fot. Aleksandra Mielewczyk

[NASZ TEMAT] Pierwsze misyjne kroki na Kubie

Kuba to miejsce, które kojarzy się z białymi karaibskimi plażami i przepięknymi koralowymi wysepkami. Turyści pewnie dopiszą jeszcze do tej listy światowej klasy zabytki wpisane na listę UNESCO. Jednak wbrew pozorom jest to kraj misyjny. Od dwóch lat właśnie w tym kraju przebywa polska misjonarka wspólnoty Domów Serca, Aleksandra Mielewczyk. Jak sama powiedziała w rozmowie z portalem Radia Maryja – Poświęciłam 22 lata na mój własny rozwój, edukacje, rozrywkę… Przyszedł czas, żeby poświecić czas Bogu i innym.

Czy możemy mówić o pracy na misjach? Czy jednak jest to powołanie, posługa?

– Nie chciałabym uogólniać, bo każdy ruch, wspólnota, kongregacja czy fundacja ma swój własny charyzmat. Wśród misjonarzy, księży i sióstr, których poznałam na Kubie, wielu robi rzeczy, które nazwać pracą to za mało. Jednak jeżeli chodzi o moje własne doświadczenie, to jest to misja z Domami Serca. Nie lubię nazywać tego, co robimy, pracą. Charyzmatem mojej wspólnoty jest współczucie i pocieszenie. Naszym celem jest ofiarować naszą obecność, naszą przyjaźń ludziom samotnym, wykluczonym, tym, którzy najbardziej potrzebują towarzystwa. Chcemy być jak Maryja u stop krzyża, przy każdym z naszych przyjaciół. Nie dajemy im jedzenia, czy produktów do higieny, ale staramy się  sprawić, by nie czuli się sami ze swoimi problemami. Aby poprzez naszą obecność zdali sobie sprawę, może w większości przypadków nieświadomie, z tej najlepszej, najpiękniejszej Obecności. Jesteśmy tylko małym znakiem Jego miłości. Nasza misja jest tak bliska człowiekowi, tak osobowa, że nie lubię nazywać jej terminem “praca”, który często jest kojarzony z czymś mechanicznym lub związanym z obowiązkiem.

Jak wygląda taki zwyczajny dzień na misjach?

– Ciężko powiedzieć, żeby jakikolwiek dzień na misji był zwyczajny! Ale nasz plan powinien rozpoczynać się o 7.00, 7.30 – zależy od dnia i parafii. Po powrocie do domu modlimy się jutrznią i jemy śniadanie. Czas do obiadu do godz. 13.00 przeznaczamy zazwyczaj na zakupy (jeżeli jest taka potrzeba), na godzinę adoracji i spotkania z ludźmi, którzy przechodzą obok naszego domu, aby nas pozdrowić. Po obiedzie mamy chwilę czasu na odpoczynek, tzw. siestę, a o 15.00 modlimy się różańcem, w czym często towarzyszą nam przyjaciele. Po różańcu wychodzimy na wizyty i staramy się odwiedzić dwa domy w ciągu popołudnia. Oczywiście taki jest schemat, ale wszystko potrafi się zmieniać. Jeżeli np. jakiś przyjaciel ma urodziny, to w takim przypadku poświęcamy mu więcej czasu. Jeżeli ktoś potrzebuje naszej pomocy np. podczas wizyty u lekarza albo gdy jest w szpitalu, wtedy oczywiście plan dnia nie istnieje.

Każdego dnia jedna z nas ma dyżur, co oznacza, że jest odpowiedzialna cały dzień za kuchnię, przyjmowanie wizyt i odbieranie telefonów. Oprócz tego, są rzeczy, które po prostu trzeba zrobić – jak w każdym domu. Dzięki dyżurowi uczymy się służyć siostrom i odkrywać piękno w codzienności, w tym, co jest pozornie banalne. Osoba, która ma dyżur, zostaje w domu po południu. Staramy się, aby nasz dom był zawsze otwarty dla kogoś, kto potrzebuje porozmawiać, wyżalić się, wypłakać, poprosić o przysługę… O godz. 19.00 spotykamy się na Nieszporach, a później jemy kolację. Przed snem każda z osób należących do Domów Serca ma czas na swoje sprawy, lekturę, czasem gramy w karty lub oglądamy wspólnie film.

