Armia: Państwo w państwie
Z prof. dr. hab. Januszem Daneckim, arabistą, rozmawia Piotr Falkowski
Co jest istotą konfliktu w Egipcie, z powodu którego w starciach codziennie giną dziesiątki osób, a setki tysięcy uczestniczą w protestach krwawo tłumionych przez siły porządkowe? Czy to już wojna domowa?
– Są to społeczne niepokoje na szeroką skalę, bunt społeczeństwa z ofiarami, ale jeszcze nie wojna domowa. Chodzi tu o prostą sprawę. Po upadku reżimu Hosniego Mubaraka w 2011 r. społeczeństwo rozpadło się na dwie grupy, czy może raczej umocniły się istniejące już różnice. Z jednej strony są zwolennicy tradycyjnego poglądu na społeczeństwo muzułmańskie chcący oprzeć nowy system społeczny na islamie i tradycjach religijnych. Z drugiej strony są ludzie chcący budować nowoczesne społeczeństwo na wzór europejski. Są młodsi, ale często bez pracy. Nie negują roli islamu w życiu społecznym, ale w ich wyobrażeniu nie może ona decydować o całym systemie politycznym. Te dwie grupy starły się w wyborach prezydenckich rok temu. Wygrał pierwszy nurt, prezydentem został Mohammed Mursi, a do władzy doszły partie reprezentujące program religijny. Jedne z nich są bardziej radykalne, inne mniej. W tym spektrum Bracia Muzułmanie są mniej więcej pośrodku. Przegrała natomiast strona chcąca państwa nowoczesnego. Kiedy jednak prezydent zaczął prowadzić politykę w kierunku bardzo konserwatywnym, zaczęły się protesty, podobne do tych z 2011 r. na placu Tahrir w Kairze. Domagali się odejścia prezydenta. Samo demonstrowanie jest normalne w demokratycznym państwie, ale to, co się stało później, już nie. Wkroczyło wojsko i stanęło po stronie „liberałów”, obalając legalną władzę.
Amerykański sekretarz stanu John Kerry nazwał to akurat „przywróceniem demokracji”.
– Ale na przykład Turcja, która doświadczyła, co to znaczy wojna domowa, bo graniczy z Syrią, domaga się sankcji wobec Egiptu. A tymczasem prezydent Obama ogranicza się do potępienia działań wojska i wzywa, żeby strony jakoś się dogadały. Zachód powinien stanowczo potępić działania armii egipskiej i zaprzestać udzielania Egiptowi pomocy wojskowej. Wynosi ona 1,3 mld USD rocznie. To pieniądze, które Amerykanie płacą za strzelanie do ludzi. Niestety, taka jest prawda. Wynika to częściowo ze zrozumiałego lęku przed muzułmanami, ale też z interesów producentów tej broni w USA.
W Egipcie armia pełni rolę taką jak w Turcji, czyli strażnika świeckości państwa?
– Nie do końca. W Egipcie armia była zawsze silna, ale wcześniej czynnie wkroczyła do polityki wewnętrznej tylko raz, w 1952 r., gdy zlikwidowała królestwo. Potem była oczywiście ważna, ale jako część systemu władzy. Wojsko było w Egipcie państwem w państwie, miało nawet własny budżet, nieznany parlamentowi. Z armii wywodzili się w zasadzie wszyscy prezydenci, bo i Dżamal Abd an-Nasir (1954-1970) i Anwar as-Sadat (1970-1981), wreszcie Hosni Mubarak (1981-2011). Ale i wówczas to nie wojsko rządziło. Mursi był pierwszym cywilem, który nie reprezentował wojska, co dawało szansę na pewne unowocześnienie relacji cywilnej władzy z armią. Ta jednak zachowała całą swoją siłę i ją wykorzystała w celu usunięcia legalnego prezydenta.
Jaki program reprezentują ugrupowania, które teraz protestują?
– Protestują przede wszystkim zwykli Egipcjanie, szczególnie ci bardziej religijni. Niekoniecznie członkowie Braci Muzułmanów. Zwolenników Mursiego nie było tak wielu, zapewne około 30 procent. Po jego usunięciu ta liczba się zwiększyła. Posunięcie wojska spowodowało zatem, że popularność i rola nurtu religijnego zwiększyła się, a nie zmniejszyła. Protestuje także wiele innych ugrupowań, bardzo zróżnicowanych. Bracia Muzułmanie to reprezentanci islamu fundamentalistycznego, ale nie tak radykalnego jak Al-Kaida czy talibowie. Nie chcą wprowadzenia państwa szariatu na wzór Arabii Saudyjskiej, ale religia ma ich zdaniem odgrywać dużą rolę w społeczeństwie. Mają oni jednak tradycję 85 lat działalności politycznej, więc najskuteczniej sterują masami ludzi, potrafią nawoływać do buntu i ludzie ich słuchają. W ten sposób rola polityczna Braci wzrasta. Są też w Egipcie ugrupowania bardziej radykalne i zupełnie ekstremistyczne, aż po wprost terrorystyczne. Choćby Dżihad czy Ansar al-Dżihad (zwolennicy Dżihadu), którzy teraz walczą na półwyspie Synaj, ale nie mają wielkiego znaczenia. W tej układance są też gdzieś ukryci zwolennicy dawnego reżimu Mubaraka, którzy nienawidzą islamistów, nie po drodze im z armią i liberałami, a też mają swoje cele. Mogą oni stać za rozmaitymi prowokacjami.
Czy wpływy Bractwa i innych islamistów muszą oznaczać dyskryminację chrześcijańskich Koptów?
– Nie muszą, ale tak się dzieje. Koptowie dość ostro opowiedzieli się za „liberałami”, a potem stanęli po stronie armii, gdy dokonała zamachu. Stąd skierowali przeciw sobie ostrze nienawiści, chociaż inspirowane bardziej przez ekstremistów szukających łatwego do zdefiniowania wroga niż Bractwo Muzułmańskie. Chrześcijanie w Egipcie są z reguły lepiej wykształceni, względnie zamożni, reprezentują średnie i wyższe warstwy społeczeństwa egipskiego. Są na tle ogółu w pewnym sensie światowcami. To jasne, że wolą reformy w kierunku zachodniej demokracji niż państwo muzułmańskie. Ale też ich odmienność religijna, społeczna i polityczna rodzi niechęć większości. Dyskryminacja Koptów umocniła się wraz z dojściem do władzy Mursiego. Wprawdzie zasady, które wyznają Bracia, nakazują tolerancję i oddanie pewnej autonomii dla wyznawców innych religii monoteistycznych (chrześcijan i żydów), ale to dla nich jednak obywatele drugiej kategorii. Tak jest w prawie wszystkich państwach islamu. Większość społeczeństwa uważa, że islam jest jedynie prawdziwy, najlepszy i najważniejszy, i wszyscy powinni go przyjąć, a nie buntować się. Oczywiście nie można usprawiedliwić aktów agresji, których ofiarą padają Koptowie.
Dziękuję za rozmowę.
