fot. flickr.com

Syria: Lotnictwo USA przeprowadziło ataki na milicję na wschodzie kraju 

Lotnictwo Stanów Zjednoczonych przeprowadziło w czwartek we wschodniej Syrii naloty wymierzone w obiekty proirańskich milicji. Był to odwet za atak rakietowy w Iraku, w którym zginął jeden cywil współpracujący z amerykańską armią.

Naloty USA były pierwszą operacją wojskową podjętą za prezydentury Joe Bidena.

Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka mające swą siedzibę w Londynie poinformowało, że w czwartkowym ataku sił powietrznych USA śmierć poniosło co najmniej 17 bojowników.

Jak wyjaśnił w oświadczeniu rzecznik Pentagonu, John Kirby, operacja wojskowa Stanów Zjednoczonych miała charakter odwetowy i były odpowiedzią Waszyngtonu „na niedawne ataki na cele amerykańskie w Iraku oraz pogróżki wysuwane pod adresem USA”.

Kirby podkreślił też, że „podjęta przez prezydenta Joe Bidena decyzja o atakach lotniczych w Syrii była konsultowana z sojusznikami Stanów Zjednoczonych”. Dodał, że „działaniom militarnym towarzyszyły zabiegi dyplomatyczne”.

„Operacja wysyła jednoznaczną wiadomość: prezydent Biden będzie działał w celu ochrony personelu amerykańskiego i koalicyjnego” – przekazał rzecznik Pentagonu.

Amerykańskie dowództwo utrzymuje, że uczyniło wszystko, by podjęte działania były wyważone.

„Naszym celem jest zmniejszenie eskalacji napięć na północy Syrii i w Iraku” – czytamy w komunikacie Pentagonu wydanym w czwartek wieczorem.

Wyjaśniono w nim, że ataki były wymierzone w obiekty wykorzystywane przez powiązane z Iranem szyickie milicje – Kataib Hezbollah (jedną z najpotężniejszych grup paramilitarnych w Iraku) oraz Kataib Sajed al-Szuhada, aktywną zwłaszcza w Syrii.

Szef Pentagonu, generał Lloyd Austin, zapewnił, że jest pewien, iż zbombardowany obiekt były używany przez tych samych szyickich bojowników, którzy przeprowadzili 15 lutego ostrzał na bazę z wojskami USA w północnym Iraku. Jak dodał, rekomendował Bidenowi odwet w takiej właśnie formie.

15 lutego w Irbilu w irackim Kurdystanie ostrzelana została baza lotnicza, w której stacjonują wojska amerykańskie. Zginął wtedy jeden cywil współpracujący z armią USA, a pięć osób zostało rannych, w tym amerykański żołnierz.

Jeszcze w tym tygodniu urzędnicy w Waszyngtonie mówili, że nie wiedzą, która milicja przeprowadziła atak. Podkreślali jednak, że w przeszłości to wspierane przez Iran szyickie grupy były odpowiedzialne za ataki rakietowe wymierzone w personel lub obiekty USA w Iraku.

Był to pierwszy od dwóch miesięcy atak na zachodnie obiekty wojskowe lub dyplomatyczne w Iraku, gdzie stacjonuje obecnie około 2,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy. Niecały tydzień później doszło do kolejnego ostrzału rakietowego bazy. W poniedziałek miał miejsce kolejny atak – tym razem w obiekty USA zlokalizowane w tzw. Zielonej Strefie w Bagdadzie.

Do eskalacji sytuacji na Bliskim Wschodzie dochodzi na kilka dni przed pielgrzymką Papieża Franciszka do Iraku. Pierwszym etapem podróży będzie Bagdad, dokąd Ojciec Święty przybędzie 5 marca. Podczas swej wizyty Franciszek odwiedzi miejsca ciężkich walk z Państwem Islamskim, iracki Kurdystan i zniszczone ziemie chrześcijan. Spotka się z najwyższym szyickim duchownym w Iraku, ajatollahem Alim as-Sistanim.

Nieco ponad rok temu po ostrzale baz w Iraku ówczesny prezydent USA Donald Trump autoryzował atak, w którym śmierć poniósł generał Kasem Sulejmani, szef elitarnych sił irańskich Al-Kuds. W rezultacie na początku roku Iran i Stany Zjednoczone stanęły na krawędzi poważnego bezpośredniego konfliktu zbrojnego.

W pierwszych tygodniach po inauguracji Bidena nowa administracja w Waszyngtonie podkreśla głównie konieczność zwrócenia większej uwagi na wyzwania stawiane przez Chiny, gdy chodzi o priorytety polityki zagranicznej. W kontekście polityki bliskowschodniej najwięcej mówi się zaś o ewentualnym powrocie Stanów Zjednoczonych do międzynarodowego porozumienia nuklearnego z Iranem.

PAP

drukuj