fot. Marek Borawski/Nasz Dziennik

Homilia ks. bp. Józefa Zawitkowskiego z okazji 150. rocznicy urodzin Władysława Reymonta

Kazanie radiowe w Bazylice Świętokrzyskiej w Warszawie 7 maja 2017 r. w 150 rocznicę urodzin Władysława Reymonta.

* * *

Panie Boże Wielki zapłać!

Kochani moi!

Zatęskniłem za Wami!

Wzruszyły mnie dziś słowa św. Piotra:

Mężowie, Bracia!

Tego Jezusa, którego Wy

zabiliście rękami bezbożnych  (por. Dz 2, 36)

ja widziałem żywego,

ja z nim jadłem chleb,

On mnie pytał, czy go kocham

więcej niż Wy?

Piotrze, to co my mamy czynić?

Nawróćcie się i przyjmijcie chrzest

w imię Jezusa Chrystusa

i ratujcie się z tego bezbożnego pokolenia.

Tego dnia przyjęło chrzest

około trzech tysięcy mężczyzn,   (por. Dz 2, 37-41)

a kobiety są pobożniejsze.

I jeszcze.

Słuchajcie dobrze,

co dziś mówi Dobry Pasterz:

Ja jestem bramą owiec.

Inni przede Mną byli

złodziejami i rozbójnikami

i tych nie słuchają owce.

Złodzieje przychodzą, kradną,

zabijają i niszczą.

Ja przyszedłem po to,

abyście życie mieli

i mieli je w obfitości   (por. J 10, 1-10)

Ja jestem dobrym Pasterzem!   (J 10, 11)

Partie przeminą,

rządy się zmienią

nowoczesne się zestarzeją

poczty zmienią nam kody,

przeklętnicy w teatrach

na klątwę pomrą,

a Jezus życie swoje odda za owce.  (por. J 10, 11)

Czy zrozumieliście to wszystko?

Odpowiedzieli Mu, tak!  (Mt 13, 51)

To dobrze, ale zauważcie

jak dziś nam majem powiało,

u Świętego Krzyża, w Warszawie.

Tak się stało kolorowo.

Witam więc Gości z Kobiel Wielkich,

z Tuszyna, z Lipiec Reymontowskich

i z Łowicza.

Góry, doliny, strumyki i gaje zielone

śpiewajcie Matce Bożej:

Chwalcie łąki umajone!

A dlaczego dziś i skąd takie święto?

Bo dziś jest 150-ta rocznica urodzin

wielkiego Polaka, noblisty

Władysława Reymonta.

Właśnie dziś, w niedzielę 7 maja 1867 r.

w szacownej rodzinie państwa

Reymentów urodził się drugi  chłopiec,

a cała rodzina liczyła 9-cioro dzieci.

Ojciec Józef szanowany organista,

literatem zwany i pobożna Antonina

z Kupczyńskich postanowili

ochrzcić chłopca w najbliższą niedzielę

  1. 14 maja tamtegoż roku.

Dlatego pierwsze imię chłopca było

Stanisław, drugie Władysław,

Chrzcicielem i ojcem chrzestnym

był  dostojny kanonik z Tuszyna

Szymon Kopczyński,

a świadkami chrztu była

Jaśnie Wielmożna Melania Szadkowska

z Huty Drewnianej

i dwaj szacowni gospodarze

z Kobiel Wielkich, niepiśmienni.

Metryczne dane chłopca brzmią:

Stanisław Władysław Reyment.

Kiedy i dlaczego sam Reyment

zmienił swoje dane na Władysław

Reymont, niech nam powiedzą

historycy.

Proszę samego Pana Reymonta,

aby pozwolił mi dalej mówić kazanie

Jego słowami.

Pierwszy fragment to pochwała Łowiczaków:

Łowiczaki, lud rosły i piękny.

Znać w twarzach i ubraniach

zamożność dawną.

Kostiumy mają wspaniałe.

Kobiety zupełnie ładne

pstrzą się między naszą szarzyzną,

niby maki, całe pąsowo ubrane,

wszystkie w trzewikach

sznurowanych czerwonymi tasiemkami,

w koralach

i z chustkami białymi w ręku.

 

Mężczyźni w spodniach czerwonych

w pasy poprzeczne białe, żółte i zielone.

Kapotki granatowe,

obwiedzione sznurkami czerwonymi,

kapelusze szpiczaste,

czerwone wstążeczki u koszul.

(Wł. Reymont – Pielgrzymka do Jasnej Góry)

Dziękujemy Panie Reymont

za łowickie komplementa!

