Chwała polskich orląt większa niż Himalaje

Stary samolot transportowy o ciężkawej sylwetce czeka na pasażerów na
lotnisku w Islamabadzie. Pakistańczycy z technicznej obsługi mówią mi, że polecę
słynną Dakotą DC-3, najpopularniejszym samolotem transportowym na świecie.
Oprócz mnie są sami mężczyźni, w szarawarach i grubych, z ostrej wełny
"kurtach". Wszyscy też jakby w klubowych czapkach, z takiej samej grubej,
wełnianej tkaniny, trochę jak w berecikach, wywiniętych naokoło głowy w gruby
wałek. Wielu z tych dostojnych panów, brodatych, o ostrych góralskich rysach,
ozdobiło sobie te bereciki, wpinając kwiatki nad uchem – pomarańczowe
aksamitki… Będziemy lecieć w Hindukusz, do małej miejscowości Chitral, wysoko
w górach, u stóp najwyższego szczytu tego pasma, Tiricz Miru (7706 m n.p.m.). W
pogotowiu czekają już moje aparaty fotograficzne i kamera.
Trasa lotu, wytyczona dokładnie nad ponad 400-kilometrową doliną górską, owiana
jest czarną legendą. U jej zwieńczenia czeka zapora, przełęcz Lowari – wysoka na
3200 m n.p.m. i wąska – samolot musi nad nią przelecieć, by ominąć strome góry i
urwiska. Jeśli nad przełęczą zawiśnie mgła, przesmyk zamienia się w pułapkę…
Bywało, że piloci "nie trafiali" w przełęcz i wtedy…, ale to na pewno nam się
nie przytrafi, pocieszałam się.
Nagle z zamyślenia wyrywa mnie steward, zdecydowanie podaje mi ramię, mówiąc:
"Lady pozwoli, kapitan prosi do kabiny, natychmiast!" – zabrzmiało groźnie. Nie
miałam szans na jakikolwiek opór, zdążyłam jedynie zabrać aparaty. Ledwie
zamknęły się za mną drzwi kabiny, kolejna niespodzianka. Drugi pilot wstaje,
salutuje i zwraca się do mnie ze słowami: "Lady pozwoli, pani podobno zPolski,
dlatego mamy zaszczyt prosić, by tutaj, w kabinie, była pani świadkiem, jak
latają pakistańscy piloci, uczniowie generała Turowicza! On jest naszym
bohaterem. Gdyby nie on, nie umielibyśmy pilnować granic naszej ojczyzny. I
teraz mamy okazję, by się mu odwdzięczyć, by mogła pani zobaczyć, jak my
wspaniale latamy. Zrobimy specjalny nalot na tę Lowari Pass, obejrzy pani całą
jej wyniosłość i podstępność".
Poczułam wielką dumę z tego, że jestem Polką, uczucie zakazane w czasach PRL,
ale kto to jest lub może był gen. Turowicz, nie miałam pojęcia.

