również papież od dawna żywił pragnienie by Ją ujrzeć. Co więcej, ja sam chciałbym zostać objęty Jej macierzyńskim spojrzeniem. Rozmyślałem dużo o tajemnicy tego spojrzenia i proszę was, abyście przyjęli to, co wypływa w tej chwili z mego serca Pasterza.

Spojrzenie czułej troski

Przede wszystkim Czarna Panienka uczy nas, że jedyną siłą zdolną do zdobycia serc ludzi, jest czuła troska Boga. Tym, co zachwyca i przyciąga, tym, co podbija i zwycięża, tym, co otwiera i uwalnia z łańcuchów, nie jest siła narzędzi czy surowość prawa, lecz wszechmocna słabość miłości Bożej, która jest niepowstrzymaną siłą Jego łagodności i nieodwracalną obietnicą Jego miłosierdzia.

Pewien wasz niespokojny i znany pisarz – Octavio Paz – powiedział, że w Guadalupe nie prosi się już o obfitość zbiorów lub o urodzajność ziemi, ale szuka się łona, do którego ludzie, zawsze będący sierotami i wydziedziczonymi, przybywają w poszukiwaniu bezpieczeństwa i ogniska domowego.

Czy po upływie stuleci od wydarzenia tworzącego ten kraj i ewangelizacji kontynentu ktoś się rozczarował, czy zapomniał o potrzebie łona, którego gorąco pragnie serce powierzonego wam ludu?

Znam długie i bolesne dzieje, jakie przeszliście, łącznie z wielkim przelewem krwi, z gwałtownymi i niszczycielskimi wstrząsami, z przemocą i nieporozumieniami. Słusznie mój czcigodny i święty Poprzednik, który w Meksyku czuł się jak w domu, zechciał przypomnieć: „Jak rzeki, niekiedy ukryte a zawsze obfite, trzy rzeczy raz się spotykają, a innym razem ujawniają swe uzupełniające się różnice, nigdy jednak nie mieszając się całkowicie: prastara i bogata wrażliwość ludów tubylczych, które kochały Juana de Zumárragę i Vasco de Quirogę, których wiele tych narodów nadal nazywają ojcami; chrześcijaństwo zakorzenione w duszy Meksykanów i nowoczesny racjonalizm dworu europejskiego, który bardzo pragnął wywyższyć niepodległość i wolność” (JAN PAWEŁ II, Przemówienie św. podczas powitania w Meksyku, 22 stycznia 1999).

I w tej historii macierzyńskie łono, które stale rodziło Meksyk, chociaż niekiedy przypominało „sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech” (por. J 21, 11), nigdy nie okazywało się bezpłodne a groźne pęknięcia zawsze się zabliźniały.

Dlatego wzywam was do ponownego wyjścia od tej potrzeby łona, która wychodzi z duszy waszego narodu. Łono wiary chrześcijańskiej jest może pojednać przeszłość, często naznaczoną osamotnieniem, izolacją i marginalizacją, z przyszłością ciągle spychaną na jutro, które się wymyka. Dopiero w tym łonie można, nie wyrzekając się swojej tożsamości, „odkryć głęboką prawdę nowego człowieczeństwa, w którym wszyscy są wezwani do bycia dziećmi Bożymi” (JAN PAWEŁ II, Homilia w czasie kanonizacji św. Jana Diego, 31 lipca 2002).

Pochylcie się zatem z delikatnością i szacunkiem nad głęboką duszą swego ludu, zniżcie się z uwagą i rozszyfrujcie jego tajemne oblicze. Czyż teraźniejszość, często podzielona między rozproszeniem a świętem, nie jest wprowadzeniem do Boga, który jest jedyną i pełną teraźniejszością? Czy oswojenie z bólem i śmiercią nie są formami męstwa i drogami ku nadziei? Czy uznanie, że świat zawsze i wyłącznie potrzebuje odkupienia, nie jest antidotum na arogancką samowystarczalność tych, którzy uważają, że mogą obejść się bez Boga?

