[NASZ TEMAT] Z wilczych kłów do ludzkiej zagrody

Wszystko zaczęło się od filmu, który nagrał kolega myśliwy Mieczysław Podkalicki świeżo po zajściu. Łania przybiegła pogryziona przez wilki do bieszczadzkiego gospodarstwa. Nie musiała nawet przeskakiwać przez żaden płot. Akurat dom, który wybrała, jest ogrodzony tylko od podwórka gospodarczego, a tam, gdzie przebywała przez prawie dwa dni, nie ma płotu. Jest wejście od lasu bezpośrednio na podwórko. Ona trzymała się blisko drzwi wejściowych. Niemalże można było ją głaskać. Słyszałem, że dwie osoby jej dotknęły – można powiedzieć, że pogłaskały – opowiada Olaf Jóźwik, myśliwy z Koła Łowieckiego „Gawra” w Lutowiskach.


fot. Mieczysław Podkalicki

Łania nie bała się ludzi. Stała na wybrukowanej kostce, tam gdzie jest najwięcej ludzkiego zapachu przy kojcu psa. Drapieżniki musiały tam jej odpuścić. Bardziej bała się wracać do lasu, gdzie czekały na nią wilki, które prawdopodobnie zagryzły jej cielaka.

– Oceniamy tak, ponieważ kiedy uśpił ją weterynarz to było widać, że ma odciągnięte wymię, a to oznacza, że cielę po prostu ssało (o tej porze roku cielęta jeszcze ssą mleko). Prawdopodobnie młode straciło życie i część drapieżników zajęła się łupem, a jeden – może więcej – pogonił za łanią. Jednak nie dały rady jej złapać za gardło. Była poszarpana w różnych miejscach, ale nie na gardle. Uciekła właśnie pod dom mieszkalny i tam przebywała prawie dwie doby – relacjonuje Olaf Jóźwik.

ratowanie łani fot. Mieczysław Podkalicki

– Zdzwoniliśmy się po obejrzeniu filmu autorstwa kolegi Mieczysława. Skrzyknęliśmy się na akcję i umówiliśmy weterynarza, który określił, że będzie to mniej więcej koszt 800 zł. Zrobiliśmy zbiórkę między myśliwymi i na drugi dzień ruszyliśmy z przyczepą i weterynarzem – dodaje.

***

Wańkowa, pow. leski, 24 listopada. Wczesnym rankiem kolega, jadąc do pracy, podjechał pod mój dom. Powiedział, że wychodząc z budynku mieszkalnego, zauważył … dorodną łanię. Bardzo go to zdziwiło.

„Jak to łania stoi i nie ucieka” – myślał.

Był od niej 2 metry. Zapalił światło, a ona nic, stoi dalej. To go zdziwiło, ale po jej dokładnym obejrzeniu stwierdził, że z karku zwierzęcia spływa krew. Doszedł, do wniosku, że padła ofiarą wilków.

„Co robić? Trzeba zapytać myśliwego” – zastanawiał się.

ratowanie łani fot. Mieczysław Podkalicki

Tak trafił do mnie. Moim obowiązkiem było tam pojechać i ją obejrzeć, ocenić, jak ma się sytuacja. Pojechałem i podszedłem do niej, nie uciekała, patrzyła na mnie i nic. Z karku spływała jej strużka krwi. Po dokładnym przyjrzeniu się, zobaczyłem, że były to rany szarpane w okolicy głowy, karku i tylnej lewej kończyny. Wskazywało to jednoznacznie, że padła ofiarą wilków bądź pojedynczego osobnika.

Jakim desperackim sposobem wymknęła się temu wilkowi czy wilkom? Nie mam pojęcia. Zapewne była goniona, bo wilki łatwo nie odpuszczają i skierowała się w kierunku ludzkich zabudowań, szukając pomocy. To jej się udało. Wbiegła na podwórko jednego z mieszkańców wsi. Na pewno z kojca zaszczekał pies. Wilki pewnie zatrzymały się tuż przed płotem. Być może jak pies zaczął szczekać, wilki odpuściły i wróciły do lasu. Budynki mieszkalne i pies ją uratowały.