W PRL skazany na niebyt
Gdy po miesiącu wróciłam z gór do Islamabadu, w swojej młodzieńczej naiwności
pobiegłam do Ambasady PRL, by spytać ambasadora o gen. Turowicza. Myślałam, że
może dadzą mi jakiś adres, że opowie mi swoją historię, zrobię zdjęcia i
powstanie piękny reportaż, który przywiozę ze sobą do kraju. Po zadaniu przeze
mnie pytania ambasador pobladł i sztywno odpowiedział, że nigdy o takiej osobie
nie słyszał, nikt taki nie mieszkał nigdy w Pakistanie, a piloci na pewno coś
zmyślili… W Polsce też nikt niczego o generale nie wiedział…
Szukałam… i dopiero w 2004 roku, gdy byłam w Karaczi, zostałam zawieziona na
grób generała – katolicki, z krzyżem, z poruszającym napisem nagrobnym… Gdy
pierwszy raz usłyszałam o gen. Władysławie Turowiczu, on jeszcze żył! Zmarł 8
stycznia 1980 roku. Och, gdyby tylko podano mi wcześniej jego adres, gdyby nie
okłamano mnie w ambasadzie, w polskiej ambasadzie… gdyby.
Od czasu lotu nad Lowari Pass generał żył jeszcze 5 lat, trzymał się świetnie.
Choć na emeryturze, wciąż pozostawał przyjacielem dowództwa sił powietrznych
Pakistanu – PAF (Pakistan Air Force), był jedynym tej rangi wojskowym obcego
pochodzenia, w dodatku katolikiem, w dziejach tego państwa. Cieszył się sławą i
szacunkiem nie tylko wśród pilotów, ale w całym Pakistanie.
W 2004 roku spotkałam jego żonę, Zofię Turowicz – pilotkę, instruktorkę
szybownictwa, kobietę niezwykłej dzielności. Wówczas nie posiadałam stosownego
sprzętu, by nakręcić o niej film, nagrałam więc jedynie króciutki wywiad. Dzięki
staraniom śp. prof. Janusza Kurtyki, prezesa IPN, i dzięki wsparciu szefa Biura
Bezpieczeństwa Narodowego ministra Władysława Stasiaka wróciłam tam ponownie w
2008 roku. Film zamówiła ówczesna szefowa TV Polonia Agnieszka Romaszewska-Guzy,
ale dysponowała bardzo skromnym budżetem. Inne redakcje takiego filmu po prostu
nie chciały. Bez pomocy prof. Kurtyki i ministra Stasiaka nie pokonałabym barier
finansowych, film nigdy by nie powstał. Polska telewizja nie znajdowała
uzasadnienia dla realizacji projektu o polskim bohaterze!

Przygotowania trwały rok…
W Islamabadzie pomagał nam ambasador RP dr Krzysztof Dębnicki i… cały Sztab
Generalny Pakistańskiej Armii, dowództwo PAF i wszelkie specjalne służby. Kraj
udręczony terroryzmem był niebezpieczny dla zagranicznych dziennikarzy, często
zdarzały się porwania dla okupu.
Marzyłam o zdjęciach lotniczych. Są niewyobrażalnie kosztowne – godzina lotu
śmigłowcem to minimum 30 tys. dolarów. Dostałam taki lot "w prezencie" od
pilotów PAF, otrzymałam wszystko, czego pragnęła dusza filmowca: lot nad
Himalajami, lot nad Hindukuszem. Bo to było przecież dla ich narodowego
bohatera, dla gen. Turowicza, dla Polaka.
– Miałam 19 albo 20 lat, gdy zaczęłam latać na Olimpii, w Inowrocławiu. To był
szybowiec. Moja miłość, pasja! – ożywia się podczas nagrania pani Zofia
Turowiczowa, z domu Szczecińska, pilot Aeroklubu Warszawskiego, przyjęta w
poczet szybowników, gdy miała zaledwie 21 lat. Urodzona 15 maja 1916 r. w
Warszawie, była absolwentką Politechniki Warszawskiej z1939 roku. Jej
narzeczony, Władysław Turowicz, także warszawiak i absolwent tej samej uczelni,
ze względu na słaby wzrok nie mógł zostać pilotem, został więc oficerem
technicznym. Urodził się na Syberii w Zudyrze 23 kwietnia 1908 roku z rodziców
zesłańców. Wojna rozdzieliła narzeczonych. On, oficer, przedostał się do
Rumunii. Ona odprowadzała samoloty z Okęcia, by nie wpadły w niemieckie ręce.
Ostatnim z nich sama odleciała do Rumunii i tam się odnaleźli. Wzięli ślub na
uchodźstwie, pracowali w Anglii dla RAF – sił lotniczych Wielkiej Brytanii, tam
urodziły się ich dwie córki. Jak wszyscy Polacy, piloci także, walczyli w
alianckich armiach, ale z nadzieją, że walczą o wolność Europy i Polski.
Po zakończeniu wojny nie mieli dokąd wrócić. Szybko dotarły wiadomości o
represjach wobec tych, którzy zdecydowali się na powrót do Polski Ludowej…
tylko niektórzy piloci mogli znaleźć pracę w zawodzie, najczęściej w transporcie
towarowym albo w logistyce naziemnej, i to na najgorszych warunkach. Tam, w
Anglii, też nikt już Polaków nie potrzebował. Rozjeżdżali się więc po świecie:
do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Indii, Afryki…