Oczywiście do tego wszystkiego konieczne jest spojrzenie, zdolne odzwierciedlić czułej troski Boga. Bądźcie zatem biskupami mającymi czyste spojrzenie, przejrzystą duszę i jaśniejące oblicze. Nie lękajcie się przejrzystości. Kościół dla swego działania nie potrzebuje ciemności. Uważajcie, aby wasze spojrzenia nie pokrywały się półcieniami mroków światowości, nie dajcie się zepsuć trywialnym materializmem ani kuszącymi złudzeniami porozumień zawieranych pod stołem, nie pokładajcie zaufania w „rydwanach i koniach” dzisiejszych faraonów, gdyż naszą siłą jest „słup ognia” który rozdziela na dwoje wielkie fale morskie, nie czyniąc wielkiego zgiełku (por. Wj 14, 24-25).

Świat, w którym Pan wzywa nas do prowadzenia naszej misji stał się bardzo złożony. Co prawda wszechobecna idea „cogito”, która nie zaprzeczała, że istnieje choćby jakaś skała wznosząca się nad piaskiem bytu, dzisiaj została zdominowana przez koncepcję życia, uważaną przez wielu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej za chwiejną, wątpliwą i nieuzasadnioną, jako że brakuje jej mocnego podłoża. Granice tak intensywnie przywoływane i popierane, stały się przenikalne dla nowości świata, w którym siła niektórych nie może przetrwać bez słabości innych. Nieodwracalna hybrydyzacja technologii przybliża to, co było dalekie, ale niestety oddala to, co powinno być bliskie.

I właśnie w tym świecie Bóg prosi was, abyście mieli spojrzenie zdolne do usłyszenia żądania, jakie woła krzyczy w sercu waszego ludu, jedynego, które ma we własnym kalendarzu „święto krzyku”. Na ten krzyk trzeba koniecznie odpowiedzieć, że Bóg istnieje i jest blisko przez Jezusa. Że tylko Bóg jest rzeczywistością, na której można budować, gdyż „Bóg jest rzeczywistością-fundamentem, nie Bogiem wymyślonym czy hipotetycznym, ale Bogiem o ludzkim obliczu” (BENEDYKT XVI, Przemówienie otwierające V konferencję ogólną CELAM, 13 maja 2007).

W waszych spojrzeniach naród meksykański ma prawo odnajdywać ślady tych, którzy „widzieli Pana” (por. J 20, 25), tych, którzy byli z Bogiem. Jest to sprawa zasadnicza. Nie traćcie zatem czasu i energii na sprawy drugorzędne, na gadaninę i intrygi, na próżne myślenie o karierze, na daremne plany o hegemonii, na bezpłodne kluby interesów czy układów towarzyskich. Nie dajcie się uwieść podszeptom i knowaniom. Wprowadzajcie swych kapłanów w takie rozumienie świętej posługi. Naszym sługom Bożym starczy łaski „picia z kielicha Pana”, daru strzeżenia części Jego dziedzictwa, które zostało nam powierzone, chociaż jesteśmy niedoświadczonymi zarządcami. Pozwólmy, aby Ojciec wyznaczył nam miejsce, które nam przygotował (por. Mt 20, 20-28). Czyż możemy naprawdę zajmować się innymi sprawami niż te, które należą do Ojca? Poza „sprawami Ojca” (por. Łk 2, 48-49) tracimy swoją tożsamość i z własnej winy jesteśmy pozbawieni Jego łaski.

Jeśli nasze spojrzenie nie świadczy o tym, że widzieliśmy Jezusa, wówczas słowa, którymi wspominamy o Nim, są jedynie pustymi figurami retorycznymi. Być może wyrażają tęsknotę tych, którzy nie mogą zapomnieć o Panu, lecz mimo to, są tylko mamrotaniem sierot nad grobem, słowami w ostatecznym rachunku niezdolnymi do przeszkodzenia temu, aby świat pozostał porzucony i sprowadzony do własnej rozpaczliwej potęgi.

