Błogosławieni ojcowie rodzin

"Boże, dopomóż mi, abym dla Twojej chwały mógł pomagać innym ludziom,
pocieszać ich i przez to jak najwięcej serc do Ciebie przyprowadzić" – pisał
przed laty w swoim pamiętniku Władysław Batthyány-Strattmann, ojciec
trzynaściorga dzieci. Ten posiadający tytuł książęcy lekarz w marcu 2003 r.
został ogłoszony przez Jana Pawła II błogosławionym. Papież nazwał go wzorem
życia rodzinnego, który poprzez swoją modlitwę, pracę i poświęcenie stał się
najlepszym nauczycielem wiary dla swoich dzieci. W następnym roku polski Papież
wyniósł na ołtarze innego świeckiego, Karola I Habsburga-Lotaryńskiego, cesarza
Austro-Węgier i ojca ośmiorga dzieci.

Władysław Batthyány-Strattmann urodził się 28 października 1870 r. w Dunakiliti
na Węgrzech. Jego ojciec pochodził ze starej, arystokratycznej rodziny
węgierskiej, a matka z arystokracji śląskiej. Władysław nie miał łatwego
dzieciństwa: najpierw opuścił ich ojciec, a kiedy miał 12 lat, zmarła jego
ukochana matka. Jako chłopiec i młody mężczyzna nie prowadził się najlepiej. W
kręgach, w których się obracał, w "dobrym tonie" było raczej podkreślanie
swojego antyklerykalizmu. Nie przykładał się również do nauki, dlatego
trzykrotnie musiał zmieniać szkołę. Długo nie mógł rozeznać swojego życiowego
powołania. W Wiedniu studiował chemię, filozofię i astronomię. Nie ustrzegł się
też różnych zawirowań życiowych, do których częściowo przyczynił się jego żywy
temperament. Miał jedno nieślubne dziecko.

Powrót do Boga

W wieku 25 lat w jego życiu nastąpiła zmiana, która wprawiła w zdziwienie całe
bliskie mu środowisko – zdecydował się rozpocząć studia medyczne i zostać
lekarzem. Trzy lata później, w 1898 r., ożenił się z pobożną hrabianką Marią
Teresą Coreth z południowego Tyrolu. To ona w znacznej mierze przyczyniła się do
tego, że Władysław zmienił swoją postawę. Z Marią Teresą miał 13 dzieci. We
wspomnieniach tak pisał o swojej licznej rodzinie: "Nigdy i nigdzie wcześniej
nie doświadczyłem nawet namiastki takich głębokich relacji rodzinnych, tak
cudownej atmosfery i wielkiej radości". Aktualna głowa rodu Batthyany, żyjący
dziś w Wiedniu 73-letni wnuk błogosławionego Ladislau Batthyány-Strattmann mówi,
że babcia Maria Teresa często opowiadała mu o swoim mężu. – Między nimi istniała
bardzo głęboka, małżeńska więź. Żona wiernie pomagała mu również w wykonywaniu
jego lekarskich obowiązków i prowadzeniu szpitali, które założył – wspomina.
Powoli dojrzewała w nim również chęć całkowitego oddania się woli Boga i
ofiarnej, wypływającej z miłości służby bliźnim. Nie było w tym jednak nic z
taniego sentymentalizmu – Władysław podporządkował temu wszystkie dziedziny
swojego życia. "Dopiero dzięki miłości nasze życie staje się piękne, ponieważ
Bóg jest miłością, a każda szlachetna miłość jest odblaskiem Istoty Boga" –
pisał w 1926 roku.
Był człowiekiem majętnym. W 1915 r. po swoim stryju Edmundzie odziedziczył zamek
w węgierskim mieście Körmend, zaś cesarz Franciszek Józef nadał mu tytuł
książęcy. Pomimo wielu godności, jakie piastował, był człowiekiem bardzo
skromnym. Jego prostota dorównywała bogactwu i godnościom, które posiadał. W
duchu skromności i pracowitości wychowywał również swoje dzieci. Był dla nich
wzorem pobożności. Jego głęboka, żywa i dziecięco świeża wiara oraz życie
religijne widoczne w codziennym życiu rodzinnym i zawodowym nacechowane były
głęboką czcią do Maryi i miłością do Eucharystii. – Bóg nie był dla niego
abstrakcyjną ideą lub wyobrażeniem, ale Kimś całkowicie realnym i obecnym.
Szczególnie upodobał sobie modlitwę różańcową. W modlitwie widział siłę, która
uczy miłości bliźniego i łączy z Bogiem – opowiada wnuk Władysław
Batthyány-Strattmann.

