Ewangelia

Jedenastu uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy Jednak wątpili. Wtedy Jezus zbliżył się do nich i przemówił tymi słowami: «Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata».

Mt 28, 16-20

***

Nasza wiara nie opiera się na ideach, lecz na Osobach, na trzech Osobach Boskich.

Wiara chrześcijan to nie system moralny.
Niektórzy nie-chrześcijanie kojarzą chrześcijaństwo z przykazaniami, zwłaszcza z Dekalogiem, z nakazami i zakazami moralnymi, które trzeba wypełniać, aby osiągnąć zbawienie. Są też chrześcijanie, którzy przeżywają swoją wiarę w ten sposób i traktują chrześcijaństwo jako drogę wypełniania uciążliwych przykazań. W takim przypadku chrześcijaństwo staje się jarzmem nie do udźwignięcia, bo jak np. kochać nieprzyjaciół? Jak żyć w czystości przedmałżeńskiej? Jak modlić się codziennie? Jak spowiadać się drugiemu człowiekowi? I tak dalej… Przy takiej wizji chrześcijaństwa Bóg jest kimś, kto tylko wymaga. Człowiek często boi się Boga i z lęku przed Nim stara się wypełniać przykazania.

Chrześcijaństwo nie jest systemem filozoficznym.
Dla niektórych chrześcijan i nie-chrześcijan chrześcijaństwo jest swego rodzaju filozofią życia. Zawierając bardzo wzniosłe idee, jak np. miłość do drugiego człowieka, nawet tego, który jest moim nieprzyjacielem, chrześcijaństwo staje się atrakcyjną doktryną filozoficzną. W związku z tym niektórzy sądzą, że aby być dobrym człowiekiem (filantropem), trzeba wyznawać chrześcijańską filozofię. W tym kontekście warto przytoczyć słowa papieża Franciszka, który powiedział: „Chrześcijaństwo nie jest doktryną filozoficzną, nie jest programem życia, aby przetrwać, aby uchodzić za człowieka dobrych manier…”. Przy wizji chrześcijaństwa jako filozofii zanika osobowa obecność Boga i żywa relacja z Nim.

Chrześcijaństwo nie jest religią.
Jak to? – może ktoś zapytać. Powtarzam, chrześcijaństwo nie jest religią, przede wszystkim w znaczeniu religii naturalnej. W każdej religii przeżywanej na poziomie religijności naturalnej to człowiek jako homo-religiosus składa Bogu ofiarę, aby uzyskać przebłaganie. W religijności naturalnej w centrum jest człowiek, który buduje sobie własne życie, tworzy własne szczęście, a od Pana Boga żąda, żeby popierał jego plany. Zdarza się, że tak traktowane jest chrześcijaństwo. Ktoś modli się, „zamawia” Mszę świętą, aby obłaskawić Boga, uzyskać Jego względy. Tymczasem w chrześcijaństwie w centrum jest Bóg. W chrześcijaństwie to Bóg składa siebie w ofierze. Z naszej strony trzeba „tylko i aż” przyjąć dar, powiedzieć – dziękuję – i to dokonuje się w Eucharystii (gr. dziękczynienie).

Chrześcijaństwo nie jest ani systemem moralnym, ani filozofią, ani religią.
W każdym z tych ograniczających podejść zaciera się fundament naszej wiary, którym jest osobowa obecność Boga i żywa relacja z Nim. Nasza wiara nie opiera się na ideach, lecz na Osobach, na trzech Osobach Boskich. Jeśli mowa o Osobach, to mowa o relacjach, bo tylko z osobą możesz nawiązać relację.

Co dzieje się, gdy chrześcijanin ma doświadczenie osobowego spotkania z Bogiem?
Co dzieje się, gdy chrześcijanin ma osobistą relację z Bogiem? Dokonuje się wówczas gruntowny zwrot w życiu. Jest to jak „przewrót kopernikański”.

Kilka dni temu spotkałem małżeństwo, które opowiedziało mi o swoim duchowym „przewrocie”. Wychowani w rodzinach katolickich przyjęli sakramenty chrztu, bierzmowania, Eucharystii. Po ślubie wyjechali za granicę. Tam, mając dobrą pracę, mogli żyć na wysokim poziomie. Od poniedziałku do piątku ciężko pracowali, a wolne weekendy spędzali na różnego rodzaju rozrywkach (wycieczki, plaże, kasyna itd…). Oczywiście chodzili w niedzielę do kościoła, spowiadali się na święta itd… Innymi słowy wypełniali przykazanie kościelne, jednak – jak sami mówili – brakowało tam żywej relacji z Bogiem. I tak płynęły lata…

W całym tym dość wygodnym życiu brakowało im jednego do szczęścia – nie mogli mieć potomstwa. Nawet nie było szans na in-vitro – bo i o tym myśleli. Wówczas ich przyjaciele zaczęli modlić się za nich o łaskę potomstwa. Trochę było im głupio, że to inni modlą się o potomstwo dla nich, więc też sami zaczęli się modlić. Pojechali też raz i drugi na spotkanie, gdzie grupa zakonników modliła się za nich modlitwą wstawienniczą. Po jakimś czasie członkowie grupy wstawienniczej poinformowali, że mieli obraz, jakoby Bóg ściągał z tej pary znamię bezpłodności. I rzeczywiście, po jakimś czasie kobieta była w stanie błogosławionym. To był mocny fakt w życiu tego małżeństwa. Obydwoje płakali ze szczęścia, wiedząc, że to była interwencja Boga żywego. Spotkali Boga „twarzą w twarz” poprzez fakt poczęcia i narodzin dziecka. Ten fakt zmienił ich życie. Zaczęli dbać o codzienną modlitwę – rozmowę z Bogiem. Eucharystia z przymusu przykazania stała się radością spotkania i świętowania. Weszli do grupy modlitewnej i – jak dzisiaj mówią – Bóg jest dla nich bardzo bliski.

Nasza wiara nie opiera się na ideach, lecz na Osobach, na trzech Osobach Boskich.

Czy masz swoją historię spotkania Boga?
Jeśli tak – miej wdzięczną pamięć i nie zapomnij o swoim spotkaniu z Bogiem i o relacji z Nim. Jeśli nie masz bliskiego spotkania z Bogiem i relacji z Nim – dziś, tu i teraz, Bóg jako Ojciec przychodzi, aby otoczyć cię Ojcowską miłością. Jezus Chrystus ofiarowuje ci swe zbawienie, aby wyrwać cię z niewoli grzechu. Duch Święty chce porwać cię i wprowadzić w relację z Ojcem i Synem. Pozwól, aby to się stało… Amen.

Autor: o. Marcin Zubik CSsR
duszpasterz w Parafii Chrystusa Odkupiciela
(Christ the Redeemer Parish) – Manville (NJ w USA)

Źródło: slowo.redemptor.pl

drukuj