Historyczna misja w Pakistanie
W 1947 roku powstaje Pakistan w wyniku oddzielenia się od Indii. Ten ogromny
kraj, o powierzchni 800 tys. km kw i granicach długości 7 tys. km, nie miał
armii, lotnictwa, policji, wszystko trzeba było tworzyć od zera. Najpilniejszą
potrzebą było strzeżenie granic, zwłaszcza tych ciągnących się przez
wysokogórskie łańcuchy 7-8-tysięczników, na pograniczu z Indiami, w spornym
Kaszmirze albo na granicy z Chinami, krajem o potężnej armii. Natychmiast po
uzyskaniu niepodległości zapewnienie bezpieczeństwa terytorium stało się
najważniejsze.
Quaid-e-Azam, przywódca Pakistańczyków i nowego islamskiego kraju, przywiózł w
tym celu pilotów brytyjskich z RAF… To właśnie wraz z nimi przyleciał kpt.
Władysław Turowicz z dobraną przez siebie ekipą 30 polskich pilotów. Lecieli z
Anglii właśnie Dakotą DC-3, wylądowali w Karaczi. Był rok 1949, kpt. Turowicz
rozpoczął realizację pierwszego projektu. W Risalpurze pod Peszawarem powstała
pierwsza szkoła lotnictwa na rzecz nowo powstałych Sił Powietrznych Pakistanu.
Szkołę od podstaw tworzyli Polacy, począwszy od budowy pawilonów mieszkalnych
dla kadry z rodzinami, przez sale wykładowe, po miejsca treningu technicznego…
Kadeci mieszkali w miasteczku namiotowym. Uczyli się latania, najpierw na
szybowcach. W szkole były dwie instruktorki kobiety – śliczne, dystyngowane –
pani Maria Mikulska i pani Turowiczowa – ewenement w kraju muzułmańskim, obie
pilotki, instruktorki, biegłe w szkoleniu bardziej niż ich mężowie, pilot i
oficer techniczny! To było nie do uwierzenia dla muzułmańskich chłopców.