Myślę o konieczności ofiarowania macierzyńskiego łona młodym. Niech wasze spojrzenia będą zdolne do spotkania się z ich spojrzeniami, do kochania ich i zdobywania tego, czego oni szukają z tą siłą, z jaką wielu, takich jak oni, pozostawili łodzie i sieci nad brzegiem morza (por. Mk 1, 17-18), porzucili stoły poborców podatków, aby pójść za Panem prawdziwego bogactwa (por. Mt 9, 9).

Szczególnie niepokoją mnie ci liczni, którzy kuszeni próżną potęgą tego świata, wysławiają chimery i przywdziewają ich makabryczne symbole, aby skomercjalizować śmierć w zamian za pieniądze, które na końcu „mol i rdza niszczą a złodzieje włamują się i kradną” (por. Mt 6, 20). Proszę was, abyście nie lekceważyli wyzwania etycznego i antycywilizacyjnego, jakie stanowi dla całego społeczeństwa meksykańskiego, łącznie z Kościołem handel narkotykami.

Rozmiary tego zjawiska, złożoność jego przyczyn, rozległość jego zasięgu niczym przerzut choroby, która pożera, powaga przemocy, która rozbija i jej bulwersujące powiązania nie pozwalają, abyśmy my, pasterze Kościoła, uciekali się do ogólnikowych potępień, ale wymagają od nas proroczej odwagi oraz poważnego i wykwalifikowanego planu duszpasterskiego, aby przyczyniać się stopniowo do utworzenia tej delikatnej sieci ludzkiej, bez której wszyscy bylibyśmy od początku zniszczeni przez tak podstępne zagrożenie. Jedynie rozpoczynając od rodzin, zbliżając się i obejmując peryferie ludzkie i egzystencjalne obszarów oddalonych od naszych miast, angażując wspólnoty parafialne, szkoły, instytucje społeczne, wspólnoty polityczne, struktury bezpieczeństwa, tylko w ten sposób będzie się można wyzwolić całkowicie z wód, w których niestety pogrążyło się tak wiele istnień ludzkich – czy to tych, którzy zmarli jako ofiary, czy tych, którzy przed Bogiem będą mieli zawsze ręce splamione krwią, nawet gdyby mieli kieszenie pełne brudnych pieniędzy i niewrażliwe sumienie.

Spojrzenie zdolne do tkania

Na płaszczu duszy meksykańskiej Bóg utkał nićmi noszącymi metyskie rysy swego ludu, oblicze swego objawienia się w „Czarnej Panience”. Bóg nie potrzebuje kolorów przygaszony, niewyraźnych, aby nakreślić swe oblicze. Boże rysy nie są uwarunkowane kolorami i nićmi, ale określone są nieodwracalnością Jego miłości, która pragnie nieugięcie na nas się odcisnąć.

Bądźcie zatem, biskupami zdolnymi do naśladowania tej wolności Boga, wybierając to, co pokorne, aby uczynić widzialnym majestat Jego oblicza i aby naśladować tę boską cierpliwość w tkaniu delikatną nicią ludzkości, którą spotkacie, tego nowego człowieka, na którego czeka wasz kraj. Nie dajcie się pochłonąć daremnymi próbami zmiany ludu, jak gdyby miłość Boża nie miała wystarczającej mocy, aby go zmienić.

Odkrywajcie zatem na nowo mądrą i pokorną stałość, z jaką ojcowie wiary tej ojczyzny potrafili wprowadzać kolejne pokolenia w semantykę tajemnicy Bożej. Najpierw nauczywszy się, a następnie nauczając języka niezbędnego do dialogu z tym Bogiem, ukrytym w ciągu wieków ich poszukiwania a który stał się bliski w osobie swego Syna Jezusa, którego dziś tak wielu rozpoznaje w wizerunku skrwawionym i upokorzonym jako postać własnego losu. Naśladujcie Jego zbliżanie się do człowieka i Jego umiejętność uniżania się. Nigdy nie zrozumiemy dostatecznie faktu, że za pomocą nici metyskich naszego ludu Bóg uplótł oblicze, dzięki któremu daje się poznać! Nigdy nie będziemy wystarczająco wdzięczni.

