„Nie pozwolili sobie oczu zawiązywać”

Dostarczony w końcu października br. szwedzkiemu wymiarowi sprawiedliwości
europejski nakaz aresztowania stalinowskiego sędziego Stefana Michnika ponownie
wywoła dyskusję nad celowością i skutecznością ścigania przedstawicieli
komunistycznego aparatu represji. Tradycyjnie już zostaną przywołane prawa
człowieka gwarantujące mu bezstronny proces. Pojawią się też zatroskane głosy o
stan zdrowia byłych sędziów i prokuratorów. Skazani na karę śmierci zapewne i
tym razem pozostaną w dalekim tle toczonego sporu. Ci, których uśmiercono na
mocy wyroku sądu i pogrzebano skrycie w nieznanym do dziś miejscu.

W znienawidzonej przez komunistów II Rzeczypospolitej, określanej często jako
państwo faszystowskie, zastosowanie kary śmierci określono w pięciu przypadkach.
Najwyższą z kar można było wymierzyć w przypadku dokonania zabójstwa, zamachu na
niepodległy byt państwa, zamachu na życie lub zdrowie prezydenta RP, zdrady
wojennej (art. 101 kk) i akcji dywersyjnej w okresie wojny.
W powojennych realiach politycznych Polski po 1944 r. kara śmierci stała się
powszechnym środkiem represji, a jej użycie przewidziano w kilkudziesięciu
przypadkach: w dekrecie PKWN z 31 sierpnia 1944 roku. O wymiarze kary dla
faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad
ludnością cywilną, jeńcami oraz dla zdrajców Narodu Polskiego (kara śmierci z 3
artykułów), kodeksie karnym Wojska Polskiego (kara śmierci z 10 artykułów),
dekrecie o ochronie państwa z 30 października 1944 r. (kara śmierci z 11
artykułów), dekrecie o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie
odbudowy państwa z 16 listopada 1945 r. (kara śmierci z 3 artykułów), dekrecie z
22 stycznia 1946 r. o odpowiedzialności za klęskę wrześniową i faszyzację życia
państwowego (kara śmierci z 1 artykułu), dekrecie z 13 czerwca 1946 r. o
przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa (kara
śmierci z 11 artykułów). W oparciu o nie w latach 1944-1956 wydano ponad 8 tys.
– w większości wykonanych – wyroków śmierci.

