[TYLKO U NAS] Gen. L. Suski: Mieliśmy problemy z gaszeniem pożarów w Szwecji, bo przenosiły się pod ziemię

Jeżeli doszło do pożaru, to przenosił się on pod ziemię. Mieliśmy z tym dużo problemów, bo gdy je dogaszaliśmy, to za plecami znów pojawiał się ogień. Pożar występował na powierzchni 200×300 kilometrów – powiedział w „Polskim punkcie widzenia” na antenie Telewizji Trwam generał brygadier Leszek Suski. Odniósł się w ten sposób do akcji gaszenia pożarów w Szwecji przez polskich strażaków.

W poniedziałek polscy strażacy wrócili ze Szwecji. Pomagali tam miejscowej straży pożarnej w gaszeniu pożarów lasów.

– Pożary lasów to jedne z bardziej niebezpiecznych pożarów. Łatwiej jest gasić pojedynczy obiekt czy nawet kilka obiektów niż pożary lasów. Rozróżniamy pożary lasów całego drzewostanu, mchów i porostów oraz pożary samej góry drzew. Do tego dochodzą jeszcze pożary torfowisk. Te są nadzwyczaj niebezpieczne i mają miejsce nawet kilka metrów pod ziemią. Zdarza się, że gasimy ten pożar przez kilka miesięcy, zimą on ustaje na skutek niskich temperatur, a potem pojawia się na wiosnę ponownie – wyjaśnił Komendant Główny Państwowej Straży Pożarnej.

– W Szwecji nie było torfowisk o takiej głębokości. Występowały do dwóch metrów. Natomiast poszycie było bardzo wysuszone. Ono sięgało 50 cm lub nieco więcej. Jeżeli doszło do pożaru, to przenosił się on pod ziemię. Mieliśmy z tym dużo problemów, bo gdy je dogaszaliśmy, to za plecami znów pojawiał się ogień. Pożar występował na powierzchni 200×300 kilometrów. Pożar potrafi się rozprzestrzeniać z prędkością nawet ponad 30 km/h – dodał.

W związku z tym, jak szybko może rozprzestrzeniać się pożar na terenie, z jakim strażacy mieli do czynienia w Szwecji, akcja należała do długich i trudnych. Przede wszystkim należało zapewnić bezpieczeństwo strażakom.

– Nie można wchodzić w głąb tak daleko, jak byśmy chcieli. Teren był pagórkowaty i występowało dużo głazów narzutowych, więc poruszanie się było bardzo trudne. Trzeba było zatem wchodzić tam ze sprzętem podręcznym do gaszenia i łopatami. Trudno przekopać jednak tak wielki teren – podkreślił generał brygadier Leszek Suski.

Strażacy mogli też pracować ze sprzętem, z którym nie mają styczności tak często jak w Polsce.

– W akcji brały udział śmigłowce. Te śmigłowce mają podczepione zbiorniki. Pobierają wodę z naturalnych jezior czy stawów, unoszą się do góry i zrzucają tę wodę. Nasi strażacy nauczyli się współdziałania z takimi śmigłowcami, bo rzadko z nich korzystamy – tłumaczył Komendant Główny Państwowej Straży Pożarnej.

Pomoc strażaków dla Szwecji nie ograniczała się jedynie do gaszenia pożarów lasów.

– Broniliśmy także miejscowości przed ogniem. W Szwecji one wyglądają inaczej. To kilkanaście czy kilkadziesiąt domów, więc ludzie zostali ewakuowani. Broniliśmy więc dostępu dojścia do takich osiedli – dodał generał brygadier Leszek Suski.

 

RIRM

drukuj