Walka z mową nienawiści czy wolnością słowa?

Czy w Polsce możemy cieszyć się wolnością słowa? Czy mamy nieograniczone prawo wyrażania swoich opinii? Rząd pod płaszczykiem walki z mową nienawiści chce wziąć pod lupę nasze wypowiedzi, zwłaszcza na forach internetowych, gdzie odbywają się niezależne dyskusje. Solą w oku rządzących okazują się też… kazania w kościołach.

Głównodowodzącym w realizacji karkołomnej misji ma być minister administracji i cyfryzacji Michał Boni. Pretekstem do podjęcia działań stała się afera z udziałem Brunona K., który – zdaniem służb – chciał dokonać zamachu na Sejm i prezydenta. Powodem takich zamiarów miały być między innymi ociekające nienawiścią fora internetowe.

Rząd zgodnie z wszelkimi regułami politycznego pijaru postanowił wpisać się w całą aferę wydając rzekomą walkę mowie nienawiści. I wyciągnął królika z kapelusza, którym okazał się minister Boni. Szef resortu, który przenieść ma Polskę w prawdziwie cyfrowy XXI wiek, na razie nie będzie zajmował się tylko problemem braku komputerów w szkołach, ale monitorowaniem wypowiedzi Polaków, które prowadzą do wszelkiego zła.

„Problemem jest to, że ogłuchliśmy na słowa nienawiści” – mówił w mediach Michał Boni. Remedium na ten stan rzeczy ma być edukacja i szeroko pojęta profilaktyka. „Żadnej cenzury” – zarzekał się Boni wielokrotnie. Jak zamierza walczyć z wypowiedziami wolnych przecież ludzi, którzy mają prawo zabierać głos w ważnych dla nich sprawach?

Na pierwszy ogień Boni zwrócił się z listem do władz Kościoła. Problemem według niego są bowiem niektóre kazania. „Mowa nienawiści najpierw przejawia się w opiniach, potem w języku opisującym świat, w końcu zaś – w działaniach ludzi. Nie możemy być wobec tego obojętni. Dlatego zwracam się z apelem o pomoc w przeciwstawianiu się mowie nienawiści i wszelkim objawom nietolerancji” – napisał w liście do duchownych minister. Co takiego mówią księża, że razi to ministra Boniego? Czy problemem okazuje się budowanie ducha patriotycznego w narodzie przez wielu duchownych, którzy wyręczają w tym instytucje państwa? Czy może w grę wchodzą względy polityczne? Minister Boni wprost oświadczył w mediach, że niektórzy księża atakują rząd. Skąd ma takie dane? Kto przysłuchuje się kazaniom, by takie wnioski formułować na rządowym szczeblu? Pachnie PRL-em.

Kolejnym krokiem ma być utworzenie rady przeciwko ksenofobii i nietolerancji z ministrem Bonim na czele tejże rady. Po co nam taka rada? Jakie będą jej kompetencje? Czy ministrowie, zamiast pracować nad kluczowymi dla Polski sprawami, będą zaczytywać się we wpisach internetowych? Trudno oprzeć się wrażeniu, że nowo tworzone ciało w istocie zajmować się będzie opozycją polityczną i kontrolowaniem niezależnych środowisk, które nie boją się krytykować rządzących.

Jednak zdaniem Boniego i innych inicjatorów jej powstania, rolą rady będzie wydawanie komunikatów, zajmowanie stanowisk w przypadkach dyskryminacji, na przykład dotyczących mniejszości narodowych albo seksualnych. Poza apelami, rada ma ambicje wpływać na zawartość szkolnych programów. Wszystko po to, by uczyć tolerancji.

Pięknie brzmi, ale czy powstanie rady będzie panaceum na wszelkie działania w tym zakresie? Poza tym, dlaczego wcześniej jej nie stworzono? Nie było chyba drugiego polityka, który byłby obrażany bardziej, niż śp. Lech Kaczyński. Na formułowanie najbardziej niesmacznych opinii, także przez pierwszoligowych polityków, było powszechne przyzwolenie społeczne. Nie reagował wtedy ani Donald Tusk, ani Michał Boni. Rada wówczas też nie wydawała się potrzebna. Nie utworzono jej także po ataku na biura PiS w Łodzi, kiedy doszło do śmierci niewinnego człowieka. Dlatego deklarowane intencje rządzących wydają się mało szczere i wzbudzają niepokój. Zresztą po zaprezentowaniu pomysłu przez ministra Boniego odnieśli się do niego sceptycznie nawet działacze PO, a premier Tusk, wsłuchując się w głosy krytyków, sam zaczął wypowiadać się z dystansem i ukradkiem wycofywać z absurdalnego pomysłu.