Sądy do spraw śmierci
Pierwsze wyroki śmierci zapadły już w październiku 1944 r. przed Wojskowym Sądem
Garnizonowym w Lublinie i Sądem Polowym II Armii Wojska Polskiego. Pierwszy z
nich obradował na zamku w Lublinie w asyście żołnierzy sowieckich uzbrojonych w
karabiny z bagnetami, bez prokuratorów i adwokatów. W takiej asyście do końca
roku sąd skazał na śmierć 67 osób (39 stracono).
W tym samym czasie urzędujący w Kąkolewnicy, a kierowany przez oficera
sowieckiego ppłk. Stefana Piekarskiego Sąd Polowy II Armii WP rozpatrzył sprawy
144 osób, wydał 61 kar śmierci (43 wykonano). I w tym przypadku procesy toczyły
się pod nadzorem ubranych w polskie mundury Sowietów.
Ponurą sławę zyskały utworzone w styczniu 1946 r. z inicjatywy Krajowej Rady
Narodowej Wydziały ds. Doraźnych przy sądach okręgowych. Zgodnie z zamysłem
ustawodawcy miały być organem wymiaru sprawiedliwości przewidzianym do osądzenia
osób zatrzymanych podczas realizowanych wówczas na szeroką skalę operacji
wojskowych przeciwko podziemiu. W krótkim czasie wydziały takie utworzono w
województwach uznanych przez władze komunistyczne za obszary szczególnej
aktywności podziemia zbrojnego: białostockim, kieleckim, krakowskim, lubelskim,
łódzkim, poznańskim, rzeszowskim i warszawskim.
Wyroki "sądów na kółkach" nie podlegały zaskarżeniu, a informacje o ogłoszonych
przez nich wyrokach śmierci podawano do wiadomości opinii publicznej w formie
drukowanych w wielotysięcznych nakładach plakatów w kolorze malinowym.
W sporządzonym w lipcu 1946 r. bilansie półrocznej działalności wydziałów do
spraw doraźnych odnotowano: 342 przeprowadzone publicznie rozprawy, 802 skazane
osoby, 364 skazane na karę śmierci osoby, 359 wykonanych egzekucji.
Szczególną rolę w stosowaniu zbrodniczego prawa spełniał niezwykle rozbudowany i
posiadający kompetencje sądzenia osób cywilnych wojskowy wymiar sprawiedliwości.
Skutkiem jego działalności było m.in. 5650 wydanych wyroków śmierci (wykonano
49,7 proc.). Największą liczbę wyroków śmierci orzekły powołane do życia na
początku 1946 r. Wojskowe Sądy Rejonowe (WSR). Wśród nich prawie jedna piąta
wszystkich kar przypadła na WSR w Warszawie. Kilkaset wyroków śmierci orzekły
także WSR-y w Krakowie, Wrocławiu, Rzeszowie, Lublinie i Białymstoku (po ok.
250-400 kar śmierci).
Ostatnie wyroki śmierci przeciwko członkom polskiego podziemia
niepodległościowego orzekano jeszcze dziesięć lat po wojnie. 22 marca 1955 r.,
na kilka tygodni przed likwidacją Wojskowych Sądów Rejonowych, skład sądzący WSR
w Łodzi skazał na karę śmierci dwóch członków Konspiracyjnego Wojska Polskiego
WP: Józefa Ślązaka, ps. "Mucha" i Stefana Wydrzyńskiego, ps. "Zygmunt". Obu
rozstrzelano 26 sierpnia 1955 r. w więzieniu w Łodzi. 5 marca 1955 r. w tym
samym więzieniu wykonano wyrok śmierci na innym członku tej organizacji –
Ludwiku Danielaku "Bojarze", skazanym na śmierć przez WSR w Łodzi 5 stycznia
1955 roku.

Szubienica na rynku
Zgodnie z przepisami, kary śmierci orzeczone przez sądy powszechne wykonywane
były przez powieszenie. Stąd rok po zakończeniu wojny we wsiach i miasteczkach
Białostocczyzny, Rzeszowszczyzny i innych regionów objętych działalnością
podziemia antykomunistycznego ponownie ustawiano szubienice.
22 maja 1946 r. odbyła się przed sądem doraźnym na sesji wyjazdowej w Sanoku
rozprawa sądowa, podczas której skazano na karę śmierci dwóch partyzantów
oddziału "Żubryda". Dwa dni później, o godz. 8.00 rano, obu powieszono w
publicznej egzekucji na… stadionie miejskim w Sanoku.
W lipcu tego roku władze komunistyczne uznały, że wyroki śmierci na członkach
oddziału "Mściciela" skazanych przez obradujący w Dębicy sąd doraźny należy
wykonać publicznie w dzień targowy, kiedy do miasta przybywali tłumnie
mieszkańcy okolicznych miejscowości. Na egzekucję zgromadzono również pod
przymusem młodzież szkolną. W takich warunkach 10 lipca 1946 r. na wybudowanej
na dębickim rynku szubienicy publicznie uśmiercono trzech partyzantów: Józefa
Grębosza, Józefa Kozłowskiego i Franciszka Nostera.
O innej egzekucji raportował przewodniczący Wydziału ds. Doraźnych Sądu
Okręgowego w Rzeszowie mjr Norbert Ołyński: "Obaj [Koszela i Wręga] zostali
skazani na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano publicznie. Podczas
egzekucji gawiedź najwięcej podkreślała, że obaj są rabusiami i bandytami. […]
Koszela przy wieszaniu zerwał się ze sznura tak, że wieszano go drugi raz. Miał
być również powieszony razem z nimi publicznie Kossakowski. Wyrok wykonano
jednak w dwa dni później na dziedzińcu więzienia w Rzeszowie. Kossakowski w
chwili aresztowania ubrany był elegancko – buty oficerskie. Podczas egzekucji
miał łachmany i był bosy. Przed powieszeniem powiedział: ‚Umieram, bo walczyłem
za Polskę’ oraz ‚Boże, przyjmij mnie do siebie’. Wyroku publicznie nie wykonano,
gdyż obawiano się, że Kossakowski na pewno przed powieszeniem powie coś
nieciekawego pod adresem rządu, co mogłoby wywołać oburzenie społeczeństwa".