ratowanie łani fot. Mieczysław Podkalicki

Po obejrzeniu łani chciałem stwierdzić, czy nadaje się do dalszego leczenia, ratowania, czy może tylko do uśpienia. Zwróciłem szczególną uwagę na rany i ścięgna w nogach. Wilki łapiąc za kończyny, przegryzają ścięgna, unieruchamiając swoją ofiarę. Nie chciała się w ogóle ruszyć, nie reagowała na nic. Nie mogłem jej żadnym sposobem zmusić do ruchu. Podszedłem z drugiej strony płotu i pchnąłem ją za zad, żeby zrobiła krok. Zrobiła nawet 2-3 kroki do przodu. Dzięki temu widziałem, że stabilnie opiera się na kończynach, więc ścięgna były całe. To dobrze rokowało jako szanse do jej wyleczenia.

W związku z tym, że absolutnie nie można było jej przegonić do lasu, bo czuła się bezpiecznie w otoczeniu ludzi i psa, który w jej rozumowaniu, odstraszał wilki. Zostawiłem ją postanawiając wrócić na miejsce po paru godzinach. Kiedy powróciłem ona dalej tam stała. Próbowałem jej pomóc, żeby się ruszyła, ale nic z tego. Po takich ranach zwierzę dostaje gorączki, więc trzeba było dać jej coś mokrego do jedzenia. Nazbierałem jabłek, pogniotłem je i jej podrzuciłem. Łania schyliła się i zaczęła jeść.

„Jeżeli je jabłka, to jest w dobrym stanie, skoro potrafi przeżuwać żuchwą, więc będzie do uratowania” – pomyślałem, ale trzeba było coś zrobić ….

Odstrzał nie wchodził w grę w związku z przepisami, które nas dotyczą (zgodnie z obowiązującymi przepisami, myśliwi mogą strzelać do zwierzyny w odległości dopiero 150 metrów od zabudowań mieszkalnych). Instytucja, która zajmuje się potrzebującymi zwierzętami w okolicy wskazała, że to akurat nie jest jej teren działania, bo to inna gmina. Jeżeli tak, to trudno. Zastanawiałem się, co mam z tym fantem zrobić. Skontaktowałem się z kolegą, który jest młodym myśliwym u nas w kole i prowadzi z ojcem hodowlę danieli.


 fot. Mieczysław Podkalicki

 

„To kilka hektarów ogrodzonego terenu, wiec gdyby ją przygarnął, to byłaby z tymi danielami bezpieczna” – pomyślałem.

Po skontaktowaniu się z nim, on zasięgnął opinii ojca i zgodzili się łanię przygarnąć. Zacząłem organizować kolegów. Zwierzę trzeba było uśpić i przewieźć bezpiecznie w miejsce docelowe. Skontaktowałem się z kilkoma kolegami myśliwymi. Było nas chyba siedmiu. Zawiadomiłem lekarza weterynarii, który dysponował specjalistycznym sprzętem. Umówiliśmy się na wyznaczoną godzinę. Zabezpieczyłem trochę siana, żeby posłać łani na przyczepce, na której mieliśmy ją transportować. Wszystko było gotowe.

ratowanie łani fot. Mieczysław Podkalicki

ratowanie łani fot. Mieczysław Podkalicki

Łania została uśpiona przez weterynarza i była możliwość zdezynfekowania ran po wilkach. Otrzymała dwa zastrzyki wzmacniające. Została przez nas załadowana na przyczepkę i okryta sianem. Po dotarciu na miejsce docelowe jeszcze była w stanie uśpienia. Posłaliśmy na ziemi trochę siana, słomy i po prostu okryliśmy ją przed mrozem, żeby nie zmarzła. Czekaliśmy na jej wybudzenie. Byliśmy chyba z godzinę, ale dalej spała.

Kolega z ojcem zobowiązali się, że będą ją na zmianę doglądać, a my rozeszliśmy się do domów. Łania wybudziła się dopiero po kilku godzinach. Koledzy ją pilnowali do samego rana. Łania nie przejawiała do godzin rannych chęci jedzenia i z miejsca, gdzie stała, przesunęła się w bardziej trawiaste. Stała tam jakieś dwa dni, była karmiona przez kolegę kawałkami drobno posiekanych buraków cukrowych. Dopiero po około trzech dniach oddalała się od tego miejsca o jakieś 20 metrów, ale na noc zawsze wracała. To była dla niej ostoja bezpieczeństwa, tam nic jej nie groziło. Dopiero po tygodniu przesuwała się, kiedy wychodziło słońce. Na noc zawsze wracała w swoje bezpieczne miejsce. Oczywiście jadła buraki czy jabłka, korzystała ze strumyka, pijąc wodę.


