Syndrom katyńskiej wdowy

Już tak niewiele wdów katyńskich żyje wśród nas. Czy ktokolwiek próbował
naprawić choć w części wielkie krzywdy, jakich doznały wraz ze swymi dziećmi,
nie tylko z rąk sowieckich oprawców, ale i od – zdawałoby się – swoich? Tu, w
Ojczyźnie?

Wydawać by się mogło, że wdowy i sieroty po oficerach zamordowanych w Katyniu,
Miednoje, Charkowie potrzebować mogą jedynie wielkiego narodowego współczucia. W
miarę poznawania poszczególnych osób zaczynałam zdawać sobie sprawę z ich
osamotnienia i niewyobrażalnych cierpień, jakie zadali im Sowieci, NKWD, którzy
zabili ich mężów i ojców – kwiat polskiej, przedwojennej inteligencji. Te
cierpienia rodzin także podlegały cenzurze, zakazom informacyjnym, zakazane były
próby dochodzenia ich praw, należnych innym jeńcom wojennym po II wojnie
światowej.

Wciąż czekają
W malutkim, ciasnym z powodu licznych książek i przyjaciół mieszkaniu ks.
Zdzisława Peszkowskiego drzwi zawsze były otwarte dla wdów i sierot katyńskich.
Tak wiele razy spotykałam u ks. Zdzisiulka (jak pozwalał do siebie mówić
kilkorgu najbliższym współpracownikom) zapłakane kobiety ubrane na czarno, jakby
ich żałoba jeszcze się nie skończyła.
60-letnie córki czy synowie katyńscy, wpatrzeni w oczy księdza, który przecież
widział ich tatę! Przecież byli razem w Kozielsku. To prawie tak, jakby to sam
tata na chwilę przy nich siedział. Opowiadali o swoich zmartwieniach albo o
snach: jak tato oficer albo policjant śni im się od dzieciństwa, a przecież oni
go nigdy nie zdążyli zobaczyć za życia. Jak tęsknią i czekają na cud powrotu
taty czy dziadka… A ks. Zdzisiulek modlił się z nimi, ocierał im łzy i często
bywało, że przytulał do serca z czułością. Ze specjalnym ciepłem mówił: –
Popłacz, tak jakbyś płakał swemu ojcu, bo na pewno był gdzieś niedaleko mnie, a
może i prycze mieliśmy obok, kto wie…
A dzieci katyńskie szeptały do księdza: – Ojcze, ojcze… Pozwoli ksiądz, że tak
będziemy już mówić, zawsze? I on pozwalał.

Płomyk świecy
Pierwsza wdowa katyńska, którą poznałam, to pani profesor M.R. Była chora, nie
wychodziła z domu, syn na emigracji gdzieś w świecie. Co piątek ks. Zdzisiulek
jeździł do niej do domu, by odprawić Mszę Świętą. Sąsiadka pomagała tej pani się
ubrać, po czym siadała ona w fotelu bardzo elegancka, zapalała świecę i zapadała
w jakiś stan skupienia, jakby w tym płomyku świecy znajdowała cały świat, jakby
wypatrywała swego małżonka. Ostatni raz widziała go w oknie ich kamienicy, w
Wilnie. Pomachał. Pamięta, jak machał. Tylko on tak jej machał. Nikt już tak nie
potrafił. Ksiądz odprawiał Mszę Świętą, a ja przygotowując się do pisania
scenariusza filmowego, przypatrywałam się tej pani uważnie. Jej twarz
wypogadzała się, znikało napięcie cierpienia, jakby nagle zdrowiała, młodniała.
Jakby on, ukochany małżonek, był tuż przy niej. Ta pani była wybitnym naukowcem,
światowej sławy. Pracowała na warszawskiej uczelni, ale nigdy jej nazwisko nie
ukazywało się w polskiej komunistycznej prasie. Znano jej osiągnięcia w całej
Europie i w USA, zapraszano na wykłady, proponowano wysokie honoraria. Nie
dostawała paszportu. Jej przełożeni – wielu wśród nich okazało się potem tajnymi
współpracownikami bezpieki – wyjeżdżali na zaproszenia kierowane do niej, choć
nic nie mieli tam do powiedzenia.
Mieszkała w malutkim, dwupokojowym mieszkanku w centrum Warszawy. To był jej
cały dorobek życia, jedyny dobytek, tak niewspółmierny do talentów i wybitnej
wiedzy. Jej mąż spoczywa wśród tylu kości polskich w Lesie Katyńskim.

