Świąteczny spór o prawdę o rodzinie

Słychać w mediach o przedświątecznych przygotowaniach, podkreśla się wrażliwość na los innych. Boży scenariusz narodzenia Chrystusa, może ze względu na twardość serc mieszkańców Betlejem, wykluczał scenę z jakimś miejscowym samarytaninem, wzruszonym widokiem Józefa i Maryi i udzielającym im gościny. Nawet w chłodniejszym klimacie niż ten panujący w okolicy Betlejem w warunkach gwałtownego napływu przybyszów może brakować wolnego pokoju. Jakże zatem wyrzucić tych, którzy już zajęli swoje miejsca? A może Święta Rodzina chce nam opowiedzieć nie tyle rzewną i rozpowszechnioną historię o rodzinach szukających pomocy i o twardości serc otoczenia, ale skoncentrować uwagę tylko na samej sobie i swojej istocie? W dodatkowych szczegółach – typowych dla całej ludzkiej historii – mogłaby się zgubić wypowiedziana w Betlejem prawda o bosko-ludzkiej rodzinie.

Czy jednak rzeczywiście dbamy o prawdę dotyczącą rodziny? Pewnie dbamy i nie dbamy, dbamy mniej lub więcej, mamy lepsze i gorsze dni, także odnośnie do naszej dbałości o prawdę dotyczącą rodziny. Zamiast pielęgnować własne dobre samopoczucie w tej sprawie, trzeba nam poszukiwać obiektywnych kryteriów naszego troszczenia się o prawdę dotyczącą rodziny. Gdybyśmy o tę prawdę dbali, to najpierw byśmy się o nią spierali. To jest pierwsze obiektywne kryterium troski o prawdę, skoro jeszcze nie znajduje ona pełnej realizacji w ludzkich czynach.

Czyż jednak św. Józef zaniechał poszukiwań, sporów i konfliktów o ustronny kąt dla Małżonki i Syna? Nawet jeśli w Bożych planach była dla nich tylko betlejemska stajenka, to przecież należało pytać, prosić i się spierać. Nawet jeśli natrafiamy na mur obojętności wobec prawdy, to przecież pozostaje nam jeszcze wyrażenie swojego sprzeciwu. Czy ktokolwiek wie o naszej trosce o prawdę o rodzinie? Któż słyszał o naszych sporach z sodomitami i majsterkowiczami dzieci w probówkach? A może cenimy sobie nade wszystko to, aby było miło i sympatycznie? Któżby zatem życzył w Wigilię swoim dzieciom kolejnego rodzicielstwa? Któżby życzył swojemu synowi parlamentarzyście, aby głosował przeciwko legalizacji zapłodnienia in vitro? Któżby dobrze życzył swojemu synowi właśnie wymieniającemu małżonkę na „nowy model”? Gotowe dąsy i niegojące się rany po takich życzeniach. Ma być zatem słodko i sympatycznie. Dla własnej wygody rezygnujemy z dawania świadectwa prawdzie. Zamiast tego czasami mamy przygotowane złośliwości, zbolałą minę i wymowne milczenie, które to środki także uniemożliwiają spory o prawdę.

Zniknęły one nieraz nie tylko z naszych domów, ale także czasami z obrębu naszej własnej wspólnoty religijnej. Co najwyżej słyszymy rozmaite połajania, inwektywy, posługiwanie się metodami administracyjnymi lub też oczekuje się, że to Pan Bóg, Papież i biskupi wszystko za nas załatwią. Poruszamy się zatem nieraz w sferze ogólników, „pobożnych” westchnień i pragnień, nie przekładając ich na konkret naszego życia.

Zazwyczaj nie chcemy się dzisiaj spierać o obecność w małżeństwie i rodzinie rozdarcia naszej ludzkiej natury, nawet jeśli uczestniczy ona w dziele zbawienia. To rozdarcie wprawdzie obecne jest we wszystkich dziedzinach naszego życia, jednak w sposób szczególny dotyka sfery ludzkiej płciowości jako materialnego medium, za pomocą którego wyrażamy nasze najgłębsze zaangażowanie wobec innych, zarówno oddanie się Bogu w dziewictwie, jak i oddanie się drugiemu człowiekowi w małżeństwie. Kobiecość i męskość – a zatem także małżeństwo budowane na ich fundamencie – w sposób szczególny dotknięte zostały tym rozdarciem naszej natury. Nie trzeba dla tej elementarnej konstatacji wiedzy teologicznej, która staje się niezbędna dopiero wtedy, kiedy próbujemy wyjaśnić ten fakt naszego ogólnoludzkiego doświadczenia. Mówi ono bowiem o obecności w sferze seksualnej elementu konsumpcyjnego nastawienia, nie do pogodzenia z wymogiem nieinstrumentalnego traktowania osoby ludzkiej. Ten element nie znika także w małżeństwie, a nawet w małżeństwie chrześcijańskim. Zdajemy się jednak o tym dzisiaj często zapominać i pewnie przydałby się nam powrót do lektury pism antypelagiańskich św. Augustyna. Oskarżony przez biskupa Juliana z Eklanu

o uznanie małżeństwa za coś złego św. Augustyn odpowiedział na zarzuty w kilku pracach. Wyjaśnia się w nich, iż znana człowiekowi egoistyczna, „niedosięgająca” osoby pożądliwość seksualna nie jest istotna dla małżeństwa, ale jest gorzką raną zerwania pierwszego Przymierza ze Stwórcą. Z tego powodu należy się zmagać z obecnością i oddziaływaniem tej pożądliwości nie tylko poza małżeństwem, ale także w małżeństwie.

Święty Augustyn zwracał też uwagę, że związek Józefa i Maryi był prawdziwym małżeństwem, ponieważ realizowały się w nim wszystkie cele małżeństwa. Pozbawione ono było jednak elementu irracjonalnej pożądliwości ciała, która towarzyszy wszystkim innym małżeństwom. Ich ramy – także współżycie małżeńskie – mają jednak służyć walce z tą pożądliwością. O jej działaniu jednak chyba dzisiaj nieraz zapominamy, szeroko asymilując środki postępowania, które ze swojej istoty mogą tylko rozpalać ową pożądliwość. To z powodu tego zagrożenia Ksenofont – słynny uczeń Sokratesa – przedstawia (w dziele „Ekonomik”) scenę małżeńską, podczas której mąż (stuprocentowy Ateńczyk) upomina swoją małżonkę kuszącą przesadnym podmalowaniem, przyozdobieniem i uperfumowaniem, aby zrezygnowała z tych środków udawania prawdy, a zadbała o naturalne piękno. Czy zatem naszym małżonkom może się przysłużyć duszpasterstwo reklamujące na swojej stronie internetowej walory erotyczne zmysłowej bielizny (dla rozeznania pokazanej na ciałach jakichś dam): „biustonoszy, fig, stringów, koszulek, szlafroczków, bokserek”? Wprawdzie o ubiór należy dbać także w małżeństwie, ale najpierw należy zadbać o miłość poważnie zagrożoną przez obyczaje rodem z agencji towarzyskich. Za taką „erotykę” cesarz August skazał Owidiusza na dożywotnią karę wygnania na chłodne wybrzeże Morza Czarnego po napisaniu dzieła „Ars amandi” pełnego konkretnych wskazówek, jak wycisnąć z drugiej osoby upragnione własne przeżycia. Dobrze zatem nawet August rozeznawał (karę przedłużył cesarz Tyberiusz), że to nie służy prawdzie o małżeństwie i rodzinie.


Marek Czachorowski

drukuj