Przez pandemię niestety jest niemożliwa realizacja apostolatów, ale wcześniej odwiedzaliśmy trzy miejsca każdego tygodnia. We wtorki przed obiadem chodzimy do ośrodka dla niepełnosprawnych, w którym znajduje się około 200 osób z problemami zarówno fizycznymi, jak i psychicznymi o bardzo rożnym stopniu. Naszym zadaniem nie jest pomoc w karmieniu czy sprzątaniu, co oczywiście jest bardzo potrzebne w tym miejscu. My staramy się być przyjaciółmi tych, z którymi da się komunikować, a z tymi, z którymi nie jest to możliwe, pobyć chwileę z tą osobą, potrzymać za rękę, spojrzeć w oczy. Myślę, że między mnóstwem potrzeb, jakie mają ci ludzie, tak zupełnie zależni od drugiego człowieka, jest traktowanie ich z godnością, jako osoby ważne, potrzebne. Być przy chorym, ale nie dlatego, że trzeba go umyć, nakarmić lub dać lekarstwo, ale żeby powiedzieć choćby w jednym spojrzeniu: „Spędzam z tobą czas bez powodu. Tak po prostu. Kocham cię, bo jesteś dzieckiem Bożym i chcę żebyś wiedział, że nie jesteś sam”.

W soboty chodzimy bawić się z dzieciakami na ulicy do sąsiedniej dzielnicy, która jest miejscem raczej skomplikowanym. Trzecie miejsce to dom starców dla kobiet. To jest jedna z nielicznych wizyt, jakie możemy odbyć w pojedynkę, więc kiedy któraś z nas ma chwile wolną, idzie porozmawiać z naszymi kubańskimi babciami.

Oprócz tego mamy też grupę młodzieży, z którą staramy się spotykać raz w miesiącu na jakimś wydarzeniu kulturalnym lub zwyczajnie wyjść wspólnie na spacer lub zorganizować wieczór gier w domu. Raz na jakiś czas wyjeżdżamy na jednodniowe rekolekcje na plaży. Uczestniczy w nich około trzydziestu młodych ludzi.

Jesteś młodą osobą, pełną pasji i talentów. Dlaczego zdecydowałaś się wybrać właśnie na misje? Twoi rówieśnicy pozostali w Polsce i dbają o swoją „karierę”, pozycję społeczną. Patrząc tak po ludzku, „rzuciłaś wszystko” i wyjechałaś.

– Kiedy byłam na drugim roku studiów, zaczęło się we mnie rodzić pytanie; co chcę robić po studiach? Pewnego dnia, modląc się na różańcu, pytałam Pana Boga, czego ode mnie oczekuje? I może to zabrzmieć dziwnie, ale usłyszałam glos, który powiedział: “Wyjedź na misje”. Na początku go zignorowałam z myślą, że na pewno coś mi się przyśniło. Koniec końców doszłam do wniosku, że może mi się wydawało, ale jeżeli jest to rzeczywiście powołanie od Boga, to jak mogłabym je zignorować? Zaczęłam więc szukać. W tym czasie byłam jedną z prowadzących program „Westerplatte Młodych” w TV Trwam. Mniej więcej miesiąc później został mi przydzielony program o tematyce misyjnej. Zaproszonymi gośćmi byli wolontariusze Domów Serca. Wygląda na to, że mam tendencje do kwestionowania wszystkiego, więc po poznaniu ich, byłam zachwycona pomysłem wyjazdu na misje, ale nie przekonywał mnie charyzmat Wspólnoty. Byłam pewna, że to nie dla mnie. Jak bardzo się wtedy myliłam! Do podjęcia decyzji o wyjedzie zachęciła mnie również myśl, że przecież poświęciłam 22 lata na mój własny rozwój, edukację, rozrywkę… Przyszedł czas, żeby poświecić czas Bogu i innym.

Czy odnalazłaś swój sposób na ewangelizację wśród miejscowych? Czy jednak trudy dnia codziennego przysłaniają innym obraz Boga i o ewangelizacji nie może być mowy?

– Domy Serca nie mają na celu ewangelizacji jako takiej. Jest to raczej “efektem ubocznym” – jeżeli można tak powiedzieć. Oczywiście nie ukrywamy, że jesteśmy częścią Kościoła. Myślę również, że świadectwo samo w sobie ewangelizuje. Wiara, jaką ma każda z nas i życie, jakie wybrałyśmy mówi samo za siebie. Wysiłek życia we wspólnocie, intensywne życie modlitewne, to, że staramy się żyć jak najbliżej rzeczywistości, w jakiej żyją nasi przyjaciele. Jednak przede wszystkim myślę, że najlepszym narzędziem ewangelizacyjnym jest życie miłością, bo przecież sam Bóg jest miłością. Nie powiem, że tak żyjemy, bo jest to ciągła nauka. Nauka kochania moich sióstr ze wspólnoty, mimo różnic (na przestrzeni tych dwóch lat moja wspólnota trochę się zmieniała i mieszkałam z dziewczynami z Polski, Francji, Kostaryki, Salwadoru, Rumunii i Argentyny), kochania Kuby mimo jej defektów i wreszcie nauka kochania każdego z naszych przyjaciół tak, jak kocha ich sam Bóg. Mamy przyjaciółkę, która ma bardzo poważną chorobę psychiczną. Pewnego razu rozmawiając przez telefon, zapytała: „Aleksandra, ty mnie kochasz?” Odpowiedziałam bez wahania: „Oczywiście, Miriam, że cię kocham!” „Pewnie, że tak, bo ty nauczyłaś mnie kochać”. Nigdy nie wiemy, pod jaką postacią skrywa się Bóg, żeby dać nam kolejną lekcję.

