fot. Paweł Palembas

Przemyśl: bociany z ośrodka rehabilitacji wracają do gniazd

Większość bocianów, które zimę spędziły w Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu (Podkarpackie) wraca do swoich gniazd. W tym roku w przemyskim ośrodku zimowało blisko 80 ptaków.

„Natomiast jeszcze kilka tygodni potrzebuje na rehabilitacje kilkanaście bocianów, które zostały przez ludzi postrzelone, okaleczone, czy potrącone. Ich zniszczona psychika często nie daje możliwości na zmianę miejsca pobytu; musimy więc sukcesywnie wypuszczać je na wolność” – powiedział lekarz weterynarii ośrodka Radosław Fedaczyński.

Jednocześnie zaznaczył, że pracownicy ośrodka – jak co roku – oczekują na odwiedziny bocianów, które już wybrały się do miejsc gniazdowania.

„Zawsze w ciągu roku przylatują do nas nasi dawni pacjenci. Przeważnie już nie sami, ale z partnerem, czy partnerką. Są to bardzo wzruszające chwile” – mówił Fedaczyński.

Przemyskiego ośrodka nie opuszczą niepełnosprawne osobniki. Te bociany rozpoczynają budowę gniazd na ziemi. Są to przede wszystkim ptaki z trwale uszkodzonymi skrzydłami; zostanie ich blisko 40.

Radosław Fedaczyński przypomniał, że „bociany rzadko składają jaja w gniazdach usytuowanych bezpośrednio na ziemi”.

„Obawiając się drapieżników budują je wysoko, na drzewach, czy dachach budynków” – zaznaczył.

Jego zdaniem nietypowe zachowanie kalekich bocianów w Przemyślu może mieć związek z założonym wiele lat temu w ośrodku systemem odstraszania drapieżników, tzw. elektrycznym pastuchem.

W przemyskim ośrodku leczone są ptaki i zwierzęta z całej Polski. Oprócz bocianów jest tam m.in. dziewięć saren; trzy z nich są niepełnosprawne, trzy lisy; jeden jest niewidomy, niepełnosprawne sowa i kruk. Są także zające, wiewiórki, borsuki, orlik krzykliwy, myszołowy, kaczki i jeż.

Działający jako fundacja non-profit Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu powstał na początku lat 90. ubiegłego wieku. Utrzymuje się jedynie ze wsparcia darczyńców.

„Bez pomocy ludzi, którym los zwierząt nie jest obojętny tego miejsca po prostu by nie było” – zauważył lekarz weterynarii.

PAP

drukuj