fot. wikipedia.org

Poszkodowani, bliscy ofiar i uczestnicy akcji ratowniczej upamiętnili zmarłych w katastrofie hali MTK

Poszkodowani, bliscy i znajomi ofiar, uczestnicy akcji ratowniczej oraz przedstawiciele władz i Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych uczcili pamięć 65 osób, które zginęły w katastrofie hali Międzynarodowych Targów Katowickich.

We wtorek mija 14. rocznica tej największej katastrofy budowlanej w historii Polski. 28 stycznia 2006 r. w pawilonie nr 1 – największym na terenie MTK – odbywały się targi gołębi pocztowych. Dach hali zawalił się około godz. 17.15. Zginęło 65 osób, a ponad 140 zostało rannych.

Uczestnicy rocznicowych uroczystości zgromadzili się przy stojącym w pobliżu miejsca po hali pomniku, na którym znalazły się nazwiska ofiar. Odczytano je podczas uroczystości. Pod pomnikiem zapalono znicze i złożono kwiaty. Duchowni zmówili modlitwę. W upamiętnieniu tragedii wzięli udział m.in. przedstawiciele straży pożarnej, pogotowia ratunkowego, ratownicy górniczy, goprowcy i policjanci, a także delegacja Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych.

W uroczystościach wziął udział m.in. Zdzisław Karoń, który przez dwie godziny leżał pod gruzami hali, przyciśnięty potężnym ciężarem. Po wypadku miał uszkodzony kręgosłup, potłuczone nogi, zerwany kabel elektryczny wypalił mu dziurę w nodze. Wiele czasu zajął mu powrót do zdrowia. Przez pierwsze miesiące poruszał się na wózku inwalidzkim lub o kulach. Jak opowiadał, najgorsze były pierwsze lata po wypadku – bał się oglądać filmy katastroficzne i prowadzić samochód. Nie mógł opowiadać o tym, co się stało, każdy powrót na miejsce tragedii był bardzo trudny.

„Okropne było też zderzenie z rzeczywistością po katastrofie. Nieliczni rozumieją ofiary takich katastrof” – podkreślił.

„Ale trzeba patrzeć do przodu i mieć punkt zaczepienia. Moim punktem zaczepienia była praca, działanie, żeby nie zostać w tym dołku nieszczęścia” – mówił Karoń.

Długo nie mógł odzyskać sprawności, szukał nowych zajęć, niezwiązanych z dotychczasowym zawodem. Robił wiele rzeczy, dzisiaj zajmuje się dziennikarstwem.

Zdzisław Karoń podkreślał, że niezbyt interesował się procesem karnym odpowiedzialnych za katastrofę, nie ma do nikogo pretensji. Dla niego ważniejsze jest przypominanie tamtych wydarzeń i wyciąganie wniosków.

„Co roku tu jesteśmy i pewnie będziemy tu co roku” – powiedział gen. Janusz Skulich, który kierował działaniami ratowniczymi w MTK i wielokrotnie wspominał, że była to jedna z najtrudniejszych akcji w jego strażackiej karierze – nie tylko z powodów technicznych, ale też emocjonalnych.

„Chcemy czcić pamięć ofiar, chcemy, żeby to, co się wtedy zdarzyło, było przestrogą dla nas wszystkich, że takie rzeczy mogą się zdarzać (…) i trzeba się przed nimi jakoś chronić. Chcemy też pokazać, że mamy w pamięci bliskich tych ofiar, którzy zapewne dziś w smutku wspominają te ciężkie chwile” – powiedział generał.

Wicewojewoda śląski Jan Chrząszcz podkreślił, że pamięć o tragedii sprzed 14 lat pozostanie już na zawsze. Podziękował wszystkim, którzy co roku uczestniczą w uroczystościach.

„Nie jestem pewny, czy ta rana się kiedyś całkowicie zagoi” – zaznaczył.

Jak co roku w uroczystościach rocznicowych wziął udział Aleksander Malcher, który jako dyrektor pogotowia w Pszczynie brał udział w akcji ratunkowej. Pod gruzami hali stracił dwóch braci, miłośników gołębi: 37-letniego Zbigniewa, który również pracował w pogotowiu, i 51-letniego Andrzeja.

