fot. PAP/EPA

Dortmund (love) story, czyli od talentu do gwiazdy

Podsumowanie 4 letniego okresu gry najlepszego obecnie polskiego piłkarza, zdobywcy tytułu króla strzelców właśnie kończącego się sezonu niemieckiej Bundesligi , egzekutora m.in. Realu Madryt (4) z poprzedniego sezonu Ligi Mistrzów, czy finału(2012) Pucharu Niemiec z Bayernem (3), zdobywcy ponad 100 dla klubu z Dortmundu.

I tak można by wymieniać i wymieniać. Bo Robert Lewandowski to nie tylko klasowy gracz jakich wielu już niemiecka najwyższa klasa rozgrywkowa gościła, ale gwiazda, świecąca blaskiem, który swoją skutecznością poraził wielu i którego promienie kłuły w oczy potentatów z Wysp Brytyjskich czy Hiszpanii. Kłuły na tyle, by światowe marki ustawiały się w kolejce po naszego (wreszcie możemy to z dumą powiedzieć) napastnika. Ale jak to ostatnio bywa, to Bayern wyścig wygrał. Od 1 lipca „Lewy” będzie nową gwiazdą mistrza Niemiec. Z tej okazji warto prześledzić, jego dokonania w klubie, dla którego grał i strzelał przez ostatnie 4 sezony –Borussi Dortmund.

Może zaczniemy od początku. Po okresie świetnej gry w ekipie ówczesnego mistrza kraju – Lecha Poznań, Lewandowski uznał, że należy iść dalej. Ofert miał mnóstwo, ale wybrał BVB, klub z Westfalii, który upatrywał w nim nowego, świeżego powiewu, o on szedł do klubu w którym wcześniej rozwinął się i pozostał w sercach Ebi Smolarek, świetnie (do dzisiaj) prezentował się Kuba Błaszczykowski i przyszedł Łukasz Piszczek. Lewandowski wiedział co robi, i to tyle odnośnie jego kolejnego ruchu – transferu do Bayernu. Robert od początku nastawił się na rozwój, co chętnie zaznaczał Juergen Klopp, dając mu szansę mimo całkiem niezłej konkurencji. Lukas Barrios często łapał kontuzje, a Polak udowadniał, że warto na niego stawiać – stopniowo utwierdzał w przekonaniu, że skauci ekipy z Zagłebia Ruhry nie mylili się. Pierwszy gol w lidze, na kilka minut przed końcem szlagieru z Schalke padł dokładnie 19 września 2010, a do dej pory zdobył ich 74, łącznie trafiając dla BVB ponad 100krotnie!

Już w pierwszym sezonie, przyszły reprezentant Polski mógł cieszyć się z mistrzostwa kraju. Zaliczył 3 asysty i zdobył 8 goli, jednocześnie cały czas podkreślając, że dopiero zaczyna. Razem z resztą polskiej trójki był nadzieją całej Borussi, która w przyszłym sezonie tj. 11/12 miała walczyć w o trofea w Europie. Młody zespół trenera Kloppa powoli się zgrywał, a spinający team weterani Kehl wraz z Romanem Weidenfellerem zaczynali stawać się sensacją mającej obchodzić za rok półwiecze Bundesligi. W LM Lewy zadebiutował 13 września z Arsenalem, a na początku października świętował swojego pierwszego hat-tricka z Augsburgiem. W Lidze Mistrzów przerwał niemoc strzelecką Polaków po niemal 2 latach. Swoje poczynania zakończył łącznie na 30 golach (!) przy 47 występach, co dało mu tytuł najlepszego zawodnika sezonu (!) i miejsce w 11 sezonu (zabrakło mi wykrzykników.) Obraz drugiego sezonu chyba najlepiej podkreśla wyczyn z finału Pucharu Niemiec, gdzie jako jeden z 3 zawodników w historii, zdobył hat-tricka pogrążając monachijskiego giganta (5:2 dla BVB). Oczywiście „pszczółki” z Polakami w składzie obroniły tytuł; Lewy w klasyfikacji strzelców był 3.