700 zł renty
Druga pani katyńska, R.W., drobniutka, filigranowa kobieta, była wdową po
przedwojennym dziennikarzu, który w komunie mógł pisywać jedynie w
przyzakładowej gazetce o ceramice, glinkach, czasem o cemencie. Brat pani R.W.
zginął w Katyniu. Był przystojnym ułanem, szalenie kulturalnym i odważnym –
wszystkie fotografie rodzinne pani R.W. spłonęły w Powstaniu Warszawskim i swego
brata mogła mi jedynie opisywać. Jej drugi brat został zakatowany przez milicję
gdzieś w pobliżu Politechniki Warszawskiej w rozruchach studenckich.
Przyszła rano do ks. Peszkowskiego, do jego mieszkanka koło katedry św. Jana,
przy ul. Dziekanii 1. Chciała zamówić Mszę Świętą za obu braci. Była ubrana w
ażurowy sweterek. Nie wytrzymałam, spytałam, gdzie w Warszawie można kupić taki
śliczny sweterek. Uśmiechnęła się. – Nie można kupić go nigdzie! Dostałam od
księdza prałata, taki to dobry ojciec, opiekun nas, katyńskich dzieci –
wyjaśniła. Okazało się, że przyjaciele księdza z USA, z Orchard Lake, przysyłali
na jego adres paczki z odzieżą, jak robili to od wielu lat, niemal od wojny, dla
podopiecznych księdza. Znajdował i na to siły i czas, by obdzielić te kobiety,
którym najgorzej się powodziło. Pani R.W. miała wtedy 700 zł renty po mężu, choć
on sam nie był "katyński". Takie były renty zaledwie 12 lat temu!
Pani Z.A., wdowa po policjancie zamordowanym w Twerze, spoczywającym w dołach
śmierci w lesie w Miednoje, miała 650 zł emerytury. Było to w 1998 roku. Miała
chory kręgosłup, poruszała się tylko na wózku. Ten kręgosłup to "pamiątka" z
zesłania, pękał z bólu, gdy pracowała przy zbiorze bawełny w stepie… Z
wykształcenia prawnik, po wojnie nie było dla niej miejsca w żadnym sądzie, w
żadnej kancelarii. Żeby utrzymać dzieci, podejmowała każdą pracę, jaką dzięki
przyjaznym ludziom udawało jej się otrzymać. Najdłużej pracowała jako
sprzedawczyni w kiosku z gazetami. Dzieci nie mogły dostać się na studia.
Nazwisko jej męża znane jest z wielu wspomnień literackich, z książek. Nie
zdołała więc niczego na długo ukryć, mimo że wpisywała w rubryce "współmałżonek"
– "zginął na wojnie, brak daty i miejsca". Pani Z.A. nie brała nigdy pod uwagę
np. powtórnego zamążpójścia, choć miała takie propozycje, nawet kilkakrotnie. Bo
jak tu myśleć o nowej rodzinie, gdy od ponad pół wieku w k a ż d ą niedzielę
stawała przy garnku w kuchni i gotowała jedynie zupę pomidorową z domowymi,
oczywiście, kluseczkami. Bo mąż, aresztowany na jej oczach, w ich domu, przy
malutkich dzieciach, najbardziej lubił zupę pomidorową. Jak go zabrali, właśnie
ta zupa była gotowa. Przesiedziała wtedy w kuchni, bez słowa, do świtu,
czekając, że może męża wypuszczą i trzeba będzie tę zupę jak najprędzej
podgrzać, bo będzie głodny, zmęczony…
Pani Z.A. znalazła wspaniałego psychiatrę, profesora, ucznia wielkiego mistrza
psychiatrii, pomagał jej bardzo. Dowiedziała się, że to choroba, że to gotowanie
pomidorowej w każdą niedzielę nie ma żadnego sensu, ale jest silniejsze od niej.
Tak została zaklęta cała jej wielka, młodzieńcza miłość do ukochanego męża,
który chciał do końca służyć Ojczyźnie… Profesor wprowadził do medycyny
pojęcie, jakby jednostkę chorobową: "syndrom wdowy katyńskiej". Tak określa się
zaburzenia tych, którym nie dane było odnaleźć zmarłego, zaginionego członka
rodziny, a więc i dokonać pochówku.