Proszę was o szczególnie delikatne spojrzenie na ludy tubylcze oraz ich fascynujące a nierzadko zmasakrowane kultury. Meksyk potrzebuje swych korzeni „amerindias” [ amerykańsko-indiańskich], aby nie trwać w jakiejś nierozwiązywalnej zagadce. Pierwotna ludność Meksyku ciągle jeszcze czeka, aby rzeczywiście uznano bogactwo jej wkładu i owocność jej obecności, aby odziedziczyć tę tożsamość, która przeobrazi was w naród wyjątkowy, a nie tylko jeden między innymi.

Często mówiono o rzekomym niespełnionym przeznaczeniu tego narodu, o „labiryncie samotności”, w którym miałby on być uwięziony, o geografii jako przeznaczeniu, które wpędza go w pułapkę. Niektórzy uważają, że wszystko to ma być przeszkodą dla stworzenia obrazu jednolitego oblicza, dojrzałej tożsamości, szczególnego miejsca w koncercie narodów i wspólnej misji.

Według innych, także Kościół w Meksyku miałby być skazany na wybór między znoszeniem niższości do której został zepchnięty w niektórych okresach swych dziejów, jak wtedy, gdy jego głos został uciszony i usiłowano wyeliminować jego obecność, a ryzykiem popadnięcia w fundamentalizmy, aby odzyskać tymczasowe pewności, zapominając o wpisanym w sercu pragnieniu Absolutu i o byciu powołanym w Chrystusie do zbierania wszystkich a nie tylko jednej części (por. Lumen gentium, 1, 1).

Niestrudzenie przypominajcie natomiast swemu ludowi, jak bardzo potężne są starożytne korzenie, które pozwoliły na dokonanie żywej chrześcijańskiej syntezy wspólnoty ludzkiej, kulturowej i duchowej, jaka tu się ukształtowała. Pamiętajcie, że skrzydła waszego ludu wielokrotnie już się rozwijały nad wieloma trudnościami. Strzeżcie pamięci o długiej drodze, do której obecnie doszliście i umiejcie wzbudzić nadzieję na nowe cele, gdyż jutro będzie to ziemia „bogata w owoce”, chociaż stają przed nami nie małe wyzwania (por. Lb 13, 27-28).

Niech wasze spojrzenia, spoczywające zawsze i wyłącznie w Chrystusie, będą zdolne, by przyczyniać się do jedności waszego ludu, sprzyjaniu pogodzenia istniejących w nim różnic oraz integracji jego różnorodności, wspierania rozwiązanie jego problemów wewnętrznych, pamiętania o wyższych celach, jakie Meksyk może osiągnąć, jeśli nauczy się przynależności raczej do samego siebie niż do innych, pomagania w znajdowaniu wspólnych i zrównoważonych rozwiązań jego bied, motywowania całego narodu, aby nie zadowalał się mniejszym, niż to czego oczekuje się od meksykańskiego sposobu zamieszkiwania świata.

Spojrzenie wrażliwe na bliźniego, nieusypiające

Proszę was, abyście nie popadali w paraliż udzielania starych odpowiedzi na nowe wymogi. Wasza przeszłość jest studnią bogactw, które należy wydobyć, mogących być natchnieniem dla teraźniejszości i rozświetlać przyszłość. Biada wam, gdybyście spoczęli na laurach! Nie wolno zaprzepaścić otrzymanego dziedzictwa, strzegąc go nieustanną pracą. Opieracie się na dziedzictwie gigantów: biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i świeckich „wiernych aż do końca”, którzy oddali życie, aby Kościół w Meksyku mógł pełnić właściwą sobie misję. Z wysokości tego podium jesteście wezwani do rzucania szerokiego spojrzenia na niwę Pańską, aby planować siew i oczekiwać zbiorów.

