Felieton „Spróbuj pomyśleć”: Bezwarunkowe poparcie lekkomyślne


Pobierz Pobierz

Szanowni Państwo!

Na początku Wielkiego Tygodnia na Ukrainie wybuchł kryzys polityczny. Jak wiadomo, ostatnie wybory nie przyniosły zdecydowanego zwycięstwa nikomu; ani zwolennikom prezydenta Wiktora Juszczenki, ani partii Julii Tymoszenko, ani też Partii Regionów Wiktora Janukowycza. W rezultacie braku porozumienia między Julią Tymoszenko, a prezydentem Juszczenką, który obawiał się powierzyć jej funkcje premiera, szefem ukraińskiego rządu został Wiktor Janukowycz.

Rząd jest dysponentem konfitur władzy, które stanowią wielką pokusę dla różnych ambicjonerów, zwłaszcza – dla ambicjonerów wyposzczonych. A ponieważ wśród bojowników „pomarańczowej rewolucji” takich filutów było całkiem sporo, premier Janukowycz zaczął ich konfiturami władzy kusić i przeciągać na swoją stronę. Przybrało to w końcu takie rozmiary, że przerażony prezydent Juszczenko stwierdził, iż jak tak dalej pójdzie, to premier Janukowycz będzie dysponował w parlamencie większością wystarczającą nie tylko do obalenia każdego weta prezydenta, ale nawet – do zmiany konstytucji i odebrania w ten sposób prezydentowi wszelkiej realnej władzy.

Ta podatność na korupcję polityków tworzących zaplecze prezydenta Juszczenki skłoniła go do wydania dekretu o rozwiązaniu parlamentu. Pretekstem było „zagrożenie demokracji”, ale to oczywiście nieprawda, bo w demokracjach jest przyjęte, że politycy zmieniają przynależność partyjną. Dla przykładu, pan poseł Jan Rokita był najpierw w Unii Demokratycznej, potem – w Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym i w tym charakterze brał udział w Akcji Wyborczej Solidarność, by obecnie wylądować w Platformie Obywatelskiej. Nikt jednak nie uważa, by pan poseł Rokita stanowił zagrożenie dla demokracji, bo nawet poseł Palikot wycofał swój wniosek o usunięcie posła Rokity z Platformy Obywatelskiej.

Wygląda zatem na to, że rozwiązując parlament, prezydent Wiktor Juszczenko próbuje nie tyle ratować demokrację, co własną skórę i ewentualnie – również skórę Julii Tymoszenko. Dekret prezydenta Juszczenki o rozwiązaniu parlamentu spotkał się z przychylna recenzją ze strony byłego ministra spraw zagranicznych w Polsce, pana Adama Daniela Rotfelda. Pan Rotfeld chwali prezydenta Juszczenkę za podjęcie „męskiej decyzji”, jakby zapominając, albo nie zauważając, że konieczność podjęcia tej decyzji wzięła się stąd, iż bardzo wielu bohaterów „pomarańczowej rewolucji” okazało się podatnymi na polityczną korupcję szubrawcami. Ale, jak wiadomo, miłość jest ślepa, toteż nic dziwnego, że pan Rotfeld nie dostrzega związków przyczynowych, które wydają się oczywiste.

No dobrze, ale dlaczego właściwie były minister spraw zagranicznych w Polsce tak się zadurzył w prezydencie Juszczence? W odróżnieniu od Julii Tymoszenko, która uchodzi za krasawicę, prezydent specjalnie urodziwy nie jest, zatem musi mieć inne zalety. Podobno taką zaletą jest to, że prezydent Juszczenko jest „prozachodni”, to znaczy – chciałby związać Ukrainę z NATO i z Unią Europejską.

Wszystko to oczywiście być może, ale czy aby na pewno? Czy prezydent Juszczenko nie jest aby podobny do cara Iwana Groźnego, który, kiedy tylko czuł się zagrożony ze strony Polski, wysyłał sygnały o gotowości nawrócenia się na katolicyzm, żeby tylko Polska przestała go oprymować. Ale kiedy tylko Polska łagodziła nacisk, Iwan natychmiast zapominał o ciągotach do wiary katolickiej i deklarował przywiązanie do prawosławia.

