Boży dar życia i czasu

Przemówienie ks. prof. Czesława S. Bartnika z okazji otrzymania księgi pamiątkowej „In Persona Christi” (t. 1-2), przyznanej z okazji 80. urodzin, wygłoszone na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim 15 października 2009 r.

W sytuacji wielkiego wynoszenia mojej osoby i mojej twórczości wolałbym się po prostu schować. Ale z racji tak wielkiej życzliwości spotkało mnie ogromne szczęście. Trudno je wypowiedzieć. Przeżywam coraz bardziej Boży i Rodziców dar życia i łaskę czasu. W tym spotkaniu na moje 80-lecie i wręczenie księgi jubileuszowej: „In Persona Christi” („W Osobie Chrystusa”) w sercu i duszy ukochanego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i pośród was tu zebranych, wysłańców Bożych do innych ludzi, zbierają mi się w jakąś nową całość wszystkie wzniosłe myśli, a także wszystkie kolory, światła, melodie i sensy życia i układają mi się w wielki, żniwny i eschatologiczny snop mistyczny w Osobie Chrystusa – in Persona Christi.

Nasuwają się słowa Apokalipsy: „I otwarto nową księgę, która jest księgą życia” (Ap 20, 12). Tak. Bóg Ojciec zakłada odwiecznie każdej osobie księgę, którą wypełniają na świecie Jezus Chrystus, aniołowie Boży, rodzice, wszyscy związani z nią od poczęcia ludzie, a my wypełniamy pozostawione nam czyste miejsca swoimi zapisami, swoimi czynami, swoim życiem i swoim obrazem osobowym. Ja zapisywałem swoją księgę KUL-owską z pomocą Boga i ludzi, od rozpoczęcia studiów do przejścia na emeryturę w 2002 r., w sumie przez 55 lat. Traktuję zatem tę uroczystość nie tyle jako moją, co raczej KUL-owską, wspólną.