Wspominam go jak ojca
Quaid-e-Azam był niezwykle wnikliwym człowiekiem. Podobno wystarczało mu przez
minutę popatrzeć w oczy drugiej osoby, by wiedzieć, kim ona jest. Gdy spotkał
Turowicza, spojrzał mu w oczy i już wiedział, że to cenny człowiek dla
Pakistanu! – Quaid-e-Azam dokonał trafnego wyboru. Turowicz żył dla Pakistanu,
tam mieszkał, pracował i tam umarł. Oni obaj byli wielkimi ludźmi! – wspomina
płk PAF S. Ahtesham A. Naqui, były kadet, uczeń kpt. Wacława Banacha i kpt.
Władysława Turowicza.
– Dla nas, kadetów, polscy oficerowie byli nie tylko nauczycielami,
instruktorami, ale byli dla nas jak bracia. Po wojnie zostałem sam, miałem 19
lat, nie miałem nic. Turowicza pamiętam do dziś, jakby był moim drugim ojcem.
Polacy byli zupełnie inni niż Anglicy. Serdeczni, troszczyli się o nas,
chłopców, po wojnie na ogół wychudzonych i niedożywionych. Najbardziej nas
budowało to, że choć mogli jeść posiłki w swoich kwaterach, to woleli być z
nami, szczególnie gen. Turowicz wszystkie posiłki jadł z kadetami. Jak w jednej
rodzinie – wspomina dziś płk Naqui.
– Kossakowski, Hedinger, Kaczmarek, Wolański, Banach… jest tu cała ich lista w
książce, którą przygotowuję do druku. Banach to mój pierwszy instruktor –
wspomina M. Akhtar, marszałek PAF. – Latałem na Tiger Moth, od niego rozpoczęła
się moja kariera pilota, w 1950 roku wykonałem swój pierwszy lot solo. Kapitan
Banach wyszkolił mnie i nauczył odwagi, szybkości decyzji. Nie używał zbędnych
słów, był precyzyjny, był pasjonatem latania. Przy nim latanie również dla mnie
stało się nie tylko zawodem, ale do dziś jest moją miłością i wielką pasją.
Asghar Khan, marszałek PAF, wybitny polityk pakistański, pierwszy szef Sztabu
Generalnego PAF, tak mówi o swoich przyjaciołach, pilotach polskich: – Wielu z
nich służyło w Królewskich Siłach Powietrznych Wielkiej Brytanii, dziwne, że po
wojnie już ich tam nie chciano… A byli wspaniałymi ludźmi, o wysokiej
kulturze, byli wybitnymi pilotami! Pomogli Pakistanowi zapanować nad
bezpieczeństwem granic, a nasze lotnictwo wojskowe tworzyli od podstaw. Z
wojskowego lotnictwa wywodzili się też pierwsi piloci pakistańskich linii
pasażerskich. Szkoda, że i tu u nas już niewielu o tym pamięta.
Na polecenie Quaid-e-Azama utworzono zręby akademii lotniczej. Nosi nazwę Szkoła
Sokołów. Jej symbolem jest złoty sokół, ptak z najwyższych gór, znany z wielkiej
wytrzymałości i odwagi. Jak blisko kojarzy się ta nazwa ze Szkołą Orląt w
Dęblinie! To nie przypadek.
Dziś Szkoła Sokołów kształci kilkuset pilotów, techników, mechaników,
nawigatorów i innych specjalistów. Są tam również kobiety, i nikt się już temu
nie dziwi. Uchodzą za wyjątkowo odważne, zdeterminowane w osiąganiu celów
bojowych, oddane interesom ojczyzny. Latają m.in. na F-17…

Specjalista wysokiej klasy
Turowicz był inżynierem mechanikiem, imponował wielu specjalistom znajomością
budowy konstrukcji lotniczych. Remontował stare samoloty. Słynny był
wyremontowany przez niego Fox Moth, który własnoręcznie pokrył płótnem. W
Risalpurze czekano, czy Turowicz sam odważy się na tej maszynie polecieć…
Poleciał, latał wiele godzin, choć nikt inny nie ośmielił się zaryzykować.
Sława i prestiż zawodowy Turowicza wzrastał. Jako szef obsługi technicznej PAF
ponosił w stu procentach odpowiedzialność za stan techniczny i w 97 procentach
za niezawodność samolotów. Te 97 procent zwyczajowo przyjmuje się, biorąc pod
uwagę ryzyko zawodności techniki…, bo oczywiście nie człowieka tej klasy co
Turowicz.
Rodzina Turowiczów zamieszkała na stałe w Karaczi. On sam – w szkole w
Risalpurze, tu szkolił i rozwijał akademię. – Choć Polacy i my, Pakistańczycy,
należymy do odmiennych kultur, mamy wiele wspólnych cech, wspólnych wschodniemu
rodzajowi ludzi – mówi Ahmad Rafi, dowódca skrzydła PAF. – Polacy byli uprzejmi,
delikatni, uważni, serdeczni, mieli poczucie humoru. Nie byli dla nas
obcokrajowcami – dodaje Kamal Ahmad, gen. brygady PAF. – Mieli takie same prawa,
takie same przywileje jak Pakistańczycy, bez wyjątków. Niestety, z ubolewaniem
muszę wyznać, że Polacy pracujący na tych samych stanowiskach co Brytyjczycy
dostawali o połowę niższą zapłatę, za tę samą pracę, w tej samej randze…
Mieliśmy wyjątkową okazję, by uczyć się od tak doborowych profesjonalistów. Oto
na naszych oczach 30 polskich oficerów zostało dowódcami dywizjonów
transportowych, dywizjonów myśliwskich. Szkolili nawigatorów, łącznościowców,
byli instruktorami i wychowawcami następnych roczników, najbardziej bojowych
pilotów w Azji! – taką opinię przechowuje w sercu M. Akhtar.
– Nasz kraj był wtedy całkiem nowym, dopiero organizującym się krajem – mówi
marszałek Asghar Khan. – Bez pomocy z zewnątrz nic nie udałoby się zbudować.
Polacy oddawali nam wszystkie swoje umiejętności, wiedzę, doświadczenie. Wtedy
nasz kraj nie podlegał manipulacjom politycznym, budowaliśmy go, by był mocny i
bezpieczny. Dziś tak wielu polityków wykorzystuje religię do własnych,
nieuczciwych celów i tu leży przyczyna naszych obecnych dramatów… My,
muzułmanie, i wy, chrześcijanie, powinniśmy żyć w wielkiej przyjaźni, łączy nas
wiara w Boga.