„Tak długo będę tu przychodził, jak długo Pan Bóg da siły i zdrowie. Oczywiście jest to dla mnie trudne z uwagi na to, że byłem tutaj w akcji ratowniczej. Warunki były straszne, no i straszna rzecz się tutaj stała” – powiedział.

Aleksander Malcher był zbulwersowany otoczeniem pomnika upamiętniającego ofiary – przy pomniku leżały przewrócone siatki ogrodzeniowe, a dalej kontenery i gruz.

„Jestem zdruzgotany (…) Czternasty rok tutaj przyjeżdżam i nie widziałem czegoś takiego jak dzisiaj. Po prostu wstyd i hańba” – powiedział.

Zarzucił władzom Chorzowa, że sprzedały tereny MTK i „robią interesy na cmentarzysku”.

Uczestniczący w uroczystościach wiceprezydent Chorzowa Marcin Michalik przypomniał, że lokalne władze sprzedały większość terenu dawnych targów prywatnej firmie. W rękach samorządu pozostaje m.in. pomnik i jego najbliższe otoczenie.

„Żeby było lepiej, to trzeba posprzątać; jesteśmy w trakcie tego procesu. Myślę, że za rok, jak ponownie się spotkamy, bo spotykamy się tu od lat i będziemy się tu spotykać jeszcze na pewno wiele, wiele lat, będzie to uporządkowane i teren będzie ładny. Kiedyś trzeba było posprzątać te ruiny po halach, bo życie idzie do przodu. Wierzę, że następnym razem ten teren będzie o wiele ładniejszy” – powiedział dziennikarzom Michalik.

W sobotę 28 stycznia 2006 r. w pawilonie nr 1 – największym na terenie MTK – odbywały się targi gołębi pocztowych. Dach hali, na którym zalegała gruba warstwa śniegu i lodu, zawalił się około godz. 17.15. Wielu osobom udało się wyjść z pawilonu o własnych siłach i bez obrażeń. Katowicka prokuratura okręgowa zamknęła śledztwo latem 2008 r. Ustaliła, że na katastrofę złożyły się błędy i zaniechania już w fazie projektowania, a także użytkowania i nadzoru nad budynkiem.

Proces karny w sprawie katastrofy toczył się od maja 2009 r. Wyrok w pierwszej instancji zapadł przed Sądem Okręgowym w Katowicach w czerwcu 2016 r., a prawomocne rozstrzygnięcie – we wrześniu 2017 r. przed katowickim sądem apelacyjnym. Sąd ten wymierzył kary od 1,5 do 9 lat więzienia pięciu oskarżonym, a cztery osoby uniewinnił – przedstawicieli firmy budującej halę i byłego członka zarządu spółki MTK Nowozelandczyka Bruce’a R. Po tym, jak Sąd Najwyższy uchylił uniewinnienie tego ostatniego oskarżonego, w ponownym procesie odwoławczym sąd apelacyjny, w listopadzie ub.r., uznał go za winnego i skazał prawomocnie na 1,5 roku więzienia za przyczynienie się do katastrofy.

Po katastrofie do sądów wpłynęło około stu jednostkowych spraw o odszkodowania i zadośćuczynienia. Sądy zwykle przychylały się do roszczeń, choć zasądzały odszkodowania, zadośćuczynienia i renty w niższej kwocie niż domagali się poszkodowani – od kilku do kilkuset tysięcy złotych. Po orzeczeniu Sądu Apelacyjnego w Warszawie – który orzekał w sprawie pozwu zbiorowego około 90 bliskich ofiar i prawomocnie uznał, że państwo odpowiada za tę katastrofę – doszło do zawarcia ugody, na mocy której pod koniec 2019 r. Skarb Państwa wypłacił krewnym ofiar łącznie ponad 15 mln zł.

Jak ocenił wiceprezydent Michalik postępowanie odszkodowawcze trwało niepotrzebnie długo. Można to było zrobić inaczej, szybciej godniej i z większą korzyścią dla rodzin – ocenił. Także wicewojewoda Chrząszcz uważa, że rodziny ofiar zbyt wiele lat czekały na odszkodowania.

„Trwało to bardzo długo, ale bardzo cieszę się, że robiliśmy wszystko, by ten proces był zakończony i dzięki temu rządowi, dzięki PiS, jednak zakończyło się to tym wielkim porozumieniem” – oświadczył.

PAP

drukuj