Analizując ten wątpliwy projekt warto też zadać pytanie, dlaczego minister Boni mówił o forach internetowych i kazaniach w kościołach. Te pierwsze rzeczywiście bywają niewybredne – osoby publiczne są w internetowych wpisach lżone i poniżane. Z drugiej strony jednak wolność słowa dopuszcza nawet najbardziej ostrą krytykę wobec nich. Także orzecznictwo europejskie gwarantuje osobom publicznym znacznie mniejszą ochronę, podkreślając w wielu przypadkach, że osoby decydujące się na taką drogę, muszą liczyć się ze wzmożoną krytyką i traktować ją jako nieodłączny element swojej działalności. Nie można oczywiście usprawiedliwiać podżegania do popełnienia przestępstw, ale na takie działanie są już przepisy w Kodeksie karnym. Mamy także służby, których rolą jest reagowanie w takich sytuacjach. Czy rada Michała Boniego wniesie w tym zakresie cokolwiek nowego?

Nie można pominąć faktu, że to w internecie prowadzona jest prawdziwie niezależna debata obywatelska na temat bieżących wydarzeń w kraju, której brak w mediach. Powstają kolejne portale promujące dziennikarstwo obywatelskie. Niejednokrotnie mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której media przemilczały fakty albo eksponowały je w kontrolowany sposób, a to dziennikarze obywatelscy wykazywali się odwagą i niezależnością. Tak było między innymi w sprawie ACTA, kiedy internauci nie czekając na wsparcie medialnego mainstreamu rozpoczęli walkę o wolność słowa w sieci. Rząd już wtedy mógł przekonać się, jak wielka siła tkwi w blogerach. Należy przypuszczać, że ograniczenie ich aktywności mogłoby pozytywnie wpłynąć na coraz bardziej słabnące notowania rządu.

Utworzenie rady to jednak nie koniec rządowych zapałów związanych z „mową nienawiści”. Znacznie groźniejszym zamysłem jest plan znowelizowania Kodeksu karnego poprzez dodanie zapisów umożliwiających ściganie za nienawiść przejawianą w związku z przynależnością społeczną i polityczną lub nabytymi cechami osobistymi lub przekonaniami. W obecnym brzmieniu art. 256 KK skupia się na różnicach narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość. Zmiany umożliwią ściganie za wypowiedzi odnoszące się do np. przynależności politycznej. Analizując obecne wypowiedzi polityków pod adresem przeciwników można łatwo dojść do wniosku, że większość z nich mogłaby odpowiadać za swoje słowa po tak znowelizowanym Kodeksie karnym. Czy jest to kierunek, w którym powinno zmierzać demokratyczne państwo europejskie?

Plany te skrytykowała Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Zdaniem wiceprezesa Fundacji Adama Bodnara, który wypowiadał się na ten temat w mediach, nowelizacja oznaczałaby nadmierne rozszerzenie pojęcia mowy nienawiści i stanowiła zagrożenie dla wolności słowa.

Nowelizacja Kodeksu karnego umożliwiłaby ściganie za słowo, jeśli okazałoby się, że wyczerpuje ono proponowaną definicję. Biorąc pod uwagę fakt, że przepis byłby wyjątkowo nieostry, jego użycie zależałoby tak naprawdę od dobrej lub złej woli prokuratora lub sędziego. Posiadanie takiego straszaka przez organy ścigania i wymiar sprawiedliwości byłoby jeszcze bardziej dotkliwe niż anachroniczny przepis art. 212 Kodeksu karnego, który już dziś umożliwia skazanie za słowo. W Polsce odbywa się wiele absurdalnych procesów, w których ścigani są blogerzy albo dziennikarze, którzy dopuścić się mieli znieważenia osobistości życia publicznego. Mimo nacisku ze strony organizacji pozarządowych, licznych organizowanych przez nich kampanii na rzecz likwidacji tego przepisu, funkcjonuje on w najlepsze i politycy wcale nie kwapią się do zmian prawa w tym zakresie. Dodanie kolejnego restrykcyjnego przepisu ustawi na jeszcze słabszej pozycji cenzorów życia społecznego, jakimi coraz częściej stają zwykli Kowalscy, chwytający za pióro i oceniający – często profesjonalnie i merytorycznie – ekipę rządzącą. To na pewno wzbudza niepokój w politykach dominującej opcji, którzy nie mają większego wpływu na internautów.

Podobnie nie mają wpływu na księży, którzy podczas kazań mówią to, co myślą. W wielu kościołach wciąż mówi się o polskości, o patriotyzmie, wspomina się katastrofę smoleńską, mówi o wartościach i zasadach. To sfera wyjęta spod wpływów rządu.

W świetle tych faktów, kluczowym staje się pytanie, o co naprawdę chodzi z ofensywą ministra Boniego. Internauci oraz wszyscy ci, którzy wolność słowa cenią szczególnie, powinni bacznie patrzeć mu na ręce. Żebyśmy nagle nie obudzili się w rzeczywistości bliższej Wschodowi, niż Zachodowi Europy.


Edyta Żyła – Jest absolwentką Wydziału Psychologii i Podyplomowego Studium Administracji na Uniwersytecie Warszawskim, oraz prezesem Fundacji Ochrony Prawnej – Inicjatyw Społecznych OPIS w Grodzisku Mazowieckim.

Tekst ukazał się w styczniowym wydaniu miesięcznika W Naszej Rodzinie. Najnowszy numer czasopisma mogą Państwo wirtualnie przekartkować na stronie www.fnp.pl

drukuj