W Polsce wciąż zapomniany…
A promień światła, który słońce rzuci,
na szumnej morza igrając topieli,
nie tonie, tylko w tęczę się rozdzieli,
i znowu w niebo, skąd wyszedł, powróci…

Ta polska strofa wyryta jest na grobie gen. Władysława Turowicza, w sercu
Karaczi, w przeszło 180-milionowym muzułmańskim kraju, gdzie żywa jest legenda
dowódcy i jego pilotów. Wielu z nich służyło tu po kilkanaście lat. On jeden
wraz z żoną pozostał tu do kresu dni.
Oprócz unikatowych zdjęć filmowych w 2008 r. wykonaliśmy ponad 3 tys.
fotografii, uzyskaliśmy prawo kopiowania wszelkich archiwaliów ze zbiorów Zofii
Turowiczowej i innych byłych pilotów PAF. Muzeum lotnictwa PAF w Karaczi
podarowało archiwalia na rzecz filmu TVP i na wystawę, która miała powstać w IPN,
przy ewentualnej współpracy z Ministerstwem Obrony Narodowej i ze szkołą w
Dęblinie. Miał być też album… Tydzień po naszym przylocie ktoś decydujący
wówczas o losach tych unikatowych zbiorów dokumentacyjnych w IPN powiedział
wprost: "Mnie ta wystawa nie obchodzi!".
Film nasz "Polskie orlęta na pakistańskim niebie" znany jest poza granicami
Polski, wędruje na pokazy festiwalowe, prezentowany był w NATO, opisywany w
prasie pakistańskiej, nagradzany w Hollywood… Pakistańczycy wciąż składają
hołd swemu generałowi, Polakowi urodzonemu na zesłaniu na Syberii. Jego nazwisko
wciąż wymawiają bezbłędnie, choć od śmierci polskiego oficera, a ich bohatera
minęło 30 lat.
W 2008 roku historyk IPN odnalazł zapisy SB na temat generała i jego żony. W
Polsce nie ma innej dokumentacji osiągnięć tego legendarnego Polaka, a jedynie
ta, sporządzona przez I Departament MSW (wywiad) – nr OCH-002349/70. Akta
osobowe polskich pilotów znajdują się w Anglii, podlegają brytyjskim przepisom,
są wciąż niedostępne dla polskich badaczy…
W Polsce wciąż odbierane jest nam prawo do znajomości własnych bohaterów, do
poznawania autorytetów, postaci historycznych, tak jak przez ponad pół wieku
poddawano obróbce i karłowaceniu poczucie naszej narodowej godności i
świadomości. Efekty tego są wciąż żywe, choć zburzyliśmy dawno pomniki
Dzierżyńskiego czy Lenina…

Anna T. Pietraszek reżyser, dokumentalista

drukuj