A jacy są Kubańczycy?

Odpowiem na podstawie spotkania z pewną rodziną, która w bardzo krótkim czasie skradła nasze serca i wygląda na to, że z wzajemnością! Esther była pierwszą, którą poznałyśmy i to w dość nietypowy sposób. W styczniu przeprowadziła się z całą rodziną z sąsiedniej prowincji na naszą ulicę. Całe życie była bardzo aktywna w Kościele, więc po przeprowadzce postanowiła poznać nową parafię i przedstawiła się naszemu proboszczowi. Ten skierował ją do nas. I tak pewnego dnia zadzwoniła do drzwi ta nasza przyszła przyjaciółka, mówiąc, że ksiądz jej o nas opowiedział, bo chciała poznać dzielnicę i znaleźć nowych przyjaciół. Nie minęło dużo czasu, a zaczęła nas nazywać „mis amigas” (moje przyjaciółki – tłum.), co dla wielu brzmi zabawnie, biorąc pod uwagę, że my mamy między 20 a 28 lat, a ona 75. Dla mnie to jest jeden z cudów, które ofiarowuje mi życie w Domu Serca. Kto by pomyślał, że taka przyjaźń jest możliwa? Z czasem Esther zaczęła zapraszać nas do siebie do domu i poznałyśmy resztę rodziny. Esther mieszka z mężem (który jest naprawdę świetnym śpiewakiem, tym w stylu epoki Benny’ego Moré’a i Franka Sinatry), z córką, zięciem i wnukiem. O tej rodzinie i jej pięknie można by napisać o wiele więcej niż list. Zasługiwaliby na całą książkę! W skrócie powiem tylko, że dla mnie są uosobieniem tego, czego nauczyłam się o Kubańczykach przez te prawie dwa lata: są ludźmi o silnych osobowościach i bardzo głębokiej duchowości, którą jednak każdy z nich definiuje i przeżywa na swój własny sposób; ich hojność przekracza moje wszelkie oczekiwania. Dla przykładu przytoczę pewną sytuację. Kiedy poprosiłyśmy Esther, czy mogłaby nam podarować jedno jajko, żeby zrobić ciasto urodzinowe dla przyjaciela, ona powiedziała: „Prosisz mnie o jedno, daję ci cztery. Sza! Weź worek i nic nie mów! Nie taka jest miłość Boga?” Bo oni dają nie z tego, co im zbywa. Kiedy mówią „mi casa es tu casa” (mój dom jest twoim domem – tłum.), możesz być pewien, że od teraz stoją przed tobą otworem nie tylko drzwi ich mieszkania, ale i serca. Mają niesamowity dar sprawiania, że człowiek czuje się częścią ich rodziny i jakby ich dom był od zawsze także twoim domem. Mam nadzieję, że mój opis pozwolił chociaż w małym stopniu doświadczyć piękna tej rodziny i wyjątkowości relacji, jaką z nimi mamy. Tak ciężko wyrazić słowami sprawy, które leżą w głębi serca!

Zła sytuacja wywołana pandemią zatrzymała cały świat. Jak z koronawirusem radzą sobie zwykli Kubańczycy?

– Przede wszystkim ucierpiała gospodarka, tak jak na całym świecie. Kraj utrzymuje się głównie z turystyki, więc zamknięte lotnisko oznacza dla bardzo wielu ludzi brak dochodów. Duża część produktów i żywności jest importowana, co także sprawiło, że temat zakupów stał się jeszcze bardziej skomplikowany niż zazwyczaj. Jednak to, co widzę, najwyraźniej, rozmawiając z naszymi przyjaciółmi, to kwestia samotności. Ci, którzy już i tak byli samotni, cierpią jeszcze dotkliwiej, a ci, którzy mieli zapełniony grafik, doświadczają nowego rodzaju bólu. Zamknięte kościoły również były dla wielu wierzących czymś trudnym. Pandemia dotknęła Kubę tak samo, jak praktycznie każdy kraj na świecie.

Dziękuję za rozmowę.

Anita Suraj-Bagińska

drukuj