fot. Mieczysław Podkalicki

 

Dzisiaj łania ma się dobrze. Skoro przetrwała tyle czasu, to będzie żyła. Po fakcie powiadomiliśmy nadleśniczego, ponieważ na przetrzymanie zwierzyny dziko żyjącej musi być specjalna zgoda. W tym przypadku w celu rekonwalescencji ona musi tu być. Nadleśniczy wyraził zgodę i łania przebywa w bezpiecznym miejscu. Podejrzewam, że zostanie tam aż do wczesnych miesięcy wiosennych. Jeżeli sama będzie chciała się oddalić, to na pewno tak zrobi, jak już trawa będzie zielona. To jest dzikie zwierzę, które przybyło z lasu, więc pewnie samo będzie chciało do lasu wrócić. Pewnie jednak daleko do lasu nie pójdzie, bo będzie czuła się bezpieczniej bliżej ludzi. Być może, kiedy będzie okres rykowiska, może dopiero wówczas pójdzie do lasu.

łania dzisiaj fot. Mieczysław Podkalicki

Tak historię opisał Mieczysław Podkalicki, myśliwy z Koła Łowieckiego „Jarząbek” z Ustrzyk Dolnych, do którego udał się gospodarz z Wańkowej, zaskoczony dzikim gościem.

***

Kiedy naturalny wróg staje się ostatnią nadzieją na przeżycie

– Łania nie chciała odejść spod tego mieszkania. Podejrzewam, że nawet tydzień by tam stała. Schroniła się wyraźnie przed wilkami mniej obawiając się ludzkiego sąsiedztwa niż lasu – wskazuje Olaf Jóźwik.

Być może ta łania swoje młode odchowała w pobliżu siedzib ludzkich, czując się w miarę bezpiecznie przy domach.

– Na tamtym terenie, by cielę przeżyło do okresu zimowego to jest ewenement. Prawie wszystkie cielaki są zagryzane przez wilki praktycznie do lata. O tej porze np. wyżej w górach rzadko kiedy można spotkać łanię, która prowadziłaby cielę. Jelenie w Ustrzykach Dolnych spacerują sobie między budynkami, domami, nawet blokami. Tam na siedem łań jest sześć cielaków, czyli prawie każda odchowuje swoje młode. Wilki nie wkraczają, bo jest za dużo ludzi – podkreśla myśliwy z Koła Łowieckiego „Gawra” w Lutowiskach.

Jelenie potrafią nawet paść się między domami w pobliżu wyciągu narciarskiego. Nic sobie nie robią z tego, że są filmowane.

– Tam również praktycznie na jedną łanię przypada jedno ciele. Kiedy przemieścimy się dalej od miasta, ale jeszcze na jego obrzeżach, to na przykładowe siedem łań są tylko trzy cielęta. Jeszcze dalej w pobliżu wiosek, gdzie to zagęszczenie siedzib ludzkich jest małe, praktycznie na siedem łań może jedna będzie miała cielę – akcentuje myśliwy, który wskazuje, że to wszystko przez nadmiar wilków.

Mieczysław Podkalicki, myśliwy z Koła Łowieckiego „Jarząbek” z Ustrzyk Dolnych, wskazuje, że ekolodzy, biolodzy mówią, że przyroda sama się obroni i da sobie radę.

Moim zdaniem da sobie radę, ale będzie to na krótką metę, dlatego że zwierzyna jest non stop przeganiana. Ilość wilków rośnie z roku na rok, bo wilk nie ma żadnego naturalnego wroga w naszych lasach. Niedźwiedź jest wszystkożerny, ale też nie pogardzi jeleniem. Doprowadzi to do tego, że liczba jeleni będzie drastycznie spadać z roku na rok, a nawet już spada – mówi doświadczony myśliwy.