Strzał w potylicę
Inną śmierć zaplanowano dla skazanych przez sądy wojskowe. W takich przypadkach
przewidziano użycie plutonu egzekucyjnego. W wydanym w 1946 r. okólniku ministra
bezpieczeństwa publicznego nakazywano: "Na podwórzu gospodarczym więzienia,
najmniej uczęszczanym przez więźniów, dostatecznie dużym, należy wkopać
drewniany słupek, wysokości 1,5, m nad powierzchnię ziemi, w odległości 1,2 od
ślepej ściany. Ścianę należy zabezpieczyć warstwą piasku. Z chwilą przybycia do
więzienia Prokuratora i osób biorących udział w egzekucji – należy sprowadzić z
celi więziennej skazańca na miejsce stracenia i związane w tyle ręce sznurem
przymocować do słupka. Czynność tę wykonują funkcjonariusze więzienni. W tym
czasie pluton egzekucyjny, przepisowo umundurowany i uzbrojony w ręczne karabiny
w składzie, co najmniej czterech (4) ludzi i dowódcy, ustawia się w szereg w
odległości najmniej 10 metrów frontem do skazańca. Po oddaniu przez Prokuratora
Wojskowego komendy ‚baczność’ Prokurator Wojskowy odczytuje wyrok. Po odczytaniu
wyroku jeden z funkcjonariuszy więziennych zawiązuje skazańcowi oczy białą
przepaską (na prośbę skazańca opaski można nie zakładać). Następnie na komendę
dowódcy ‚gotuj broń’, ‚cel’, ‚pal’ – pluton egzekucyjny oddaje salwę, celując w
serce skazańca. Lekarz asystujący przy wykonywaniu wyroku stwierdza zgon, a
funkcjonariusze więzienni składają ciało do uprzednio przygotowanej trumny i
odnoszą do trupiarni więziennej w celu pochowania zwłok w dniu następnym na
cmentarzu miejscowym.
W wypadku, gdy po oddaniu salwy lekarz stwierdzi, że skazaniec żyje, dowódca
plutonu egzekucyjnego obowiązany jest strzelić z krótkiej broni palnej w skroń
skazańca. W razie wykonywania jednocześnie kilku wyroków śmierci, skazańców
należy sprowadzać kolejno, po zabraniu trumny ze zwłokami poprzednio
straconego".
Jedną z ostatnich egzekucji wykonanych z zachowaniem starej procedury było
zamordowanie 27 listopada 1948 r. w Więzieniu nr I przy ul. Kleczkowskiej we
Wrocławiu czterech członków kierownictwa Okręgu Wrocławskiego WiN: mjr. Ludwika
Marszałka, ps. "Zbroja", Władysława Ciska, ps. "Rom", Stanisława Dydę, ps.
"Steinert" i por. Jana Klamuta, ps. "Górski". Kilka miesięcy później siostra
Stanisława Dydy pisała do wdowy po Władysławie Cisku: "Widziałam się ze
spowiednikiem naszych Biedaków. Pocieszał mnie, że oni na pewno już w niebie, bo
umierali jak święci, że śmierć mieli zaszczytną. Mój Staś nigdy nie płakał, ale
po spowiedzi płakał i wołał: "Mamo, mamusiu, zostaniecie same!" A potem już
spokojnie stanęli pod murem, nie pozwolili sobie oczu zawiązywać ani się nie
odwrócili. Tak zginęli nasi Biedacy Najdrożsi".
Plutony egzekucyjne pracowały intensywnie do 1948 roku. Potem zaprzestano ich
formowania, a egzekucje powierzano odpowiednio wyselekcjonowanym
funkcjonariuszom UB lub straży więziennej. Ci, bez wyjątku, przejęli "katyńską
metodę uśmiercania", strzelając skazańcowi znienacka w potylicę, gdzieś w
piwnicach więzień.