Tułaczym szlakiem
Pani J.S. do dzisiaj nie wie, gdzie są kości jej ojca, aresztowanego przez NKWD
w 1939 roku. Był ochotnikiem w wojnie polsko-bolszewickiej, w 1920 r. doszedł aż
do Kijowa. NKWD starannie szukało takich jak on. Gdy ojca aresztowano, pani J.S.
miała pięć lat, jej brat – trzy. Straszyli dzieci pistoletem, to zapamiętali
najlepiej. I łzy matki. NKWD nie pozwoliło im się spakować, wygnali ich do
wagonów, powieźli do Kazachstanu. Głód, spanie w lepiance, wszy, zaczęły się
choroby. Zapamiętali ostatni obraz ich matki: spuchnięta, z otwartymi ranami,
cicho umarła w 1941 roku. Zapewne ich ojciec już od roku leżał w którymś z dołów
śmierci, jak dziś wykazują niektóre dokumenty, pewnie w Bykowni… Dwoje
wygłodzonych sierot tułało się to tu, to tam, przygarnianych przez Kazachów. W
1943 r. zabrano ich do domu dziecka, jak wiele innych błąkających się, niczyich
małych Polaków. Dom dziecka był sowiecki i jego celem było wynarodowienie
dzieci, ich rusyfikacja. Pani J.S. pamięta, jak obydwoje z braciszkiem krzyczeli
i płakali, że nie chcą tam zostać, że "oni Paliaki, mama Paliaczka, tata Paliak!".
Zmuszeni zostali, jak wszyscy "pensjonariusze" tego dziecięcego łagru, do
fizycznej pracy w stepie, przy zbieraniu ostów na karmę dla zwierząt. Cały dzień
osamotniona gromadka malutkich dzieci pracowała na wietrze, w chłodzie. Do dziś
pamiętają, jak stada wilków podchodziły do nich, gdy zbliżał się wieczór, a
wozy, którymi zwożono ze stepu stogi ostów i zabierano nieludzko wyczerpane
pracą dzieci, długo nie przyjeżdżały. Wilki wyły, a one zbite w gromadkę w
milczeniu wpatrywały się w ogniki ślepiów głodnych, jak i one, zwierząt. Nigdy
nie zapomniała paraliżującego strachu i przeraźliwej, bezdennej samotności w
wielkim świecie. Dźwięk rosyjskich komend, okrzyki, wulgarne wyzwiska, to
zostaje na całe życie.
W to miejsce jakimś cudem trafiła polska krawcowa, zabrała tych dwoje dzieci ze
sobą. Cierpieli głód, dokuczały im wszy, ale mówili po polsku. Niestety, kobieta
umarła. I znów tułaczka od chaty do chaty, żebranie o kawałek chleba.
W 1946 r. dzieci trafiły do transportu do Polski. W Ojczyźnie zostały siłą
rozdzielone, przekazane do różnych domów, daleko. Dopiero po latach się
odnaleźli, ale brat już był ciężko chory, nie uniósł tylu strasznych przeżyć.

Niedawno pani J.S. udało się odnaleźć ślad, że ktoś widział jej tatę w Bykowni.
I tam, na Ukrainie, na pewno został rozstrzelany. Nie ma go jednak w żadnym
spisie… Pani J.S. mówi, że nigdy z nikim nie rozmawiała o swoim ojcu. Tę
historię opowiedziała w tym roku, pierwszy raz, mężowi. I nam, gdy kręciliśmy
krótki film na zlecenie IPN.