Widać to w jeleniach bykach, na które polujemy. W tym roku wielu myśliwych m. in. ja nie wykonaliśmy odstrzału jeleni byków, bo jest ich za mało. Słabsze byki, selekcyjne, które odstrzeliwaliśmy, zostały już zdziesiątkowane. Polujemy na słabsze byki, które wykazują cechy selekcyjne, ale one są już wyłapywane przez wilki. Jeżeli wilki takie byki wyłapią, to potem wezmą się za byki o lepszej kondycji, porożu, czyli byki przyszłościowe. Taka będzie kolej rzeczy – dodaje Mieczysław Podkalicki.

Nie wszyscy mają tyle szczęścia

Na początku grudnia wataha wilków goniąc ofiarę, dopadła ją w środku nocy w Cisnej … w pobliżu szkoły [czytaj więcej]. 

– Z łanią w Cisnej stało się to samo, co z łanią w mojej miejscowości. Była goniona przez wilki i skierowała się w kierunku domostw w celu szukania pomocy. W nocy wilki nie odpuściły – opowiada Mieczysław Podkalicki, myśliwy z Koła Łowieckiego „Jarząbek” z Ustrzyk Dolnych.

atak wilka fot. fotopułapka z arch. Olafa Jóźwika

Jeżeli pogoń za łanią i innymi zwierzętami odbywa się w pobliżu wsi, to one kierują się w stronę domostw celem zapewnienia sobie bezpieczeństwa – zauważał myśliwy z 39-letnim stażem.

– Kilka lat temu w miejscowości Stuposiany była sytuacja, w której dzik został przegoniony przez watahę wilków i pobiegł w kierunku wsi. One nie dawały za wygraną. Dzik uciekając wbił się w przepust, chowając się tam, Niestety był większych rozmiarów i wszedł tylko jego przód. Wilki miały ułatwione zadanie. Takie sceny się dzieją. Kiedy polowałem, to widziałem na śniegu pobojowiska, gdzie wilki dorwą jelenia. To jest jedna wielka plama krwi na kilkunastu metrach kwadratowych – akcentuje myśliwy.

Łania w Cisnej nie miała szczęścia i została upolowana.

– Wilki nie odpuściły, ale ktoś je spłoszył (i zostawiły swój łup – przyp. red). Być może ta łania u mnie też podzieliłaby jej los, ale pies, który zaczął szczekać, ostraszył wilki. Tak mi się wydaje. Jest to przypadek świadczący o tym, że zwierzyna goniona przez wilka czy wilki, kieruje się w kierunku zabudowań. Tak było w Cisnej, Wańkowej i w przypadku dzika w Stuposianach, który wbił się w przepust – wskazuje.

To jednak nie wszystko. Są inne historie działalności wilków w pobliżu gospodarstw człowieka i to historie bardzo świeże.

– Sprawa sprzed tygodnia to zagryziony pies. Później sarna sprzed dwóch tygodni. Jest jeleń znaleziony przez myśliwego, w pobliżu którego było 12 tropów, czyli napadła go wataha – 12 wilków – i z tego byka ważącego jakieś 150 kg, został tylko łeb z porożem i trochę żeber – podkreśla Mieczysław Podkalicki.

Pies, który jest wypuszczony luzem w czasie spaceru lub polowania, coraz częściej nie wraca do właściciela. Musimy dosłownie trzymać go na przysłowiowym sznurku. W gospodarstwach psy muszą być pozamykane w kojcach. Nie mogą biegać luzem po podwórku, bo raczej długo by nie pobiegały. W nocy przyjdą wilki i rano tego psa już nie będzie, nawet z łańcuchów biorą – mówi z kolei Olaf Jóźwik, myśliwy z Koła Łowieckiego „Gawra” w Lutowiskach.

fot. Mieczysław Podkalicki

fot. Mieczysław Podkalicki

pies – fot Mieczysław Podkalicki

sarna – fot. Mieczysław Podkalicki

Mrożące krew w żyłach historie a rzeczywistość

Obwody łowieckie w Bieszczadach powstały po wojnie, kiedy na te tereny wkroczyło wojsko. Wówczas prowadzona była intensywna redukcja wilka, ponieważ było go bardzo dużo.

– Jeleni było mniej niż w tej chwili, wilki stanowiły zagrożenie również dla ludzi. Po wojnie w lasach znajdowało się wiele „grobów”, z których ludzkie zwłoki były prawdopodobnie pożerane przez wilki. W prasie ukazywały się artykuły, że gdzieś tam jakąś kobietę, dziecko, zaatakowały wilki. Jest to możliwe – może nie w tych czasach – może ja nie czuję się zagrożony w pewien sposób przez wilka, ale moje zwierzęta np. pies już tak – wskazuje Olaf Jóźwik.