Moją sympatią w Chłopach

jest Kuba, Borynowy parobek.

To on uczył Witka pacierza, ale jak?

Witek mów w i e r z ę.

A chłopak mylił się

i latał oczami po sadach.

‑ Bacz coć rzekłem, bo to pacierz!

‑ Dyć baczę, Kuba, baczę!

‑ To czegój ślepiasz po sadach?

‑ Bo widzi mi się, co są jeszcze

jabłka u Kłębów…

‑ Zjadłbyś!

A sadziłeś je, co?

Powtórz  W i e r z ę.

‑ Kuba, Wyście też kuropatwów,

nie wywiedli, a wzieniście ich

całe stado.

‑ Głupiś!   Jabłka są Kłębowe,

a ptaszki Panajezusowe, rozumiesz?

‑ Aleście je wzieni z dziedzicowego pola.

‑ I pole jest Panajezusowe.

Hale, jaki mądrala,

A powtórz W i e r z ę…

Mój Kuba zaniósł dobrodziejowi

kuropatwy złapane na dziedzicowym polu.

Ksiądz dobrodziej dał mu za to złotówkę.

 

Bóg ci zapłać, Kuba,

dobry z ciebie człowiek i pobożny…

‑ Cie za te parę ptaszków

a tylachna pieniędzy!

Ino jeden ksiądz uszanuje człowieka,

ino on jeden!

A przecież rodowy był, gospodarski syn,

nie znajda żaden, nie obieżyświat,

a chrześcijanin i prawy katolik.

Nadział czapkę na skołtunioną głowę

i wolno, godnie ruszył do kościoła.

Dzisiaj nie ostał się w kruchcie…

Parł prosto, aż przed wielki ołtarz,

gdzie stojał Boryna i wójt sam.

Zaczęło się nabożeństwo.

 

Uklęknął przy samej kracie,

śpiewał z innymi zapatrzony w ołtarz,

gdzie u góry był Bóg Ojciec,

Siwy Pan i srogi, a pośrodku

sama Częstochowska

w złocistym obleczeniu,

patrzyła na niego…

i poczuł się jakby w niebie,

w tych ślicznościach.

Ruszyć się nie śmiał

ino klęczał wpatrzony w czarniawą,

matczyną słodką twarz.

 

Ksiądz szedł na ambonę,

a Kuba wpatrzony był w dobrodzieja,

jak w obraz święty…

A dobrodziej wołał wielkim głosem

o upamiętanie błagał, zaklinał, prosił,

aż Kuba nie wytrzymał

i ryknął głośnym płaczem,

a za nim naród cały.

‑ Jęk przeleciał kościół

a naród runął twarzami na podłogę.

Jezus! Jezus, mój Kochany!

szeptał Kuba olśniony,

ale złotówkę mocno dzierżył w garści,

bo gdy Jamroży zaczął chodzić z tacką

Kuba rzucił mocno pieniądz

i długo, jako że tak czynili gospodarze,

wybierał sobie reszty…

 

Potem procesja obchodziła kościół.

Kuba osłaniał dłonią świecę

i trzymał się uparcie

tuż przy księdzu, nad którym

Boryna i kowal, i wójt, i Tomek Kłąb

nieśli czerwony baldachim,

a spod niego promieniowała

monstrancja złota i była cała

w ogniach słońca, a przez środek szklany

widać było bladą, przeźroczystą

Hostię świętą…

Jezu, Jezu, mój kochany!

Kuba Kochany,

jak ja bym chciał

mieć Twoją wiarę!

Święty Paweł napisał nam o niebie

tylko jedno zdanie:

Ani oko nie widziało,

ani ucho nie słyszało,

co Bóg przygotował tym,

którzy Go kochają,  (por.1 Kor 2, 9)

a Reymont tak wzruszająco opisał

jak dusza Kuby szła

pod Pana Jezusowe nóżki.

Kuba spał w stajni.

Trwało jeszcze wesele u Borynów.

Józka przyniosła Kubie

dużo weselnego jedzenia.

 

Podjem sobie choć raz do syta.

Mój Boże, tyla tego…

Żałość ściskała mu duszę

i łzy pociekły po twarzy.

Płakał rzewnie, aż się zanosił

jak to dzieciątko ukrzywdzone.

Dostaniesz piesku, dostaniesz.

Nie skomlij ino.