Lekarz ubogich

Władysław specjalizował się w leczeniu chorób oczu, ale przyjmował pacjentów ze
wszystkimi dolegliwościami. Znany był jako lekarz ubogich. Zawodu nie traktował
jako źródła dochodów (był przecież człowiekiem bardzo zamożnym), ale jako misję.
"Kocham swój zawód. Chorzy uczą mnie coraz bardziej miłować Boga, a ja uwielbiam
Boga w chorych. To oni pomagają bardziej mi niż ja im!" – wyznawał w swoich
zapiskach. W 1898 r. z własnych środków wybudował nowoczesny szpital w pobliżu
swojego zamku w austriackim Kittsee. Dziennie przyjmował tam od 80 do 100
pacjentów. Nie tylko nie pobierał opłat za wizyty, ale często sam wykupywał
przepisywane przez siebie lekarstwa, a nawet pokrywał koszty podróży swoich
pacjentów. Zapłaty za wyświadczaną poradę lekarską nie przyjmował również od
ludzi majętnych, prosząc ich tylko, aby w zamian za to wyświadczyli jakiś dobry
uczynek potrzebującym. Swoich ubogich pacjentów prosił natomiast o modlitwę w
swojej intencji.
W 1915 r. już jako książę i głowa rodu Batthyány opuścił istniejący po dziś
dzień szpital w Kittsee i wraz z całą swoją rodziną przeniósł się do zamku
Körmend na Węgrzech. Tam również założył szpital i kontynuował swoją lekarską
misję, w czym cały czas pomagała mu żona. – Kiedy jakiś pacjent do mnie
przychodzi, jeszcze zanim go zobaczę, myślę o nim jak o przyjacielu – powiedział
kiedyś. To dlatego starał się znaleźć wystarczająco dużo czasu, aby każdego ze
swoich pacjentów cierpliwie wysłuchać, a tych, którzy leżeli w jego szpitalu,
podnieść na duchu łagodnym uściskiem dłoni. Był to u niego całkiem naturalny
odruch. Czuł się narzędziem Boga, miał świadomość, że jako lekarz chce
przywracać zdrowie nie tylko ciała, ale i duszy. Swój dzień pracy zawsze
zaczynał i kończył modlitwą w przydomowej kaplicy. We wspomnieniach rodziny
Batthyány można znaleźć opowieść jednej z ciotek Władysława o pewnym biednym
robotniku, który poparzył sobie oczy wapnem. Jedno oko stracił od razu i
wszystko wskazywało na to, że drugiego również nie da się uratować. Wówczas
lekarz z całą swoją liczną rodziną modlili się o ocalenie wzroku dla biedaka.
Kiedy Bóg wysłuchał ich próśb i udało się zapobiec utracie drugiego oka, chory
przyszedł pożegnać się ze swoim lekarzem. Wzruszony upadł na kolana przed swoim
dobroczyńcą. Ukląkł również Władysław i tak znalazła ich reszta rodziny, jak
klęcząc naprzeciw siebie, dziękowali Bogu za pomoc. Zanim się rozstali, lekarz
obdarował jeszcze robotnika nowymi butami i ubraniem.
Podobne historie świadczące o dobrym sercu i wielkiej hojności błogosławionego
można by mnożyć. Wnuk Władysława Batthyány-Strattmanna wspomina, że jego
dziadek, starając się pocieszyć swoich cierpiących pacjentów, szczególnie tych
najmłodszych, często dawał im prezenty. – Kiedy musiał jakiemuś dziecku usunąć
ząb, wręczał mu pieniądze jako wynagrodzenie za ból – opowiada. To, że książę
Batthyány ani przez chwilę nie żałował wyboru swojej lekarskiej drogi życiowej
związanej z cierpiącymi i potrzebującymi, świadczy najlepiej następujący
fragment z jego pamiętnika: "Przed kilkoma dniami straszna operacja raka języka,
wczoraj udany poród, a dziś w moim szpitalu miałem trzy przypadki zaćmy. O tych
wszystkich radościach i cierpieniach nie ma pojęcia nowoczesna ludzkość
przesiadująca w wygodnych fotelach i popijająca sherry! Ale mimo to nigdy z
nikim bym się nie zamienił. Nawet jeśli urodziłbym się tysiąc razy, tysiąc razy
powiedziałbym mojemu Bogu: Panie, pozwól mi znowu zostać lekarzem, abym mógł
pracować dla Ciebie i Twojej chwały".
– Ta religijność połączona z talentem medycznym oraz autorytetem, jakim cieszył
się w środowisku lekarskim, spowodowała, że wielu lekarzy ateistów pod wpływem
spotkań z nim nawróciło się – wspomina wnuk błogosławionego.
W wieku 60 lat Władysław Batthyány-Strattmann zachorował na raka. Śmierć
poprzedziło kilkunastomiesięczne cierpienie w jednym z wiedeńskich szpitali. Jak
napisał jeden z jego biografów, sala, w której leżał, stała się niemalże
miejscem pielgrzymek. Ludzie, którzy go odwiedzali, odchodzili wprawdzie głęboko
poruszeni i zalani łzami, ale umocnieni w wierze. W przeddzień śmierci Władysław
prosił swoją rodzinę: – Wynieście mnie na balkon, abym mógł wykrzyczeć całemu
światu, jak dobry jest Bóg. Zmarł w opinii świętości 22 stycznia 1931 roku.