Mieczysław Podkalicki, myśliwy z Koła Łowieckiego „Jarząbek” z Ustrzyk Dolnych, nie przypomina sobie, żeby w powojennej Polsce były przypadki, iż wilk zaatakował bezpośrednio człowieka.

– Kilka lat temu byłem na cmentarzu w miejscowości Lutowiska. Jest tam pomnik 3-letniej dziewczynki, która została śmiertelnie zaatakowana przez wilki, ale to było jeszcze przed wojną. To jest stary przedwojenny pomnik – mówi.

– Kolega opowiadał mi, że pewnego razu podczas wędrówki po lesie otoczyło go 6 sztuk wilków. On przy sobie nie miał nic i te 6 wilków szło z nim kilkaset metrów. Nie zaatakowały go, ale prowadziły przez dłuższy czas. Miały ochotę, ale czegoś się obawiały. Być może nie ma ataków, bo mają inne źródło pokarmów – podkreśla Mieczysław Podkalicki.

Drapieżnik o sporych możliwościach

Nie ma odstrzałów redukcyjnych populacji wilka. Samochody w Bieszczadach rzadko zabijają drapieżniki, bo nie ma tam wielkiego ruchu. Choroby też je omijają, a to w dużej mierze dzięki rozrzucanych szczepionkach na wściekliznę.

wilk potrącony śmiertelnie przez pojazd w miejscowości Wojtkowa 15 km. od Ustrzyk Górnych fot. Mieczysław Podkalicki

– Jedna wadera potrafi mieć nawet do 10 młodych. Znam przykład, że w odległości 2 km od siebie w jednej norze (właściwie norach, bo to jest cały system) było siedem młodych, które się odchowały. Natomiast dwa kilometry dalej w miocie, osiem młodych. W lecie te watahy rzucają młode na mniejsze terytorium, gdzie żywią się bobrami, drobniejszymi gryzoniami – typu nornik, a za jelenie biorą się zimą. Wówczas zbijają się w watahy nawet do 30 osobników, były już takie notowane w Bieszczadach i żaden jeleń nie ma szans – wskazał Olaf Jóźwik.

Saren w lasach bieszczadzkich prawie nie ma, dzików też nie (tu swoje zrobił ASF) w końcu i jelenie się skończą. Wilki zaczęły atakować konie, nawet dorosłe. Jak podkreśla myśliwy, atakują dorosłe krowy, nie cielaki, ale dwuletnie krowy, które ważą kilkaset kilo! Odszkodowania dla hodowców i rolników, aby zrekompensować im działania wilków pochodzą z budżetu państwa.

– To wszystko kosztuje, a straty są olbrzymie – mówi.

– W momencie kiedy wilki podejdą do gospodarstwa, to zabiją kota, psa, cielę, kozę. Takich sytuacji jest wiele. W Bieszczadach są różnego rodzaju hodowle, np. hodowla danieli. Był przypadek, gdzie ponad 20 danieli zostało zagryzionych przez watahę wilków, która się tam podkopała. Taka ilość zagryzionych np. owiec jest normalna. Zabijają 20 sztuk za jednym atakiem, szczególnie jesienią, kiedy uczą młode polować – podkreśla myśliwy z Koła Łowieckiego „Gawra” w Lutowiskach.

Nie zawsze, jak wskazują miejscowi, wszystkie owce są zagryzione. Część bywa tak pokaleczona, że trzeba je dobić albo po jakimś czasie leczenia zdychają.

– Czasami jest tak, że owce wyniosą do lasu, bo potrafią wynieść ofiarę nawet na grzebiecie. Osobiście nie widziałem wilka niosącego owcę na grzbiecie, jak na rysunkach, ale być może coś w tym jest, że potrafią to robić. Dwa lub trzy wilki łapią wówczas taką owcę, a że mają strasznie mocne karki, to podnoszą ją do góry i wynoszą dalej nawet o kilkaset metrów. Tam spokojnie ją konsumują – opowiada myśliwy.