I

Dziś oto poświęcają mi księgę naukową życia wspaniali twórcy i autorzy tekstów. Bardzo im dziękuję. Cały KUL i wszystkich uosabia Jego Magnificencja ks. prof. dr hab. Stanisław Wilk SDB, kiedyś częściowo słuchacz mojego wykładu, dziś przełożony i mój dobroczyńca. Za wszystko dziękuję bardzo serdecznie. Ksiądz Rektor ma ewangeliczny charyzmat uniwersytecki, jakby poszerzony charyzmat salezjański. Tylko że św. Jan Bosco polecał troszczyć się o młodzież, a tu Ksiądz Rektor troszczy się i o starych. Chociaż jest tu pewien problem. Troska o starych, według „postępowej” ideologii liberalnej, to katolickie „zacofanie”. Według rozwijającego się w UE tzw. wiekizmu (od słowa „wiek”), człowiekiem jest się mniej więcej do lat 60, potem już się nie jest człowiekiem, lecz zawadzającym cywilizacyjnie złomem (Elżbieta Mierzyńska „Posłaniec Warmiński”, 2009, nr 20). A cóż dopiero mówić o 80-latku! Powinien był być dawno poddany eutanazji, czyli „dobrej śmierci”, bo życie starych przynosi deficyt służbie zdrowia i jest nieekologiczne. No, może nasze człowieczeństwo „dojrzeje” po ratyfikacji traktatu lizbońskiego.
Wręczona mi księga jest w dużej mierze dziełem ks. prof. dr. hab. Krzysztofa Góździa, jej inspiratora, współautora i redaktora oraz organizatora całej uroczystości. Jest to mój uczeń o niezwykłej bystrości umysłu, o bardzo żywej i humanistycznej myśli teologicznej i o nadzwyczajnym talencie organizacyjnym, jest właśnie moim następcą w Katedrze Historii Dogmatów. Dziękuję z całego serca. Życzę ci, profesorze Krzysztofie, żebyś i ty miał takiego „człowieka spod Betesdy” na swoje 80-lecie, 90-lecie i 100-lecie.
Jak podziękować pełnemu wspaniałomyślności, dociekliwości i życzliwości ks. dr. hab. Jerzemu Misiurkowi? Laudacja jest tak źródłowa, dopracowana i wszechstronna. No i jest tak wspaniałomyślna, że człowiek się boi, żeby nie wypadło tak, jak z Nagrodą Nobla dla Baracka Obamy. Ksiądz profesor wydał jako pierwszy w Polsce pełne, doskonałe i epokowe dzieło „Historia i teologia polskiej duchowości katolickiej” (t. 1-3, Lublin 1994-2001, i inne), dzieło o świętych polskich, błogosławionych, Sługach Bożych i innych uduchowionych postaciach. Może bym w swojej skromności poprosił, żeby i mnie tam kiedyś zamieścił.
Co do księgi jubileuszowej to chcę dodać, że ks. dr hab. Mirosław Kowalczyk wydał dopełnienie tej księgi, niejako trzeci tom, o mojej działalności naukowej i pisarskiej (Lublin 2009) i jest tam m.in. cała moja bibliografia, która w „In Persona Christi” jest tylko w wielkim streszczeniu. Winien jestem wielką wdzięczność bardzo fachowemu i operatywnemu Wydawnictwu KUL, wszystkim jego szlachetnym ludziom, którzy wydali „In Persona Christi” ekspresowo, jak zresztą i kilka innych rzeczy wcześniej, pilotowanych przez ks. prof. dr. hab. Krzysztofa Guzowskiego i ks. prof. dr. hab. Krzysztofa Goździa. Wielka wdzięczność należy się ks. prof. dr. hab. Bogumiłowi Gacka MIC za wydawanie półrocznika „Personalizm”, reprezentującego nasz kierunek i naszą szkołę personalizmu.
