Zwolennicy czy przeciwnicy?
W polu dobra i zła
O tych wyborach już jest za późno myśleć, trzeba działać w oparciu o to, co mamy do dyspozycji. Należy natomiast myśleć o wyborach – i nie ustawać w tym myśleniu – w ciągu czterech lat przed nimi. W tym myśleniu powinniśmy wspierać swój rozum wszystkimi dostępnymi nam środkami, bo im rozumniejszy człowiek – przypominał Sokrates, wedle wyroczni delfijskiej „najmądrzejszy w Atenach” – tym bardziej widzi ograniczenia własnego rozumu i rozgląda się za wszelkimi dostępnymi pomocami. Jeśli chrześcijaństwo uczyło – z dobrym skutkiem – średniowieczną Europę uprawiania roli i nauki oraz ludzkiego sprawowania władzy, to dobrze byłoby, aby nie ustawało w tym ostatnim zadaniu, nigdy, zwłaszcza po ostatnich stuleciach totalitarnych programów i eksperymentów politycznych. Ale ta misjonarska działalność Kościoła w posttotalitarnej Europie spotyka się z ostrym sprzeciwem niektórych formacji politycznych, widzących w niej całkiem trafnie swoje główne zagrożenie. Nic zatem dziwnego, że w Polsce jedna z partii wystąpiła do wyborów tym razem pod sztandarem zrobienia porządków z Kościołem katolickim. Lider tej partii, niczym nowy Bolesław Śmiały – zapowiada pacyfikację nie tylko zgromadzenia redemptorystów, ale także zdecydowane zajęcie się całym polskim duchowieństwem, jeśli tylko ośmieli się ono upominać polityków za ich niemoralne przedsięwzięcia. UE przyklaskuje tej inicjatywie i metodami administracyjnymi już stara się utrudnić rozwój kościelnych inicjatyw mających kształcić i wychowywać ludzi mediów, zajmujących szczególnie ważne miejsce we współczesnym sposobie sprawowania władzy.
Ale każdej cnocie zagrażają co najmniej dwie wady. Tak np. męstwu przeciwstawia się nie tylko tchórzostwo, ale także nadmierna śmiałość. Domniemywać zatem należy, że misyjna działalność Kościoła katolickiego na polu polityki musi mieć więcej niż jednego przeciwnika. Pokazuje go powracająca ostatnio dyskusja na temat kary śmierci. Zaraz po ukazaniu się encykliki „Evangelium vitae” jeden z tzw. prawicowych publicystów napisał, że umysłem Jana Pawła II zawładnął w sprawie kary śmierci duch „tego świata”, bo nie opowiedział on się w tym dokumencie za karą śmierci. Do dzisiaj zresztą niektórzy w szeregach katolickich liderów mało się przejmują stanowiskiem encykliki w tej sprawie i uważają, że sami mają lepsze. Według nich, kara śmierci jest sprawiedliwa (rozumieć należy, że tylko za pewne przestępstwa), bo gdyby była niesprawiedliwa, to trzeba by zrehabilitować niemieckich zbrodniarzy jakoby niesprawiedliwie potraktowanych karą śmierci przez Trybunał w Norymberdze. Nie zauważa się jednak tutaj jeszcze innej możliwości, za którą właśnie opowiedział się Jan Paweł II w EV. Pozycja ta nie mieści się w alternatywie: albo kara śmierci jest sprawiedliwa, albo kara śmierci jest niesprawiedliwa. Nie ma bowiem czynów – treściowo określonych – zawsze i wszędzie moralnie słusznych (chociaż są czyny zawsze i wszędzie moralnie niesłuszne), bo o tej słuszności decydują również okoliczności czynu. Zdaniem Kościoła katolickiego, w dzisiejszych okolicznościach pokojowego życia wysoko zorganizowanych państw nie ma powodu, aby sięgać po karę śmierci jako środek „naprawczy” wobec wyrządzonych zbrodni. W innych jednak okolicznościach taka „kuracja” mogłaby być sprawiedliwa. Ale takiego stanowiska nie należy określić jako stanowiska „zwolenników kary śmierci”. Taką karę dopuszcza się wyłącznie w pewnych okolicznościach, tak jak na polu bitwy walczący rycerz nie powinien występować pod szyldem „zwolennika zabijania”, tylko swoim orężem ma bronić powierzonych mu osób.
Cierpliwie zatem przygotowujmy się do dobrych wyborów i dobrze wybierzmy teraz, korzystając z wszelkich dostępnych nam pomocy, a nie tylko – jak pokazują dzieje nowożytnej Europy – z własnych nieraz interesujących pomysłów.
Marek Czachorowski