– Mam film, nagrany na fotopułapce, gdzie wilki dopadły dzika, który ważył około 40 kg. Niosły go w trzy sztuki. Podejrzewam, że owce są w ten sam sposób wynoszone, bo część owiec nie odnajdujemy i rolnik nie dostaje nawet wówczas odszkodowania – dodaje.

fot. fotopułapka z arch. Olafa Jóźwika

Co na to ekolodzy i „ekolodzy”?

„Proszę 20 złotych na ochronę rysia. Proszę tutaj 20 złotych na ochronę wilka” – słyszymy od różnych aktywistów, których można spotkać jak siedzą z ulotkami gdzieś na ławeczce czy spacerują na deptaku w Warszawie. Ofiarodawcy, którzy podarują takie przysłowiowe 20 zł, są przekonani, że to dobry uczynek.

– Wręcz przeciwnie. Wilki tępią rysie. Przez to, że wilki wyjadły prawie wszystkie sarny, rysie musiały się przemieścić do niższych partii pogórza, gdzie nie ma takich drzewostanów jak w Bieszczadach. W górach rysi już prawie nie ma, bo nie ma sarny, która została wytępiona przez wilki – twierdzi Olaf Jóźwik.

Aktywiści zbierający środki na ochronę wilka i rysia, starają się przekonywać, że tych zwierząt jest mało. Miejscowi w tej sprawie odsyłają do ekspertów.

– Nie chcę mówić, czy jest ich dużo, czy mało, nie jestem naukowcem i nie prowadzę badań na ten temat. W Polsce w Państwowej Akademii Nauk są ludzie, którzy się tym zajmują. Oni już dawno bili na alarm, że trzeba zacząć redukować populację, bo jej nadmiar jest zagrożeniem dla innych gatunków oraz dla niej samej – mówi myśliwy z Bieszczad.

Powinna być równowaga i symbioza, gdzie populacje każdego gatunku są określone – akcentuje Olaf Jóźwik.

– Było dobrze, to ktoś zaczął się bawić w Pana Boga i niestety zrobiło się źle. <<Ekolodzy>> mają płacone pieniądze, przeważnie unijne, za jakieś programy, które piszą. Może tam trochę nakłamią i ktoś im daje za to pieniądze, część może uzbierają na ulicy czy na chodniku. Robią szkodę – wskazuje myśliwy i ponownie odsyła do Państwowej Akademii Nauk, która rzetelnie podchodzi do tematu.

– Z nimi warto porozmawiać o ochronie wilka i rysia, jak to widzą, żeby to nie był ani myśliwy, ani leśnik, tylko naukowiec, który jest bezstronny – uważa myśliwy z Koła Łowieckiego „Gawra” w Lutowiskach.

Mieczysław Podkalicki, myśliwy z Koła Łowieckiego „Jarząbek” z Ustrzyk Dolnych, powołując się na swoje obserwację wskazuje, że w Bieszczadach topnieje ilość sarny, która stanowi naturalną bazę pokarmową rysia.

Trochę go w Bieszczadach jest, chociaż mało osób go widzi. To zwierzę bardzo skryte, wspinające się na drzewach, ponadto jest bardzo czujnym kotem, unikającym kontaktu z człowiekiem. Ryś występuje, a sarna stanowi dla niego bazę pokarmową, więc jeżeli wilki wyłapią sarny, młode koźlaki saren, to co będzie jeść ryś? – zastanawia się.

Za dużo też niezdrowo

– Jelenie mają swoje ostoje i przebywa w nich po kilkanaście sztuk. Takich grup łań w tych ostojach bywało po kilkanaście, kilkadziesiąt. Kiedy wzrosła nadmiernie ilość wilków, tych ostoi już nie ma. Wilki non stop tej zwierzynie „wentylują” płuca – mówi Mieczysław Podkalicki z Koła Łowieckiego „Jarząbek” z Ustrzyk Dolnych.

Jak opisuje doświadczony myśliwy na okres zimowy jelenie gromadzą się w chmary, bo łatwiej im obronić się przed wilkami i egzystować zimą. Wiosną się rozchodzą i wracają do swoich siedlisk.