Ale nawet gdyby ciągoty prezydenta Juszczenki do NATO i Unii Europejskiej były prawdziwe, to nie możemy zapominać, że popierając go, robimy to, że tak powiem, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Problem polega na tym, że polityczne zaplecze prezydenta Juszczenki, podobnie zresztą, jak Julii Tymoszenko, stanowią nacjonaliści, otwarcie nawiązujący do tradycji banderowskiej, co znalazło wyraz choćby w uchwałach Światowego Kongresu Nacjonalistów w Kijowie. Przypomnijmy, że pojawiło się tam nie tylko żądanie potępienia operacji „Wisła”, skierowanej przeciwko Ukraińskiej Powstańczej Armii, ale również – żądanie odszkodowań od Polski dla Ukraińców zmuszonych w ten sposób do opuszczenia „ukraińskiego terytorium etnicznego” – jak rezolucja kijowskiego Kongresu określiła obszar województwa podkarpackiego.

W takiej sytuacji bezwarunkowe popieranie prezydenta Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko przez polskich polityków byłoby trochę lekkomyślne, bo stanowiłoby nie tylko uznanie de facto nacjonalistów za jedynych reprezentantów narodu ukraińskiego, a co gorsza – legitymizowanie ich pretensji i uroszczeń wobec Polski na arenie międzynarodowej.

Jest bardzo charakterystyczne i osobliwe, że „Gazeta Wyborcza” i związane z nią środowiska żydowskie, tak wyczulone na wszelkie przejawy nieżydowskiego nacjonalizmu, zupełnie nie zauważają słonia w menażerii w postaci nacjonalizmu ukraińskiego, który należy do najbardziej radykalnych, a w przeszłości zaznaczył się aktami ludobójstwa. Nie tylko nie zauważają, ale nie pozwalają powiedzieć słowa krytyki, a nawet – nazwać tamtych zbrodni po imieniu i upamiętnić ich ofiary. Owszem – wiemy, że Borys Abramowicz Bieriezowski, którego Putin przepędził z Rosji, bardzo sobie Ukrainę upodobał i chciałby sobie obetrzeć nią łzy żalu po utracie rosyjskich alimentów, ale od kiedy to ciemne interesy jakichś grandziarzy mają być ważniejsze od polskiego interesu państwowego i polskiego poczucia godności narodowej? Miejmy nadzieję, że polskie władze państwowe, a więc zarówno prezydent, jak i rząd, nie pozwolą w tej sprawie wodzić się za nos „Gazecie Wyborczej” i skupionej wokół niej grupie interesów.

Bo wiele wskazuje na to, iż rozwój sytuacji na Ukrainie jest następstwem porządkowania Europy Środkowo-Wschodniej przez obydwu „strategicznych partnerów”. Jak bowiem wiadomo, fundamentem aktualnej polityki europejskiej jest strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie. Rozwój sytuacji na Ukrainie pokazuje, iż strategiczni partnerzy mogli postanowić o utrzymaniu w tym kraju chwiejnej równowagi – i dlatego dzisiaj z Europy płyną na Ukrainę tylko wezwania do powstrzymania się przed użyciem siły przez którąkolwiek ze stron.

Co innego w Polsce. Zgodnie z Deklaracją Berlińską, również Polska ma do 2009 roku przyjąć bez gadania konstytucję Unii Europejskiej, to znaczy – formalnie zrezygnować z suwerenności państwowej na rzecz Unii Europejskiej, – to znaczy – na rzecz tego, kto faktycznie będzie w Unii Europejskiej rządził. W tym celu prowadzone są przygotowania do wprowadzenia na polska scenę polityczną nowej Partii Sprzedawców Ojczyzny, która bez wahania i w podskokach spełni wszystkie oczekiwania strategicznych partnerów. Do 2009 roku czasu pozostało niewiele, więc jeśli „nowa partia” ma wykonać postawione przed nią zadanie, to musi pojawić się na naszej scenie politycznej najpóźniej jesienią.

Tymczasem jednak mamy wiosnę i zbliżają się Święta Wielkanocne, podczas których będziemy mogli sobie wszystkie te sprawy przemyśleć, żeby wyrobić sobie pogląd, w jaki sposób stawić czoła nadchodzącym wyzwaniom. Zatem – Wesołych Świąt!

Stanisław Michalkiewicz

drukuj