Zachęcam was do nieustraszonego trudzenia się w dziedzinie ewangelizacji i pogłębiania wiary przez katechezę mistagogiczną, która umiałaby docenić pobożność ludową waszego ludu. Nasz czas wymaga zwracania uwagi duszpasterskiej na osoby i grupy, które czekają, aby mogły wyjść ma spotkanie żywego Chrystusa. Tylko odważne nawrócenie duszpasterskie naszych wspólnot może szukać, rodzić i karmić dzisiejszych uczniów Jezusa (por. Dokument z Aparecidy, 226, 368, 370).

Dlatego konieczne jest, aby nasi pasterze pokonali pokusę dystansu i klerykalizmu, chłodu i obojętności, zachowania triumfalnego i autoreferencyjności. Guadalupe uczy nas, że Bóg jest w swym obliczu bliski, że bliskość i uniżenie mogą uczynić więcej niż siła.

Jak uczy piękna tradycja guadalupańska, „Morenita” strzeże spojrzeń tych, którzy Ją kontemplują, odzwierciedla twarze tych, którzy Ją spotykają. Trzeba się nauczyć, że jest coś niepowtarzalnego w każdej z tych osób, które na nas patrzą, szukając Boga. Naszym zadaniem jest to, abyśmy nie nieczuli na takie spojrzenia. Musimy strzec w sobie każdego z nich, zachowując ich w sercu, broniąc ich.

Tylko Kościół zdolny do ochrony oblicza ludzi, którzy będą pukali do jego drzwi, jest zdolny, by mówić im o Bogu. Jeśli nie rozpoznamy ich cierpień, jeśli nie uświadomimy sobie ich potrzeb, nie będziemy mogli nic im dać. Bogactwo, jakie mamy, płynie tylko wtedy, gdy napotykamy małość tych, którzy żebrzą, i właśnie takie spotkanie dokonuje się w naszych sercach pasterzy.

Pierwsze oblicze, o które błagam, byście je strzegli w swych sercach, to oblicze waszych kapłanów. Nie pozostawiajcie ich narażonych na samotność i opuszczenie, aby padali łupem światowości, która pożera serce. Bądźcie czujni i nauczcie się czytać ich spojrzenia, aby się z nimi cieszyć, gdy się czują szczęśliwi, mogąc opowiedzieć, „co zdziałali i czego nauczali” (por. Mk 6, 30), a także aby nie się nie wycofywać, gdy czują się nieco upokorzeni i mogą jednie zapłakać, gdyż „zaparli się Pana” (por. Łk 22, 61-62) oraz aby wesprzeć ich, we wspólnocie z Chrystusem, gdy któryś z nich, opuszczony, odejdzie z Judaszem „w nocy” (por. J 13, 30). W takich sytuacjach niech nigdy zabraknie ojcostwa was, biskupów wobec waszych księży. Ożywiajcie wspólnotę między nimi, starajcie się, aby doskonalili swe dary, włączajcie ich w wielkie sprawy, gdyż serce apostoła nie zostało uczynione dla małych rzeczy.

Potrzeba rodzinności mieszka w sercu Boga. Pani z Guadalupe prosi więc wyłącznie o „święty domek”. Nasze narody latynoamerykańskie rozumieją dobrze język zdrobniały i często go używają. Być może potrzebują form zdrobniałych, ponieważ w innej postaci czułyby się zagubione. Przyzwyczaiły się do czucia się małymi i przywykły żyć skromnie.

Kościół, gromadząc się w majestatycznej katedrze, nie może obyć się bez pojmowania siebie jako „mały domek”, w którym jego dzieci mogą czuć się u siebie. Przed Bogiem można trwać tylko wtedy, gdy jest się małym, gdy się jest sierotą, gdy jest się żebrakiem.

„Domek” rodzinny jest zarazem „święty”, gdyż bliskość wypełnia się wszechmocną wielkością. Jesteśmy strażnikami tej tajemnicy! Może czasami zagubiliśmy to poczucie pokornej miary boskiej i trudno nam dać naszym wiernym „domek”, w którym mogą się poczuć dogłębnie zjednoczeni z Bogiem. Może być i tak, że zaniedbawszy nieco poczucie Jego wielkości, zagubiło się część godnego szacunku lęku wobec takiej miłości. Tam, gdzie mieszka Bóg, człowiek nie może przystępować, nie będąc dopuszczonym i wchodzi dopiero wtedy, gdy „zdejmie sandały” (por. Wj 3, 5), aby wyznać swą niewystarczalność.