Sięgając dalej, dziękuję bardzo mocno również ludziom, którzy zrealizowali mi niezwykle życzliwie i wprost rodzinnie moje wielkie marzenia pisarskie, a mianowicie Wydawnictwu Standruk państwa Jolanty i Adama Królów, ideowych ludzi, oraz przysłanym mi również z Nieba pewnego rodzaju kooperantom: ks. dr. Waldemarowi Markowi Facowi i panu mgr. inż. Wiesławowi Rycerzowi, co w sumie zaowocowało wydaniem ponad 50 tomów „Dzieł zebranych”. W ogóle wydawanie bardzo wiąże autora z wydawcami, którzy są jakby akuszerami dziecka literackiego.
Cieszymy się bardzo, że Wielki Kanclerz KUL, abp prof. dr hab. Józef Życiński, urwał jakoś trochę czasu ze swojej niewiarygodnie rozległej i przebogatej pracy pastoralnej, intelektualnej i naukowej i zaszczycił nas swoją obecnością.
Jesteśmy bardzo zaszczyceni obecnością ks. bp. dr. Antoniego Pacyfika Dydycza OFMCap., anioła Kościoła drohiczyńskiego, łączącego znakomicie uniwersalizm z patriotyzmem i rzymską perspektywę pracy z rzeczywistością Kościoła polskiego. Jest on znakiem działania Ducha Świętego w naszej rzeczywistości. Pierwszą żywą więź nawiązaliśmy ze sobą, gdy na początku stanu wojennego zaprosił mnie on jako prowincjał kapucynów do Warszawy i do Krakowa z referatem o teologii Narodu w myśli Prymasa Wyszyńskiego. Był to czas budzenia się wolnej myśli polskiej, ale i jej fizycznego dławienia. Jakie to były czasy! Pamiętam, że przy wyjeździe i powrocie do Lublina musieliśmy razem z ks. Zbigniewem Kuzią legitymować się na rogatce warszawskiej specjalną przepustką i okazywać kwity na benzynę.
Dziękuję za przybycie pierwszemu biskupowi Kościoła zamojsko-lubaczowskiego, pasterzowi mojej małej ojczyzny, prof. dr. hab. Janowi Śrutwie. Byłem kiedyś jego prefektem w seminarium duchownym. Już wtedy wyróżniał się wielką inteligencją, dojrzałością osobowościową, odpowiedzialnością, subtelnością. W szachach częściej wygrywał. W odpowiednim momencie – co mówię po raz pierwszy – rzuciłem ideę, żeby został biskupem.
Cieszę się też bardzo z przybycia ks. bp. prof. dr. hab. Józefa Wróbla, sercanina, jeszcze – krótko – kolegi z wydziału, a potem biskupa w Helsinkach, gdzie pasterzował ewangelicznie i z mocą wśród zliberalizowanych katolików i antyekumenicznych protestantów.
Dziękuję za przybycie ks. bp. dr. Ryszardowi Karpińskiemu, do niedawna delegatowi Episkopatu ds. Polonii, spieszącemu zawsze z posługą dla innych. Z jego pomocy, zwłaszcza z czasów pracy w Rzymie, korzystały niezliczone rzesze ludzi. Korzystałem i ja. Między innymi gdy w 1967 r. w Rzymie wystarał mi się o paszport watykański służbowy – Passaporto di Servizio, dzięki któremu mogłem jeździć po całej Europie Zachodniej. Co za wygoda! Jedna wiza na kilka krajów, darmowa i od ręki. Wspominam, jak z kolegą wjeżdżaliśmy z Niemiec do Danii, to celnik duński serdecznie poprosił, żeby mógł ten paszport pokazać także jego kolegom, bo jeszcze nigdy takiego nie widzieli: była to jedna wielka karta pergaminowa, bez zdjęcia.