Medalik w ustach
Wieczorem 1 marca 1951 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie czyniono ostatnie
przygotowania do mającej się odbyć tego dnia egzekucji siedmiu członków
kierownictwa IV Zarządu Głównego WiN: ppłk. Łukasza Cieplińskiego, mjr. Adama
Lazarowicza, mjr. Mieczysława Kawalca, kpt. Jana Rzepki, kpt. Franciszka
Błażeja, kpt. Józefa Batorego i por. Karola Chmiela. Wyprowadzany z celi
Ciepliński zdołał jeszcze szepnąć jednemu ze współwięźniów kilka ostatnich słów,
z prośbą o przekazanie ich synowi. Więzień miał odnaleźć rodzinę Cieplińskiego i
powiedzieć synowi Andrzejowi, że jego ojciec w chwili egzekucji skrył w ustach
srebrny medalik z wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej i ścisnął go mocno, aby
przy strzale nie wypadł mu z ust. Gdy powstanie wolna Polska – w co głęboko
wierzył Ciepliński – medalik miał wskazać synowi miejsce pochówku ojca.

Czy wyrok został wykonany?
Po egzekucji ciała straconych wywożono potajemnie z więzienia i pod osłoną nocy
transportowano na miejscowy cmentarz. W rzadkich przypadkach dane więźniów
umieszczano w księgach cmentarnych. W kolejnych latach kwatery więźniów
przeznaczano do ponownych pochówków. W ten sposób trwale zacierano ślady miejsc
spoczynku ofiar komunizmu. Pozbawione informacji rodziny straconych przez lata
usiłowały uzyskać wiadomości o losach ich bliskich, wierząc w ich cudowne
ocalenie.
Jeszcze w 1958 r. żona jednego ze straconych pisała w liście do sądu: "[Mąż]
został skazany w 1950 r. przez Sąd Wojskowy na karę śmierci i dotychczas nic nie
wiadomo o jego losie, co się z nim stało. Po upływie tylu lat powinnam o tym od
Władzy Ludowej [dostać] wiadomość, uważam, że jest to obowiązkowe powiadomić
żonę i dziecko. Za okupacji byłam jeszcze młoda, ale pamiętam, że wróg nasz
powiadamiał rodziny o zaginionych. Zwracam się o powiadomienie, czy wyrok został
wykonany, czy [mąż został] ułaskawiony".

Honory po latach
Poszukiwania miejsc pochówku ofiar systemu komunistycznego prowadzone są od lat
we wszystkich oddziałach Instytutu Pamięci Narodowej w ramach projektu
badawczego "Śladami zbrodni". Ich efektem jest odnalezienie we Wrocławiu, Opolu
i Szczecinie szczątków straconych żołnierzy antykomunistycznego podziemia:
Włodzimierza Pawłowskiego, Mieczysława Bujaka, Hieronima Bednarskiego, Edwarda
Cieśli, Stefana Półrula, Antoniego Tomiałojcia, Zenona Łozickiego, Wacława
Borodziuka, Edwarda Kokotki, Edwarda Kosieradzkiego i Waldemara Klimczewskiego.
Po ponad pół wieku na cmentarzach w Warszawie, Krakowie, Rzeszowie i Szczecinie
pochowano z honorami wojskowymi ofiary komunizmu, po których wszelki ślad miał
zaginąć.
W nieznanych do dziś miejscach tysiące innych nadal czekają na odnalezienie.
 

Dr hab. Krzysztof Szwagrzyk
 

Autor jest historykiem, naczelnikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN
we Wrocławiu.

drukuj