Przyjaciel pokoju

Karol I Habsburg był ostatnim błogosławionym, którego Jan Paweł II podczas
swojego pontyfikatu wyniósł na ołtarze. Przyszedł na świat 17 sierpnia 1887 r.
jako syn arcyksięcia Ottona i księżniczki Saksonii Marii Józefiny. W 1911 r.
ożenił się z księżniczką Zytą Parmeńską. Mieli ośmioro dzieci. Po zabójstwie
Franciszka Ferdynanda w 1914 r. został następcą tronu, a w 1916 r. koronowano go
na króla Węgier. Kiedy obejmował władzę w czasie I wojny światowej, podejmował
szereg wysiłków na rzecz zakończenia działań wojennych i ocalenia Monarchii
Austro-Węgierskiej. Jak się jednak okazało, bezskutecznie. Upadek cesarstwa
niemieckiego pociągnął za sobą koniec dynastii Habsburgów. Karol I decyzją
państw ententy został wygnany na portugalską wyspę Maderę, gdzie wkrótce zmarł
na zapalenie płuc. Bardzo długo w opinii publicznej pokutował zafałszowany przez
propagandę, krzywdzący obraz ostatniego cesarza Austro-Węgier. Dopiero badania
wielu historyków i naukowców, również prowadzone podczas pięćdziesięciu lat
procesu beatyfikacyjnego, pokazały prawdziwe oblicze tego monarchy.
Jan Paweł II podczas uroczystości beatyfikacyjnych nazwał go "przyjacielem
pokoju": – W jego oczach wojna była czymś przerażającym – mówił Papież.
Obejmując władzę pośród nawałnicy rozpętanej przez I wojnę światową, wpierał
pokojowe inicjatywy Papieża Benedykta XV. Sprawowany przez siebie urząd rozumiał
jako świętą służbę dla dobra swojego narodu. Przy tym bardzo ważna była dla
niego idea miłości bliźniego realizowana w ramach administracji państwowej.
Mianował pierwszego w świecie ministra polityki społecznej i przyczynił się do
rozwoju przepisów w dziedzinie prawa pracy, prawa rodzinnego, ubezpieczeń
społecznych, ochrony nieletnich i praw lokatorów. – Niech będzie dla nas
przykładem, szczególnie dla tych, na których dziś spoczywa polityczna
odpowiedzialność za Europę – mówił Ojciec Święty.
Karol I Habsburg żadnej ważnej decyzji nie podejmował bez wcześniejszej
modlitwy. Miał szczególne nabożeństwo do Eucharystii i Najświętszego Serca
Jezusowego. Był przykładnym mężem i ojcem. Karol i Zyta doskonale się
uzupełniali: on spokojny i rozważny, ona zapalczywa i energiczna. W ciągu
jedenastu lat małżeństwa mieli ośmioro dzieci. Ostatnie słowa, jakie Karol I
Habsburg miał wypowiedzieć na łożu śmierci do swojej żony, brzmiały: "Kocham cię
bezgranicznie!". Jako ojciec troszczył się o religijne wychowanie dzieci i
osobiście uczył je modlitwy. Po jego śmierci powołano Ligę Modlitewną Cesarza
Karola o Pokój między Narodami.
Ród Batthyány liczy dziś około 60 osób. Jego członkowie żyją w różnych krajach:
w Austrii, na Węgrzech, w Niemczech, a nawet w Urugwaju. Mimo to spotykają się
regularnie przy różnych okazjach, m.in. w rocznicę urodzin i śmierci ich
wielkiego przodka. Oprócz tego każdego roku latem na zamku w austriackim Güssing
odbywa się zjazd całej rodziny, w którym bierze udział około 200 osób z kraju i
zagranicy. Centralnym punktem uroczystości jest Msza Święta w przyzamkowej
kaplicy. – Ogłoszenie Władysława Batthyány-Strattmanna błogosławionym było dla
całej rodziny wielkim i niezwykle ważnym wydarzeniem – twierdzi jego wnuk, a
zarazem dziewiąta głowa rodu Ladislau Batthyány-Strattmann. Według niego, postać
błogosławionego miała i ma bardzo duży wpływ na religijność całego rodu. –
Żyjemy właściwie w cieniu tego wielkiego człowieka, tzn. staramy się kształtować
nasze życie według przykładu, który nam dał – wyjaśnia.

Święci na dziś

Zarówno Władysław Batthyány-Strattmann, jak i Karol I Habsburg pokazali, że
bogactwo wcale nie musi być przeszkodą w prowadzeniu świętego życia. Mając przed
oczami najważniejsze przykazanie miłości Boga i bliźniego, wiedzieli, jak
właściwie wykorzystać swój talent i majątek – założyli liczne rodziny, pomagali
biednym i potrzebującym. W parze z ich bogactwem materialnym szło bogactwo
duchowe. Jan Paweł II, wynosząc ich na ołtarze pod koniec swojego pontyfikatu,
dobrze wiedział, że są to błogosławieni, jakich potrzebuje pogrążony w
konsumpcji i zaspokajaniu własnych potrzeb współczesny świat. Świat, w którym
wartości rodzinne przegrywają z ekonomicznymi wyliczeniami, rodziny wielodzietne
postrzegane są często jako patologiczne, a rola ojca jako głowy rodziny wciąż
spychana jest na dalszy plan.
 

Bogusław Rąpała

drukuj