Lecz to sezon 2012/2013 uczynił ze snajpera znad Wisły prawdziwego, rasowego, uznawanego na całym świecie wyjadacza. Ambitny warszawiak dopiero co rozepchał się łokciami, wydeptał ścieżki pod polem karnym i nie tylko (Klopp lubił go ustawiać jako „fałszywą 9”). Jego umiejętności budziły uznanie w oczach rywali, tym razem Robert regularnie zaczął strzelać w LM, od Ajaksu począwszy, na.. Realu Madryt kończąc. I to w półfinale. I to 4 razy. Była to najprawdziwsza polska kanonada, nikt tego nigdy wcześniej na takim etapie rozgrywek i to Królewskim nie zrobił. Gazety w Niemczech i na świecie rozpływały się nad Polakiem, był na ustach wszystkich. A przyszły pan młody – od 22 czerwca zeszłego roku jest żonaty z Anną Lewandowską z domu Kamieńską – tylko potwierdził jakim jest piłkarzem i świetnym, konsekwentnie dążącym do celu zawodnikiem.

Rozstrzelanie Realu było wisienką na torcie jego dorobku, a nie zapominajmy o reszcie ciasta. I reszcie lukrowanych dekoracji : od tamtej pory pozostaje 2, obok legendarnego Gerda Mullera (16 spotkań) w historii zawodnikiem z dorobkiem 14 spotkań z rzędu z trafieniem w Bundeslidze! Ponadto wyrównał i pobił swój poprzedni rekord z 22 trafieniami, ale to nie wystarczyło, aby zakończyć go jako najlepszy snajper Bundesligi – w ostatniej kolejce, swój licznik powiększył bowiem Stefan Kiessling. Mimo, że nie uniósł do tej pory pucharu Mistrzów (kwestia czasu), bo Borussia nie dała rady Bayernowi, to on był pierwszym po Gotze do odejścia. Jednak tak się nie stało. Kontrowersji było wiele, do dzisiaj jest to niemiły dla obu stron temat, ale… to właśnie dzięki temu Robert Lewandowski jest dzisiaj oczami Reusa, Hummelsa, Kloppa i setek tysięcy fanów kochających Dortmund kibiców – jednym z 3 najlepszych snajperów na świecie. Nie tylko ze względu na ponad setkę strzelonych dla żółto czarnych bramek, nie tylko ze względu na wreszcie 1 miejsce w rankingu strzelców, lecz właśnie za postawę. Bo wiele mu zarzucano, zaliczył kilka scysji z zawsze „przyjazną” prasą niemiecką, ale jednego nawet Bild (choć on też w jednym z ostatnich numerów, głośno krzyczał „Sorry Lewandowski”) nie mógł mu odmówić – charakteru. I słusznie w dyrekcji i pubach w Dortmundzie mówią, że drugiego Lewego nie znajdzie się nigdzie.

Jest 72 minuta. Tłumy kibiców wiwatujących na część schodzącego z boiska piłkarza. Brawa biją wszyscy, sztab, przeciwnicy z Hoffenheim, koledzy. I to bynajmniej nie koniec kariery wielkiego piłkarza, ale dopiero myślę, że również tak jak zdaniem wielu, jeden z przystanków w pięknie rozwijającej się karierze. Tak żegnano na Signal Iduna Park naszego Roberta, który może bez tytułu z zespołem, ale z własnym wielkim osiągnięciem, z „armatą”, którą (nie przestanę powtarzać) już trzeci sezon z rzędu na takim poziomie fundował Lewandowski. Mamy uzasadnioną nadzieję, że równą wybuchowość będzie prezentował już na innym stadionie i w innych barwach, równie znakomitych, jeszcze bardziej ambitnych i wyżej celujących – i lepiej płacących. Ale i tutaj Lewy się broni – mało kto, a raczej nikt tak jak on na taką stawkę nie zasłużył. Tylko pracując, walcząc i zachowując taką klasę, można odejść z nazwiskiem na ustach kibiców.. choćby odchodziło się do największego obecnie rywala. Oby tak dalej Robert!

Sport/RIRM

drukuj