Witam drogich mi księży biskupów pomocniczych lubelskich: ks. bp. dr. Mieczysława Cisłę, kiedyś mojego adiunkta, zdolnego dogmatyka, oraz ks. bp. adi. dr. Artura Mizińskiego, adwokata Roty Rzymskiej, który rozumie moją teologię rzeczywistości ziemskiej i ideę personalizmu.
Witam serdecznie panów senatorów: prof. dr. hab. Ryszarda Bendera i mgr. Stanisława Gogacza, godnych synów Polski, senatorów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej, nie brukselskiej.
Wielkimi darami Bożymi dla nauki polskiej i dla mnie są, obecni i nieobecni, autorzy tekstów księgi, niektórzy przybyli z daleka w trudny czas. A także darami są obecni rektorzy, dziekani, profesorowie, doktorzy, wykładowcy, koledzy, drodzy mi duchowni różnych stopni, przyjaciele, studenci, pracownicy administracyjni, krewni i ziomkowie ze wsi – ze Źrebiec i z Tworyczowa, wszyscy goście, no i moi dobroczyńcy, duchowi i materialni, bo książki wydaję przeważnie na swój koszt, bez sponsorów, i nic mi się nie zwraca.
Z racji mojego wieku jestem związany szczególnie, nie tylko potrzebami, ale i serdeczną przyjaźnią ze wspaniałym światem lekarskim. Witam profesorów, docentów, doktorów, lekarzy różnych stopni i specjalności. Nazwisk – rzecz jasna – wymieniać nie mogę, bo są to osoby tak znane i sławne, że same ich nazwiska złamałyby tajemnicę lekarską. Od razu wszyscy by wiedzieli, na co chorowałem lub/i choruję. Trzeba wszakże pamiętać, że jakaś wewnętrzna więź między KUL a światem lekarskim istniała zawsze. Trzy razy podejmowano ideę, żeby albo utworzyć na uniwersytecie wydział lekarski, albo połączyć KUL z Akademią Medyczną. Szkoda, że dziś nie wchodzi to w grę. Sytuacja staje się właściwie coraz bardziej antykościelna. I w rzekomo postępowym liberalizmie świat lekarski jest dziwnie zniewalany, poniżany i spychany do roli bezwzględnego służenia jaśnie panom. Tymczasem lekarze są na swój sposób kapłanami współpracującymi z Bogiem Stwórcą. Już w prastarym sumeryjskim „Eposie o raju”, co do treści może jeszcze z V tysiąclecia przed Chrystusem, choć spisanym trochę później, jest mowa, że w Dilmun było 8 roślin (ziół) leczących 8 chorób, a każdą rośliną dysponowała jakaś wyższa osoba posiadająca rolę i moc boską. Macie zatem i wy moc boską, w waszych umiejętnościach, w duszy, a nawet zaklętą w zimnej technice. W każdym razie przedłużacie i moje życie. Czterej kolejno moi przodkowie (Michał, Jacenty, Wawrzyniec, Franciszek) żyli tylko 74 lub 75 lat i wszyscy umierali na zawały serca, natomiast dalsi pradziadowie po linii męskiej z przełomu XVIII i XIX wieku oraz z XVII wieku (idąc wstecz: Jan, Jakub, Sebastian – moja wieś utrzymywała pamięć genealogiczną) żyli już tylko 50 i 40 lat. Ja zawał przeżyłem dzięki wyższej medycynie.

