fot. wikipedia

Nigeria: Boko Haram skryło się w lesie Sambisa

Wyparci przed rokiem z miast płn-wsch. Nigerii dżihadyści z Boko Haram skryli się w lesie Sambisa, który przemienili w niezdobytą twierdzę i gdzie przetrzymują jeńców. Tam najprawdopodobniej przebywają porwane w połowie kwietnia dziewczęta z Chibok.

Jeszcze niedawno nawet w samej Nigerii mało kto wiedział o istnieniu lasu Sambisa. Leży na południe od Maiduguri, stolicy stanu Borno, gdzie przed dziesięcioma laty wybuchło powstanie nigeryjskich talibów z ruchu Boko Haram. Ciągnie się bezdrożami pod Kano, starożytną metropolię nigeryjskiej północy i w drugą stronę, aż na pogranicze z Kamerunem, wyznaczone przez pasmo wysokich na ponad tysiąc metrów gór Mandara. Zajmuje rozległy, rzadko zaludniony i zacofany obszar, równy mniej więcej jednej piątej terytorium Polski.

W czasach gdy Nigeria była brytyjską kolonią, las Sambisa był parkiem narodowym, pełnym dzikich zwierząt i terenem łowieckim dla białych. Rok temu stał się twierdzą najgroźniejszego z partyzanckich ugrupowań współczesnej Afryki Zachodniej, wzorującego się na Al-Kaidzie i stawiającego sobie za cel utworzenie nad brzegami jeziora Czad muzułmańskiego kalifatu, rządzącego się wyłącznie prawami Koranu.

Dżihadyści Boko Haram (w języku hausa nazwa ta oznacza z grubsza biorąc „co z Zachodu, to złe”) zaszyli się w lesie Sambisa, kiedy w zeszłym roku nigeryjski prezydent Goodluck Jonathan wydał im wojnę i posłał przeciwko nim rządowe wojsko i samoloty. Wyparci z miast w stanach Borno, Yobe i Adamawa, w których wprowadzono stan wyjątkowy, wycofali się do bezludnego niemal lasu, w góry Mandara, a także na mokradła nad jeziorem Czad, przez które mogli przeprawiać rannych i broń do Czadu i Nigru.

Dla ściganych przez wojsko i samoloty członków Boko Haram las Sambisa i góry Mandara okazały się kryjówką równie doskonałą jak dla afgańskich talibów niedostępne, górzyste pogranicze z Pakistanem. Choć na większości obszaru nie jest gęstą dżunglą ale raczej ciernistymi zaroślami na sawannie, ten jedyny tak wielki na północy Nigerii las (reszta została praktycznie wycięta na opał) i tak daje partyzantom zasłonę przed tropiącymi ich z powietrza samolotami. Bezpieczne schronienie partyzantom dają zaś jaskinie na wzgórzach Gwoza, przechodzących w pasmo górskie Mandara, ciągnące się aż na terytorium sąsiedniego Kamerunu. Tu nigeryjscy talibowie kryją się przed obławami rządowego wojska i stąd dokonują niemal codziennych krwawych rajdów na okoliczne wioski, a także policyjne posterunki i niewielkie wojskowe garnizony.

Dżihadyści z Boko Haramatakują zawsze błyskawicznie i niespodziewanie, w kilkusetosobowych oddziałach na motocyklach lub w samochodach terenowych, z zamontowanymi na nich ciężkimi karabinami maszynowymi. Według gubernatora stanu Borno Kashima Shettima są oni lepiej uzbrojeni i wyszkoleni niż żołnierze, których rząd posłał, by stłumili rebelię. Dowództwo nigeryjskiego wojska od dawna oskarżane jest o niekompetencję i korupcję, a wychodząca w Abudży gazeta „Leadership” ujawniła we wtorek, że 10 generałów i 5 innych wysokich rangą oficerów dostarczało rebeliantom z Boko Haram broni i informacji wywiadowczych.

Znawcy Boko Haram szacują partyzantkę na 6-8 tys. ludzi. Połowa z nich ukrywa się w lesie Sambisa i wśród wzgórz Gwoza, druga – po kameruńskiej stronie granicy, w górach Mandara, a także w Czadzie i Nigrze. Władze Nigerii narzekają, że o ile Czad i Niger współdziałają z nimi w walce z Boko Haram, Kamerun nie wykazuje się należytą współpracą.

Dowodzeni przez Abubakara Shekau partyzanci Boko Haram w lesie Sambisa i górach Mandara nie zabiegają o poparcie miejscowych ludów Gambaru, Margis czy pasterzy Fulanich, lecz wymuszają posłuszeństwo siejąc krwawy terror. Mordują maczetami wieśniaków, którzy nie chcą oddać im synów do partyzantki, puszczają z dymem całe wioski, podejrzewane o sprzyjanie rządowemu wojsku. W ciągu ostatnich pięciu lat w wyniku rebelii zginęło ponad 5 tys. osób, z czego prawie 2 tys. jedynie w tym roku. Nie mogąc liczyć na pomoc wojska, chłopi pomagają Boko Haram , by nie stracić życia. Dostarczają im żywności, ostrzegają przed nadciągającymi żołnierzami.

Dżihadyści z Boko Haramwprowadza się do ich wiosek wraz ze swoimi żonami i dziećmi, które, tak jak miejscowi, uprawiają poletka ryżu czy sorgo, a obejścia ich komendantów niczym nie różnią się od innych domostw, utrudniając władzom pościg.

Wszystko wskazuje, że właśnie w kryjówkach w lesie Sambisa i górach Mandara przetrzymywanych jest również ponad 200 dziewcząt, uprowadzonych w połowie kwietnia ze szkoły w osadzie Chibok. Dopiero ich porwanie zwróciło uwagę świata na nigeryjskich talibów.

Zanim najechali na Chibok, członkowie ruchu Boko Haram wzięli do niewoli prawie pół tysiąca kobiet i dziewcząt dla okupu, by wymieniać je na własne rodziny i towarzyszy, więzionych przez władze Nigerii albo przymusem wydać za żony ich komendantom. Także porwane uczennice z Chiboku emir Boko Haram Abubakar Shekau chce wymienić na swoich więzionych towarzyszy. Ruch Boko Haram porozdzielał dziewczęta na małe grupy i porozmieszczali po wioskach, by utrudnić wojsku wyśledzenie ich i ewentualne odbicie.

PAP/RIRM

drukuj