"Kop głęboko"
Jedynie pani B.T. zgodziła się, gdy już przygotowałam ten tekst, by podać jej
imię i nazwisko: Barbara Tarkowska. Z domu Ziółkowska. "Bratanica katyńska", bo
to brat jej ojca – ks. Jan Leon Ziółkowski – został zamordowany w Katyniu.
Ochotnik 1920 r., uczestnik wojny bolszewickiej, młodziutki ksiądz, proboszcz na
Podbrodziu, a potem w innych parafiach. Posługiwał jako kapelan wojskowy, w 1939
r. z I Dywizją Piechoty skierowany został do Tarnopola, 17 września 1939 r.
wzięty do sowieckiej niewoli, w "punkcie zbiorczym" jeszcze 15 października 1939
r. odprawił Mszę Świętą w… chlewie dla świń. Wywieziony do Kozielska, tam
zamknięto go w karcerze i… zapomniano o nim, gdy kapelanów wywieziono z obozu
tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia 1939 roku. Dokąd ich wywieziono – nie
dowiedział się już, a po co – aby nie odprawiali Mszy Świętej więźniom Kozielska
w święta. Jego zabrano z Kozielska 7 kwietnia 1940 r., został przekazany "do
dyspozycji" dowódcy NKWD w Smoleńsku i tam zapewne zamordowany. Ciało
przewieziono do dołów śmierci w Katyniu.
Ojciec pani Barbary Tarkowskiej zmarł w okresie głębokiej PRL wskutek chorób
wyniesionych z więzień "za AK". Cała rodzina była prześladowana, nikomu więc
nawet do głowy nie przyszło, by szukać śladów po bracie ojca, na dodatek –
księdzu. Aż wybuchł stan wojenny, pani Barbara mieszkała niedaleko Golędzinowa,
często z okien widziała konwoje samochodów ZOMO. I nagle, w 1983 r., przyśnił
jej się stryj, miał na sobie sutannę i kazał bratanicy "kopać głęboko!". Wtedy
mama pani Barbary dała ogłoszenie do gazety, że "rodzina poszukuje wiadomości o
ks. Ziółkowskim". I tak błyskawicznie odmieniło się życie pani Barbary i całej
jej rodziny. Poszukiwaniom choćby najdrobniejszych informacji o losie księdza
kapelana poświęcali każdą chwilę, odnaleźli zdjęcie jego szczątków pogrzebanych
w Lesie Katyńskim, jego różaniec. Pani Barbara zaczęła pisać i wydawać książki,
jak ta "Kapelan Ziółkowski. Droga do Katynia", wydana nakładem rodzin
Tarkowskich i Ziółkowskich w 2010 roku. Zainicjowała zbieranie świadectw księży
– ofiar zbrodni katyńskich, na potrzeby ewentualnego procesu beatyfikacyjnego
męczenników komunizmu.

Kto im otrze łzy
Los wdów katyńskich nikogo nie interesował w III RP, a tym bardziej w PRL. Nikt
nie zadośćuczynił ich cierpieniu, nie naprawił krzywd. Ksiądz Zdzisław
Peszkowski podejmował próby, by namówić prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego do
udzielenia wdowom, tej garstce starych i najczęściej schorowanych kobiet,
jakiejś specjalnej zapomogi, np. na zakup lekarstw czy dodatkową opiekę. Jednak
i tutaj znaleźli się ludzie, którzy uniemożliwili dostęp temu jedynemu już
świadkowi Katynia do prezydenta. Ksiądz, ciężko chory, wyczekiwał w szpitalu
jakiejkolwiek odpowiedzi z Pałacu Prezydenckiego na błagalne prośby, by może
teraz te najstarsze wdowy zostały zauważone. Zmarł, nie dostawszy odpowiedzi.

Ile ich jest? A może warto sprawdzić, w jakim żyją położeniu, by znaleźć dla
nich jakieś fundusze? Może znajdzie się też wsparcie dla sierot katyńskich,
zwłaszcza dla tych, które znalazły się w najtrudniejszym położeniu w
dzisiejszych, dla tak wielu dostatnich czasach?