II

Nawiązując do laudacji ks. prof. Jerzego, chcę podkreślić, że w dziedzinie naukowej zajmowałem się – i jeszcze częściowo nadal się zajmuję – teologią, filozofią (te nauki ściśle się wiążą) i historiologią. Opracowuję podstawowe problemy tychże nauk w formie klasycznej i ogólnej, ale ponadto starałem się wnieść w nie pewne nowe ujęcia charakterystyczne dla mnie.
1. Przede wszystkim uważałem, że w świecie współczesnym zapanował całkowity chaos intelektualny i brak niezawodnego punktu oparcia dla nauk humanistycznych: różne systemy bądź się zestarzały, bądź są błędne, bądź degradują człowieka i jego intelekt. Dlatego trzeba szukać jakiegoś niezawodnego punktu oparcia dla zbudowania kierunku nowego i twórczego. Punktem tym jest, niewątpliwie, zjawisko osoby ludzkiej: dane każdemu, empirycznie i w sposób pewny. Nie można poprzestać jedynie na opisie tego zjawiska osoby, jak robi to dotychczasowa myśl, także katolicka, bo w tym sensie do personalizmu antropologicznego przyznają się dziś wszystkie kierunki umysłowe, nawet najbardziej zdegenerowane. Ale trzeba osobę wziąć za punkt wyjścia do tworzenia wizji wszelkiej rzeczywistości, czyli tworzyć umysłowy system personalizmu. I tak okazuje się, że osoba jest centrum tej rzeczywistości, kluczem interpretacyjnym, najwyższym rodzajem bytu i celem, słowem: cały świat rzeczy istnieje ze względu na osobę, na osoby. Ten kierunek trzeba następnie odnieść i do teologii, gdzie chrześcijaństwo, mówiąc ogólnie, okazuje się nie magią, lecz ostatecznie osobową korelacją Boga i ludzi.
2. Następnie w swoich pracach starałem się kłaść główny akcent na intelekt (poznanie, rozum, prawda), a dopiero na drugim miejscu na wolę (dążenia, uczucia, miłość), a na trzecim – na działanie i czyn. Uważam, że jest to konieczne ze względu na to, że współcześnie na Zachodzie panuje irracjonalizm, czyli degradacja intelektu i rozumu na rzecz popędów i niższych uczuć. Przy tym takie podejście wdziera się coraz bardziej i do katolickiej teologii, i katolickiego życia. Oczywiście, rozum, wola i czyn są nierozerwalne, stanowią integralną całość, ale intelekt musi mieć formalny prymat, bo inaczej popadamy w ciemność chaosu także w religii.
3. Uważam, że trzeba dokonać uniwersalizacji myśli chrześcijańskiej, wychodząc z zaściankowości, getta i lęku przed naukami świeckimi. Sama teologia ma dwie sfery: sferę bezpośrednią i właściwą, odnoszącą się do świata zbawczego i nadprzyrodzonego, oraz sferę wtórną, konkluzyjną, odnoszącą się do świata doczesnego, czyli rzuca też wtórne światło na świat, przyrodę, społeczeństwo, naród, kulturę, naukę, politykę, pracę, ekonomię itp. Tutaj nie odbiera autonomii naukom świeckim, lecz wskazuje im najwyższy sens (KDK 20, 36, 41, 55). Ma to ogromne znaczenie życiowe. Po co komu taka religia, która nie rzutuje na życie doczesne. Chcę tylko powiedzieć, że np. bardzo błędna i niszcząca jest teza, że „Kościół nie ma nic do polityki”. Owszem, biskup nie może być wojewodą, ale i wojewodę świeckiego jako katolika obowiązuje Ewangelia. W ogóle świeccy katolicy także stanowią Kościół, muszą być katolikami w życiu publicznym, nie mogą być katolikami w domu, a ateistami w państwie, jak to się zaczyna i w Polsce. Inaczej taki Kościół prywatny szybko zginie, jak np. we Francji. Gdyby Kościół nie miał nic do polityki, to i św. Zygmunt Szczęsny Feliński powinien by być wyklęty, bo jako duchowny wzywał cara do przywrócenia Polsce wolności, a więc bardzo się wtrącał do polityki. Niestety, podobne błędne poglądy szerzą się dziś i wśród osób duchownych. Na przykład pewna wyższa uczelnia dwa razy uchwaliła mi jednogłośnie doktorat honoris causa, ale wyższy czynnik kościelny nie zatwierdził tego aktu, zarzucając mi pod wpływem liberalizmu, że głoszenie patriotyzmu i obrona praw publicznych katolików jest nacjonalizmem i antysemityzmem.
4. Poza tym myśl chrześcijańska naukowa, idąc za Grecją, traktuje tylko o tym, co stałe, niezmienne i pewne, nie interesuje się procesami zmian, dziejami, socjologią, postępem, ewolucją. Dziś jednak trzeba nasze nauki poszerzyć i na te dziedziny dynamiczne. Było np. bolesne, że kiedy marksizm szerzył u nas swój materializm historyczny, czyli materialistyczno-ekonomiczną teorię dziejów, przyjmowaną, niestety, w latach PRL przez prawie wszystkich historyków, nawet i katolickich, to my jako konsekwentni katolicy nie mieliśmy żadnej na to odpowiedzi. Toteż bardzo wcześnie zrozumiałem potrzebę tworzenia prawdziwie naukowej i obiektywnej historiologii, filozofii dziejów i teologii historii, choć, niestety, potrzeba tych nauk wśród naszych filozofów i teologów do dziś nie jest jeszcze rozumiana.
5. I wreszcie kładłem mocny nacisk na metodę w naukach humanistycznych, w czym pomaga system personalistyczny. Wydaje się, że nasza dydaktyka, także na uniwersytetach, dziedziczy dwa wielkie błędy, poprzestając na wtłaczaniu niezliczonej ilości materiału i luźnych informacji, które szybko się starzeją lub można je sobie znaleźć, bardziej aktualne, w każdej encyklopedii lub w internecie. I po drugie, przejmuje się od nierozważnych Amerykanów ideę tzw. przyjemnej szkoły, a więc unikanie wysiłku, pracy, rozprzężenie dyscyplinarne, także intelektualne, i głupawe egzaminowanie przy pomocy wszędobylskich testów. Ja kładłem nacisk na poznanie podstaw i struktur nauki, na logiczną strukturę myślenia, na wytężoną pracę i dyscyplinę, także umysłową, oraz na krytyczną i oryginalną twórczość. W każdym razie, kto uchwyci metodę i konsekwencje myślowe, to nie zginie ani w labiryntach problematyki, ani pod lawiną coraz to liczniejszych i nowszych szczegółowych informacji i faktów.