Czy to zapomnienie o „zdjęciu sandałów”, aby wejść, nie leży u korzeni utraty poczucia świętości życia ludzkiego, osoby, wartości podstawowych, mądrości nagromadzonej w ciągu wieków, szacunku dla przyrody? Bez odzyskania, w świadomości ludzi i społeczeństw, tych głębokich korzeni nawet szlachetna praca na rzecz słusznych praw człowieka zabraknie wam siły życiowej, która może wywodzić się jedynie ze źródła, którego ludzkość nigdy nie będzie mogła dać sobie sama.

Spojrzenie całości i jedności

Tylko spoglądając na „Morenitę” Meksyk ma pełną wizję samego siebie. Dlatego zapraszam was do zrozumienia, że misja, jaką Kościół wam powierza, wymaga tego spojrzenia, które obejmuje całość. To zaś może dokonać się nie w sposób izolowany, lecz tylko wspólnotowo.

Matka Boża z Guadalupe jest przepasana wstęgą, która zapowiada Jej płodność. Jest Dziewicą, która nosi już w łonie Syna oczekiwanego przez ludzi. Jest Matką, która jest już brzemienna ludzkością nowego rodzącego się świata. Jest Oblubienicą, która zapowiada płodne macierzyństwo Kościoła Chrystusowego. Macie misję opasania całego narodu meksykańskiego płodnością Boga. Żadnego kawałka tej wstęgi nie można nie doceniać.

Episkopat meksykański poczynił znaczące kroki w latach soborowych; wzrosła liczba jego członków; krzewiono formację stałą, ciągłą i wysokiej jakości; nie zabrakło braterskiego środowiska; umocnił się duch kolegialności; wystąpienia duszpasterskie wpływały na wasze Kościoły i na świadomość narodową; wspólne dzieła duszpasterskie okazały się owocne w takich podstawowych dziedzinach posłannictwa kościelnego, jak rodzina, powołania czy obecność społeczna.

Ciesząc się z przebytej w tych latach drogi, proszę was, abyście nie zniechęcali się trudnościami i nie szczędzili wszelkich wysiłków, aby wspierać – między sobą i w swoich diecezjach – gorliwość misyjną, przede wszystkim wobec najbardziej potrzebujących tego częściach jednego ciała Kościoła meksykańskiego. Ponowne odkrycie, że Kościół jest misją, ma podstawowe znaczenie dla jego przyszłości, gdyż tylko „entuzjazm, przekonane zdumienie” ewangelizatorów ma moc przyciągającą. Dlatego proszę was, abyście troszczyli się szczególnie o formację i przygotowanie świeckich, przezwyciężając wszelkie formy klerykalizmu i wciągając ich aktywnie w misję Kościoła, przede wszystkim w uobecnianie – dzięki świadectwu własnego życia – Ewangelii Chrystusowej w świecie.

Narodowi meksykańskiemu pomogłoby bardzo jednoczące świadectwo syntezy chrześcijańskiej i wspólna wizja tożsamości i losu jego ludu. Pod tym względem byłoby bardzo ważne, aby Papieski Uniwersytet Meksyku był coraz bardziej w centrum wysiłków kościelnych na rzecz zapewnienia owego spojrzenia powszechności, bez którego rozum, ograniczony do wzorców częściowych, wyrzeka się swego najwznioślejszego dążenia do poszukiwania prawdy.

Misja jest rozległa i jej rozwijanie wymaga różnych dróg. Najusilniej nalegam, byście zachowali komunię i jedność między wami. Komunia jest żywotną formą Kościoła a jedność jego pasterzy jest dowodem jego prawdziwości. Meksyk oraz jego rozległy i wieloraki Kościół potrzebują biskupów będących sługami i strażnikami jedności, budowanej na Słowie Pana, karmionej Jego Ciałem i kierowanej przez Jego Ducha, który jest żywym tchnieniem Kościoła.