– Widziałem chmary jeleni maksymalnie po 30 sztuk, ale ponad 100 sztuk na własne oczy jeszcze nie widziałem. Czym są spowodowane tak wielkie grupy? To skutek strachu przed wilkami. Jeleń myśli podobnie jak człowiek, że jeżeli dołączy się do większej gromady, to jest mniejsza szansa na to, że zostanie złapany przez wilka – wskazuje myśliwy.


fot. myśliwy z Koła Łowieckiego „Jarząbek” z Ustrzyk Dolnych

– Kolega z mojego koła zaobserwował chmarę ponad 100 sztuk – podkreśla.

Mieczysław Podkalicki zauważył, że tak duże ilości zwierząt w jednym miejscu wiążą się z określonymi skutkami. Zwierzęta muszą żerować. Najpierw spod  pokrywy śniegu jelenie spożywają dziką jeżynę.

– Kiedy to zostanie zjedzone, to przerzucają się na młodnik, sadzonki. Proszę sobie wyobrazić spustoszenie, jakie taka ilość zwierząt robi w młodniku, którego zostaną zjedzone pędy wzrostu. Jeżeli roślina tego nie ma, to karłowacieje. To się wiąże ze stratami drzewostanu – akcentuje Mieczysław Podkalicki.

Gdy taką chmarę namierzą wilki, to ona w popłochu ucieka w las, nie patrząc na nic.

– Kiedy zostanie namierzona w dzień, to pół biedy, ale jak dzieje się to w nocy, to już gorzej. Miałem przypadki, że zostały odstrzelone jelenie byki czy łanie z połamanymi żuchwami. One biegnąc przez las je sobie łamią, galopując w ciemnym lesie, uderzają w drzewa. To jest normalny skutek takiej ilości zwierzyny, która pędzi przed siebie, bo jest goniona przez wilki. Takie dantejskie sceny się w naszych lasach rozgrywają. Skutkiem dużej chmary są zniszczenia w drzewostanie. To rzecz nienaturalna, która nie powinna mieć miejsce. Chmara powinna liczyć maksymalnie 20-30 sztuk – uważa myśliwy z Koła Łowieckiego „Jarząbek” z Ustrzyk Dolnych.

Gdyby zabrakło jeleni

– Wilki będą musiały zabić to, co mają pod łapą – akcentuje Olaf Jóźwik.

– Był przypadek, i to nie jeden, że wilki zagryzały wilczyce. Na porządku dziennym są walki między samcami o panowanie, ale żeby zdrowa samica została zagryziona przez watahę wilków, samica, która tylko weszła na terytorium obcej watahy? – zastanawia się myśliwy z Koła Łowieckiego „Gawra” w Lutowiskach.

Naukowcy stwierdzili, że była to młoda wilczyca.

– Moi koledzy leśnicy, obserwowali tę zagryzioną wilczycę przez około dwa tygodnie. Po tym czasie wataha ją zjadła, czyli wystąpił kanibalizm. Prawdopodobnie wataha nie miała co jeść i z głodu zżarła wilczycę, którą zabiła dwa tygodnie wcześniej. Trudno jest przetrwać jeleniowi, ale równie trudno chronionemu wilkowi. One same siebie już zagryzają – akcentuje Olaf Jóźwik.

– Cieląt już prawie nie ma, łanie mające cielaki są raczej bliżej miasta. Podejrzewam, że jakby przy Ustrzykach Dolnych zliczyć najbliższe tereny leśne i ogródki działkowe, to przy terenie miasta będzie przynajmniej 300 sztuk jeleni – uważa.

Hybryda istnieje

Na pytanie, co jest największym zagrożeniem w tej chwili, miejscowy myśliwy nie ma wątpliwości.

– Błąkające się wilki, które chcąc się rozmnażać i nie znajdując na swoim nowym terenie partnera do rozrodu, zaczynają się krzyżować z psami – wskazuje Olaf Jóźwik.

Takich hybryd jest coraz więcej. Wszystko przez to, że zdziczałe psy, które pałętają się po lesie, tworzą pary z wilczycami i mają potomstwo. To potomstwo jest płodne i dalej się rozmnaża.

– Takie wilki nie będą się bały ludzi, bo są skrzyżowane z psami. Na to jest dużo dowodów. Są prowadzone odstrzały, kiedy naukowcy zauważą, że gdzieś jest hybryda, którą można rozpoznać po innym kolorze. U nas zostały odstrzelone trzy hybrydy. Badania genetyczne potwierdziły, że to krzyżówki psa z wilkiem. W innych częściach Polski też to się zdarza. Tam gdzie 100 lat nie było wilka w tej chwili są regularne watahy, które żywią się tym, co myśliwi i leśnicy wyhodowali w lesie. Te wilki wędrują dalej, poza granicę Polski. Słowacja już dawno prowadzi odstrzał redukcyjny, który chcą zastosować również Czesi i Niemcy – podkreśla myśliwy z Koła Łowieckiego „Gawra” w Lutowiskach.

