fot. PAP/EPA

Red. G. Górny w wPolityce: „Marsz równości” czy „marsz nierówności”? W Kijowie byli równi i równiejsi

Cztery godziny przed rozpoczęciem niedzielnego „marszu równości” w Kijowie ukraińska policja pobiła kilkadziesiąt osób protestujących w pokojowy sposób przeciw propagandzie gender.

Zapowiadana manifestacja środowisk LGBT od wielu dni wywoływała w całym kraju wiele protestów m.in. ze strony organizacji pozarządowych oraz Episkopatu Rzymskokatolickich Biskupów Ukrainy [czytaj więcej]. 

W czwartek 14 czerwca w programie „Prawo na władu” na antenie Telewizji „1+1” organizatorka „homoparady” Rusłana Panuchnyk przyznała, że kijowski „marsz równości” został sfinansowany przez Fundację Sorosa i rząd holenderski. Impreza traktowana była jako forma nacisku na ukraińskie władze, by nadały parom jednopłciowym przywileje małżeńskie, czemu sprzeciwia się parlament w Kijowie.

Już w przeddzień marszu w sobotę 16 czerwca o godz. 16.00 policja zamknęła ruch kołowy w centrum miasta w okolicach przemarszu „homoparady”. Około godz. 23.00 zamknięto również ruch pieszy. Do zamkniętej strefy wpuszczano tylko ludzi, którzy mieli przy sobie dokument tożsamości z adresem zameldowania. Wielu osób, które wynajmują tam mieszkania, ale nie miały odpowiedniej „propiski w pasportie”, nie dopuszczono na noc do domów. W niedzielę o godz. 6.00 rano zamknięto też pięć stacji metra w centrum stolicy.

Wierni katoliccy, którzy w niedzielę rano chcieli iść na Mszę św. do kościoła św. Aleksandra, nie mogli tego zrobić, ponieważ droga do świątynia była zagrodzona. Trasa gejowskiego przemarszu została ściśle odgrodzona od reszty miasta stalowymi barierkami i strzeżona przez oddziały policji. Łącznie ściągnięto sześć tysięcy uzbrojonych funkcjonariuszy – o połowę więcej niż było samych uczestników parady.

Przeciwko „marszowi równości” postanowiły zaprotestować czynnie dwa środowiska. Pierwsza to nacjonaliści z organizacji „Katechon” oraz S14. Druga to chrześcijanie skupieni głównie wokół Fundacji „O godność człowieka” i organizacji „Wszyscy razem” (Wsi razom), reprezentujący prawosławnych, grekokatolików, rzymskich katolików i protestantów. Już w sobotę wieczorem na Majdanie wierni rozpoczęli całonocne czuwanie modlitewne w intencji nawrócenia gejów i uchronienia Ukrainy od ideologii gender.

O szóstej rano (a więc cztery godziny przed rozpoczęciem „homoparady”) policja rozpoczęła pacyfikację pokojowego protestu – najpierw przy pomniku Hruszewskiego, a później obok budynku Opery. Akcja skierowana była głównie przeciw 150 osobom, które wyszły na jezdnię, ale ucierpiały też osoby, które siedziały na chodnikach z transparentami. Łącznie pobito i poturbowano kilkadziesiąt osób. Według ukraińskich mediów zatrzymano 57 manifestantów.

Na zdjęciach z drona widać, jak kilka tysięcy policjantów potraktowało 150-osobową grupę protestujących:

 

Ukraińscy działacze organizacji prorodzinnych komentują, że w Kijowie tak naprawdę odbył się „marsz nierówności”, tzn. władze pokazały, iż są równi i równiejsi. Inaczej traktuje się bowiem aktywistów lobby LGBT, a inaczej przeciwników ideologii gender.

Jeden z bohaterów rewolucji na Majdanie, deputowany do ukraińskiego parlamentu, Ihor Łucenko napisał na swym blogu:

„Jednym obywatelom policja stworzyła warunki, by bez przeszkód przeprowadzili swą akcję. Drugim stworzono zaś ograniczenia w przeprowadzeniu ich pokojowego zgromadzenia, które było tak samo wcześniej zaanonsowane i tak samo zagwarantowane przez Konstytucję, jak ich oponentów. Obie strony zgodnie z prawem poinformowały władze o swych akcjach, ale policja bez decyzji sądu (a więc naruszając Konstytucję) ograniczyła akcję jednych na korzyść innych. To się nazywa «policyjna swawola«”.

Łucenko podkreślił, że przemoc stosowała tylko jedna strona, podczas gdy druga protestowała pokojowo. Deputowany poinformował, że na skutek brutalnej akcji policyjnej dziesięć osób odniosło obrażenia, a siedmioro z nich trafiło do szpitala (m.in. 17-letnia dziewczyna). Najwięcej osób ucierpiało przez tzw. ścieżki zdrowia. Jak podsumował Łucenko:

„Dziś mamy kolejny dzień policyjnej przemocy, dzień, w którym wszystkie idee równości, pryncypia praworządności i zasady pokojowego rozwiązywania sporów między obywatelami Ukrainy zostały podeptane”.

Jeden z moich ukraińskich znajomych wytłumaczył mi reakcję władz w Kijowie następująco:

„Oni znajdują się pod stałą presją Zachodu, by przyjąć ustawodawstwo gender i LGBT. Są szantażowani, że dostaną pomoc z zagranicy, jeśli spełnią żądania lobby gejowskiego. W tej sytuacji boją się najmniejszej prowokacji. Jeden pobity gej oznaczałby skandal na cały świat, a kilkudziesięciu pobitych chrześcijan czy narodowców nikogo nie obchodzi. Dlatego zmobilizowano tysiące policjantów, łącznie z Berkutem i Specnazem, żeby nie doszło do najmniejszego incydentu na trasie parady. Zadanie zostało wykonane.”

Już po zakończeniu marszu głos zabrała przebywająca w Kijowie niemiecka eurodeputowana Rebecca Harms – współprzewodnicząca frakcji Zielonych i Wolnego Sojuszu Europejskiego. Pochwaliła organizatorów marszu i wysoko oceniła akcję ukraińskiej policji. Dodała, że w niedzielę rano zatelefonował do niej doradca prezydenta Petra Poroszenki i oświadczył, że głowa państwa nie tylko podtrzymuje marsz LGBT, ale w najbliższym tygodniu zamierza przedstawić projekt nowego prawa spełniającego postulaty tego środowiska.

Informacja poszła w świat. Minęło trochę czasu nim administracja prezydenta Ukrainy wydała oficjalne oświadczenie, że nikt z jej pracowników nie dzwonił do Rebekki Harms. Okazało się, że ktoś podszył się za doradcę Poroszenki i dokonał dezinformacji.

Wojna informacyjna trwa.

Red. Grzegorz Górny/wPolityce

drukuj