III

I jeszcze chwila refleksji na egzystencją ludzką, może nie tylko swoją. Chcę powiedzieć, że całe swoje dojrzałe życie poświęciłem myśli chrześcijańskiej w jej funkcji kapłańskiej. I choć przyjacielskie otoczenie mówi mi, że zrobiłem bardzo dużo, to mam takie uczucie, jakbym zrobił bardzo mało i jakby istotny wkład w tę myśl był ciągle jeszcze przede mną. Jednakże dzięki możliwości ustawicznej pracy w dziedzinie myśli i wiedzy chrześcijańskiej czuję się człowiekiem bardzo szczęśliwym i spełnionym. Sama myśl historiologiczna, filozoficzna i teologiczna, zwłaszcza w ujęciu personalizmu, posiada w sobie nieodparte wabienie ducha, urok i czar. Przydałoby się jeszcze jakieś przetworzenie całej teologii na formę personalistyczną, żywą i twórczą, jakaś personalistyczna egzegeza Pisma Świętego, ukształtowanie Kościoła na życie osobowe, ukazanie w pełni związku ludzkich działań, czynów i zachowań z osobą Chrystusa – in Persona Christi, i inne. Zapewne dużo jeszcze zrobi moja szkoła personalistyczna. W ogóle w teologii jakbym wiązał myśl ludzką z myślą Chrystusa w sposób bezpośredni i niejako dotykalny.
I tak mimo wielkich słabości, wad i win czuję się jakimś ulubieńcem Bożym, jak św. Jan Chrzciciel wobec Jezusa. I widzę światła Boże w każdym człowieku, w Kościele, w Narodzie, w myśli świeckiej stwórczej, choć pozostaje we mnie owa żyłka krytyka, nieraz jeszcze ostra, ale myślę, że jest ona znakiem dążenia wyżej.
Byłem od dziecka – i pozostałem do dziś – jakimś marzycielem wiejskim tęskniącym za lepszym światem i przeżywającym nostalgię za nieskończonym pięknem i za świętością ludzką w Chrystusie i Jego Matce. Czuję się teraz jak wiejski żniwiarz, który usiadł na żniwnym snopie życia na ściernisku ziemi i patrzy na piękno zachodzącego słońca. Aniołowie malują wszystko bardzo kolorowo, resztki obłoków przedstawiają jakby inne światy, przeszłe i przyszłe, a ziemia matczynieje. I żniwiarz widzi sercem dom wielki jak wszechświat, wypełniony wszystkimi ludźmi, którzy byli od początku, którzy są i którzy będą do końca. Chciałbym się spotkać z każdym i ubogacić o niego. I teraz chciałbym się spotkać personalnie z każdą i z każdym z was, ale wiadomo, że czas i przestrzeń są dyktatorami nieprzebłagalnymi. A dziś z mojej perspektywy rzeczywistość przekracza wyobraźnię i ukazuje wewnątrz bajeczną głębię. Zbieram wszystkie światła mojego życia, żyję najwyższą miłością świata nadprzyrodzonego, zwyciężając jego przemijanie i śmierć, i czuję ogień łaski istnienia, unicestwiający nicość i śmierć na zawsze. Dzięki wierze rzeczywistość jest nieopisanie poetycka i zarazem dla człowieka plastyczna. Naginają się dla ciebie jako dziecka Bożego prawa wszechświata i przyrody, logika życia, melodie i sensy istnienia. Reinterpretują się na dobre wszystkie przeszłe wydarzenia i wszystko się ikonizuje. Prawda, niekiedy człowiek okręca się całą psychiką wobec miejsc i momentów zagrożenia: ciężką chorobą, wielkim cierpieniem, utratą bliskich, tragedią Ojczyzny, słabnięciem sił fizycznych i duchowych i jakimś ciemnieniem świata. Ale ostatecznie wszystko to „zwycięża wiara nasza” (1J 5, 4).

IV

Niech Bóg da wszelkie dobro za bardzo przyjacielskie życzenia. Ja zaś uniwersytetowi życzę trwania w prawdzie, dobru i pięknie, dalszego rozwoju i owocowania przez wieki i tysiące lat dla chwały Boga i dobra Polski. Wszystkim zebranym życzę długowieczności w zdrowiu i łasce u Boga i u ludzi. Dziękuję bardzo serdecznie wszystkim, obecnym i nieobecnym, za to, że tak ciągle „nakazują” Bogu modlitewnie, żeby spełniał wszystkie życzenia dla mnie.
I jeszcze jedno: chciałem powiedzieć, że wszystkich was bardzo kocham.

***

Serdecznie dziękuję młodzieżowemu Zespołowi Kameralnemu Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Karola Lipińskiego w Lublinie pod batutą p. dr Teresy Krasowskiej, zespołowi tworzącemu piękno, także duchowe, za wspaniałomyślny dar koncertu dla KUL, dla nas i dla mnie osobiście. Dla Platona muzyka była jedną ze struktur metafizyki, dla chrześcijan muzyka wypełnia wielką treść życia wiecznego. Realizuj, młodzieży, swoje marzenia. Tak marzyłem kiedyś o czynnym udziale w życiu muzycznym. Jako mały chłopiec marzyłem o skrzypcach, ale ponieważ była wówczas wielka bieda, robiłem je sobie z deski. Fantazja przemienia realność. Potem w gimnazjum w Szczebrzeszynie na stancji zacząłem się uczyć grać na trąbce. Ale gdybym tę naukę kontynuował w domu, to dzisiejszej uroczystości by nie było, gdyż chyba nie uszedłbym z życiem przed sąsiadami. Ceńcie sobie możliwość tworzenia realnego i prawdziwego piękna.

drukuj