Kłusownik lepszy od myśliwego?

Ekolodzy twierdzą, że myśliwi powinni przestać polować, bo wilki nie mają co jeść. W odpowiedzi myśliwy wskazuje, że największym drapieżnikiem w Polsce nie jest niedźwiedź, który jest wszystkożerny i w lecie zajmie się czym innym, a w zimie, jak nie śpi, to poluje. Największym drapieżnikiem jest człowiek. Jeśli myśliwy przestanie polować, to wtedy wejdzie kłusownik.

– Oni są bezwzględni. Człowiek, który się tym trudni, kiedy spotka zwierzę, które może skłusować, zabije je, bo robi to dla zysku – zauważa Olaf Jóźwik.

Myśliwy spotykając zwierzynę, którą chce upolować, musi być wpisany w dany sektor, mieć odpowiednią licencję. Często oglądając 10 jeleni, do żadnego nie odda strzału, bo akurat nie były zgodne z odstrzałem, który ma wypisany, czyli jeleń był albo za młody, za stary, albo po prostu nie nadawał się do odstrzału. Prowadzimy selekcję w formie poroża, patrzymy na wiek zwierzęcia, oceniamy i dopiero ewentualnie mając pozwolenie, dokonujemy odstrzału. Czasami mamy takie obostrzenia, że nawet chcąc upolować dane zwierzę, nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Wolimy sobie pooglądać, bo może znajdziemy ciekawszego osobnika itd. Kłusownik jak już ma zwierzę w odpowiedniej odległości, które jest w stanie zabić, robi to – podkreśla.

„Nie chcemy, żeby wilk był z powrotem zwierzęciem łownym”

Nie jestem zwolennikiem organizowania ogromnych polowań na wilki, ale na przestrzeni kilkudziesięciu lat, kiedy poluję, zauważam, że poprawił nam się genotyp jelenia, który jest lepszy niż w latach 80 i 90. To wszystko dzięki selekcji. Wilk też spełnia niezwykłą rolę w łowisku eliminując najsłabsze osobniki szczególnie wśród łań, ale my jako myśliwi także mamy zwierzynę do odstrzału. Opracowywany jest plan pozyskania zwierzyny na dany obwód łowiecki. To jest ściśle związane z inwentaryzacją – akcentuje Mieczysław Podkalicki, myśliwy z Koła Łowieckiego „Jarząbek” z Ustrzyk Dolnych.

fot. fotopułapka z archiwum Mieczysława Podkalickiego

– Chcemy, żeby wilki były, bo są takimi sprzątaczami sztuk, które są chore i słabe, ale one też muszą być słabe, żeby się brały za słabe sztuki – mówi Olaf Jóźwik i proponuje, aby zrobić tak jak np. z bobrem, którego odstrzały redukcyjne są prowadzone.

– Wcześniej były odłowy czy przesiedlenia bobrów w miejsca, gdzie ich nie było. Dobrze że wilki bardzo lubią polować na bobry, przywraca to trochę równowagę, ale zimą wilki nie mogą się do nich dobrać. Przed zimą bobry ścinają drzewa i wciągają pod wodę, po to, żeby nie wychodzić na mróz, śnieg, lód. Tak  żyją sobie aż do wiosny. Wilki mogą wtedy tylko pochodzić wokół i posłuchać, jak bobry w norach chrupią. Na wiosnę znowu zaczyna się redukcja bobra – wskazuje myśliwy z Koła Łowieckiego „Gawra” w Lutowiskach, podkreślając, że wypowiada się jako myśliwy i ma do tego prawo, bo ta grupa, która hodowała w Bieszczadach populację będące w tej chwili zdziesiątkowane, jest najbardziej pokrzywdzona.

– Dla mnie wilk jest pięknym drapieżnikiem, jest potrzebny w łowisku, ale w odpowiedniej ilości – podkreśla.

Paweł Palembas. radiomaryja.pl

drukuj