 

Ale już dusza Kubowa wychodziła z niego

i niosła się we światy,

jako ten ptaszek Jezusowy…

Przywierała czasami do ziemie świętej,

by odpocząć trochę,

utulić swój płacz sierocy…

 

między kochane zachodziła,

wśród żywe szła,

do bratów wołała żałośnie

i u serc prosiła pomocy,

aż mocą Jezusową skrzepiona

i miłosierdziem, niesła się

na te pola wiośniane,

na te Boże ugory …

I wyżej leciała, i dalej aż tam

gdzie już nie usłyszysz

człowieczego płakania,

ni żałosnego skrzybotu duszy.

Tam zaś, gdzie ino pachnące lilie wiosną,

gdzie kwietne pola

miodną słodkością szumią…

gdzie jest wieczny dzień.

Gdzie ino ciche modlenie płynie

i dymy pachnące wleką się cięgiem

jako te mgły.

 

Gdzie dzwonki brzęczą

i organy cicho grają,

i święta ofiara odprawuje się ciągle

i naród już bezgrzeszny,

aniołowie i święci pośpiewują

chwałę Bożą, gdzie Kościół

nieśmiertelny, Boży.

Gdzie ino duszy człowieczej

modlić się, a wzdychać,

a płakać z radości

i weselić się trzeba z Panem.

Tam się ano rwała umęczona,

odpocznienia tęskliwa Kubowa dusza.

 

 

Gdy dom weselny tańcował wciąż

Kuba w ten sam czas

składał duszę swoją,

pod Panajezusowe nóżki.

                    (Wł. Reymont – Chłopi t.I)

O, jak Ci zazdroszczę,

Kochany Kuba!

Po Mszy świętej, pójdziemy

przed filar w tym kościele,

gdzie serce Reymontowe wciąż woła:

Ostańcie z Bogiem – ludzie kochane!

Zostawimy ci łowickie kwiaty,

pąsowe róże, modroki i maki

i zmówimy przy Twej Częstochowskiej

Pod Twoją obronę.

Pójdziemy też na Powązki.

Teraz już kamienie wołają:

Ziemię rodzoną

jak matkę kochać nas uczył.

Panie Reymoncie,

zostaw tę Warszawę.

Tu Świętości moje profanują.

Przypomnij nieukom, że:

Sztuka miłości jest profilem!

Co się w dziejach zowiesz erą:

Zwiesz się razem duchem i literą.

O Ty doskonałe wypełnienie

consummatum est!

Sztuka jest kościołem pracy.

Piękno jest po to,

aby zachwycało,

a praca po to,

by się zmartwychwstało.   (C. K. Norwid)

Przyjdź do Lipiec.

Tam na polu Boryny

ponoć wciąż ktoś sieje

i Łapa czasem płacze żałośnie.

Pora wstać, pora..

Żegnał się Maciej wielekroć razy

zaczynając pacierz.

Kto me woła?

Łapa zaskomlał cosik.

‑ Prawda piesku, pora siać!

 

Boryna przyklęknął na zagonie,

jął w nastawioną koszulę

nabierać ziemi, niby z tego wora

zboże naszykowane do siewu.

Szedł do końca pól  i siał.

Puszczaj, Kuba, brony, a letko!

A kiedy noc ździebko zmętniała

pustą ręką siał,

jakby już samego siebie

do ostatka rozsiewał

na te praojcowe role…

 

Gospodarzu, Gospodarzu!

‑ Dyć jestem, czego? co?…

‑ Ostańcie z nami! Ostańcie!

Nagle wszystko ucichło,

niebo się przed nim rozwarło,

a tam w jasnościach oślepiających

Bóg Ojciec,

siedzący na tronie ze snopów

‑ Pódźże do mnie duszyczko człowiecza.

Pódźże, utrudzony parobku.

Zachwiał się Boryna,

roztwożył ręce

jak w czas Podniesienia.

‑ Panie Boże zapłać!

I runął na twarz przed tym

Majestatem Przenajświętszym.

Padł i pomarł w onej łaski

Pańskiej godzinie…

a Łapa wył długo i żałośnie.

Jestem ze wsi.

Całe życie jestem oraczem,

siewcą i żniwiarzem.

O, jak wiosną pachnie moja Ziemia Rodzona.

Jak słodką jest przed żniwami,

moja Matka Karmicielka.

Chciałbym zostać na ziemi jak Boryna,

tylko Bogu wcześniej po łowicku powiedzieć:

Panie Boże Wielki zapłać!

 

O, graj mi ziemio, organistko!

Zasłuchaj się!

I to wszystko.   (K. Wierzyński)

 

Amen.

RIRM

drukuj