Nie mogli milczeć
Do dziś Rodziny Katyńskie nie mają prawa do żadnych odszkodowań, pozbawione były
przez komunistyczne władze PRL wszelkich dodatków i rent wojennych.
Warunkiem ubiegania się o jakiekolwiek świadczenia po zamordowanych mężach i
ojcach było… wyparcie się prawdziwej przyczyny ich śmierci! Jeśli członkowie
rodzin zgodzili się podać nieprawdziwe dane dotyczące zgonu, np. że "zaginął na
wojnie" itp., wtedy otrzymywali ogólnie przysługujące zasiłki.
Rodzinom Katyńskim nie wolno było wskazywać w dokumentach osobowych miejsca
śmierci mężów i ojców, słowo "Katyń" było równoznaczne ze skazaniem siebie
samych w PRL na olbrzymie trudności, prześladowania w życiu codziennym. Wdowy, w
większości, nie mogły zdobyć pracy na miarę swojego wykształcenia i
umiejętności, nie miały szans na przydział mieszkania, na awans w pracy,
paszport. Dzieci katyńskie miały utrudniony wstęp na upragnione studia. Zwykle
musiały podawać, że "ojciec zginął na wojnie"…
A przecież same rodziny pomordowanych także skazano, według planu Stalina – na
zagładę. NKWD wobec Polaków uwięzionych w obozach specjalnych w Starobielsku,
Kozielsku, Ostaszkowie oraz w więzieniach na terenach włączonych do republik
białoruskiej i ukraińskiej stosowało dalekosiężny plan zdobywania szczegółowych
informacji o najbliższych członkach ich rodzin. Przede wszystkim dlatego
umożliwiło uwięzionym przesyłanie korespondencji do żon i dzieci, w ten sposób
zebrało dane dotyczące miejsc zamieszkania i pobytu rodzin. Na tej podstawie
wszystkie zlokalizowane osoby zostały zesłane do Kazachstanu w drugiej
deportacji w głąb ZSRS, 13 kwietnia 1940 roku. W tym samym czasie rozpoczęło się
skrytobójcze mordowanie ich mężów i ojców! Tysiące rodzin ofiar NKWD skazało na
poniewierkę na "nieludzkiej ziemi", gdzie umierali z głodu, chorób,
wycieńczenia, w nędzy. Ci, którzy cudem przetrwali, po powrocie do Polski po
wojnie nie mogli przyznawać się do swego strasznego losu, nie wolno im było
nigdzie podawać, że byli wywiezieni przez Sowietów. W ostateczności pisali: "W
latach 1940-1946 przebywała z dziećmi w ZSRR". Jak na wczasach!
Drastyczne metody spychania Rodzin Katyńskich niemal na margines społecznej
egzystencji, działania stosowane wobec nich przez bezpiekę stanowiły grunt do
stałej inwigilacji, której celem było nie tylko dalsze wyniszczanie polskich
rodzin, blokowanie ewentualnego rozpowszechniania wiedzy o mordzie katyńskim i
ofiarach. Bezpieka wyszukiwała też potencjalnych kandydatów na informatorów.
Byli tacy, którzy ulegli naciskom i poszli na współpracę. Jednak zdecydowana
większość Rodzin Katyńskich płaciła nadal wysoką cenę za prawdę o ich tragedii.

Historia zatacza koło
W latach 90. ubiegłego wieku nie zanikła całkowicie działalność byłych służb
rodem z LWP i SB, szczególnie uaktywnili się oficerowie – specjaliści od
dezintegracji grup, środowisk postopozycyjnych, w tym także kręgów zabiegających
o prawdę o mordzie katyńskim. Celowa dezintegracja Rodzin Katyńskich była i
pozostaje faktem. By utrudniać dochodzenie praw do pełnej prawdy o tej zbrodni,
o dramatach osobistych, o dramacie narodowym. By nigdy sprawcy tej zbrodni i
krzewiciele jej dalekosiężnych skutków nie stanęli w pełni jupiterów
sprawiedliwości.
Dezintegracja Rodzin Katyńskich i nieustanna ich inwigilacja, bez względu na
zmieniające się polskie dzieje, zawsze miała ten sam wspólny cel – aby zapobiec
jakiejkolwiek gloryfikacji ofiar katyńskich i bólu rodzin, aby rodziny te
rozpłynęły się w czasie, w narodowym historycznym niebycie.
Jak dziwne koło zdaje się zataczać najnowsza historia Polski, przecież już
wolnej naszej Ojczyzny…

Anna T. Pietraszek
 

drukuj