Nie trzeba „książąt”, ale wspólnoty świadków Pana. Chrystus jest jedynym światłem; jest źródłem wody żywej; z Jego tchnienia emanuje Duch, który rozwija żagiel łodzi Kościoła. W Chrystusie uwielbionym, którego członkowie tego ludu z miłością czczą jako Króla, zapalajcie razem światło, napełniajcie się Jego obecnością, która się nie wyczerpuje; oddychajcie pełnymi płucami dobrym powietrzem Jego Ducha. Waszym zadaniem jest zasiewanie Chrystusa na tym obszarze, podtrzymać płomień Jego pokornego światła, które rozjaśnia, nie oślepiając, zapewnienie, aby wasz lud gasił pragnienie w Jego wodach; podnoszenie żagli, aby był podmuch Ducha, który je rozwijał, a łódź Kościoła w Meksyku nie ugrzęzła na mieliźnie.

Pamiętajcie, że Oblubienica dobrze wie, iż spotka umiłowanego Pasterza (por. Pnp 1,7) tylko tam, gdzie pastwiska są trawiaste a strumyki krystaliczne. Oblubienica nie ufa towarzyszom Oblubieńca, którzy „czasami wskutek niedbalstwa lub nieumiejętności” prowadzą trzodę na miejsce jałowe i pełne skał. Biada nam, pasterzom, towarzyszom Najwyższego Pasterza, gdybyśmy pozwolili błądzić Jego oblubienicy, gdyż w tworzonym przez nas namiocie nie znajduje się Oblubieńca.

Pozwólcie mi bym w ostatnim słowie wyraził uznanie papieża dla tego wszystkiego, co robicie, aby podjąć wyzwanie naszych czasów, jakimi są emigracje. Miliony dzieci Kościoła żyją dziś w diasporze lub przemieszczając się, pielgrzymując na północ w poszukiwaniu nowych szans. Wielu z nich porzuca swe korzenie, aby wyruszyć, nawet nielegalnie, co wiąże się z wszelkiego rodzaju ryzykiem, na poszukiwanie „zielonego światła”, które uważając za swoją nadzieję. Wiele rodzin zostaje rozdzielonych i nie zawsze połączenie na domniemanej „ziemi obiecanej” jest tak łatwe, jak się sądzi.

Bracia, niech wasze serca będą zdolne do pójścia za nimi i dotarcia do nich poza granicami. Umacniajcie komunię ze swymi braćmi w biskupstwie w Stanach Zjednoczonych, aby macierzyńska obecność Kościoła utrzymywała przy życiu korzenie ich wiary, motywy ich nadziei i moc ich miłości. Niech nie dzieje się tak, aby „wieszając” swe harfy, ich radość straciła głos, zapominając o Jeruzalem i stając się „wygnańcami od samych siebie” (por. Ps 136/137). Dawajcie wspólnie świadectwo, że Kościół stoi na straży całościowej wizji człowieka i nie może zgadzać się do sprowadzenia go jedynie do „zasobów ludzkich”.

Nie będzie daremna troska waszych diecezji o wlanie nieco oliwy, jaką mają, na zranione stopy tych, którzy przemierzają wasze terytorium i wydanie na nich z trudem zebranych pieniędzy; boski Samarytanin na końcu ubogaci tego, kto nie przeszedł obojętnie przed Nim, gdy był na ziemi przy drodze (por. Łk 10, 25-37).

Drodzy bracia, papież jest pewny, że Meksyk i jego Kościół dotrą na czas na spotkanie z samymi sobą, z historią i z Bogiem. Czasami jakiś kamień na drodze opóźnia wędrowanie a zmęczenie drogą będzie wymagało jakiegoś postoju, ale nigdy do tego stopnia, by zagubić cel. Czy może bowiem się spóźnić ten, kto ma oczekującą na niego Matkę? Kto może nieustannie słyszeć rozbrzmiewające w swoim sercu słowa: „Czyż nie jestem tutaj Ja, która jestem twoją Matką?”.

Tłumaczenie: vatican.va

drukuj