fot. PAP/EPA

Mieszkańcy Brukseli jednoczą się, by okazać sprzeciw wobec terroru

Mieszkańcy Brukseli, w tym wielu muzułmanów, utworzyli w środę krąg wokół zniczy i kwiatów  składanych przed budynkiem giełdy, by w ten sposób, chwytając się za ręce, pokazać jedność i sprzeciw wobec ataków terroru, do jakich doszło dzień wcześniej w ich mieście.

W południe w kilku miejscach w Brukseli zebrali się ludzie, by w trakcie minuty ciszy wspólnie oddać hołd tym, którzy zginęli w czasie wtorkowych zamachów. W głównym budynku Komisji Europejskiej zebrali się najważniejsi urzędnicy unijni, w tym szef KE Jean-Claude Juncker, premier Belgii Charles Michel oraz król Belgów Filip.

Na ulicach Brukseli dzień po tragicznych wydarzeniach było mniej pieszych niż zazwyczaj. Najbliższa okolica stacji metra Maelbeek, gdzie wybuch zabił co najmniej 20 osób, jest nadal zamknięta. Premier Belgii, szef KE, a także premier Francji Manuel Valls złożyli wieńce przed wejściem na stację. Na miejscu nadal pracują służby.

W mieście mniej niż we wtorek widoczne jest wojsko czy policja. Zniknęły wozy pancerne, które rozstawiono w krótko po zamachach w bocznych uliczkach odchodzących od Parlamentu Europejskiego. Przechodnie i turyści mogą podejść do budynków instytucji europejskich, co jeszcze kilkanaście godzin wcześniej było niemożliwe.

Więcej wojska było przy dworcu kolejowym w centrum miasta, Gade du Nord. Przed budynkiem stało kilka wozów wojskowych, a placu strzegli żołnierze z długą bronią. Chcący wejść na dworzec musieli wyłożyć swoje torby na stół, by zostały one sprawdzone przez oddelegowanych do tego zadania kilku policjantów.

W mieście tylko częściowo przywrócono komunikację publiczną. Metro zatrzymuje się tylko na wybranych stacjach. Ci, którzy wyszli na ulice, powtarzają, że po zamachach w Paryżu należało się spodziewać, że zaatakowana zostanie również Bruksela.

„Nie ma powodu, by chować się w domu. Coś, z czym my mieliśmy do czynienia wczoraj, może zdarzyć się gdziekolwiek w każdej chwili” – powiedział w Brukseli Tanguy Smets, pracownik zarządu transportu miejskiego. Jak relacjonuje, ludzie są spokojni, dzień po zamachach nie widać nerwowości na ulicy.

Widać za to puste sklepy i posępne miny sprzedawców pamiątek. Na zatłoczonym zwykle Grand Place będącym jedną z głównych atrakcji turystycznych Brukseli błąkają się tylko pojedyncze grupki turystów. „Ludzi jest mniej niż zazwyczaj” – powiedziała PAP patrolująca okolice funkcjonariuszka policji.

Kilka kroków dalej na Place de la Bourse, czyli deptaku przed giełdą, urządzono symboliczne miejsce pamięci. Już w kilka godzin po zamachach zaczęły się tam pojawiać kwiaty i znicze. W środę przed południem przybyli na miejsce ludzie trzymając się za ręce utworzyli krąg.

„Przyszłam tu, by solidaryzować się z tymi, którzy ucierpieli. Nie popieramy tych ataków. Modle się za ofiary” – powiedziała Neila, trzydziestokilkuletnia kobieta w chuście muzułmańskiej.

„Urodziłam się kilka ulic stąd. Jestem Belgijką. Nigdy nie opuszczę tego miejsca, to mój dom. Musimy żyć razem” – dodaje pytana, czy nie obawia się negatywnej reakcji społeczeństwa na działania ekstremistów.

W Belgii mieszka kilkaset tysięcy muzułmanów. Kilkuset z nich wyjechało do Syrii, namówionych przez dżihadystów, by wspierać w walce tzw. Państwo Islamskie. Belgia miała najwyższy w Europie odsetek tzw. zagranicznych bojowników. Część z nich powróciła do kraju i stanowi potencjalne zagrożenie.

Neila nie ma wątpliwości, że problemem jest dostęp do mediów społecznościowych, gdzie radykalni islamiści indoktrynują młodych, by przyciągnąć ich do siebie. „Powinni im to uniemożliwić” – uważa muzułmanka.

Aby okazać wsparcie, przed budynkiem giełdy rozkładano też flagi, m.in. francuską, brazylijską, hiszpańską, portugalską czy algierską. W samo południe na Place de la Bourse i na schodach giełdy zebrało się kilkaset osób. Wtorkowe wydarzenia i reakcje miasta dzień później relacjonowały media z całego świata.

Jednak taka sława martwi Belgów, zwłaszcza tych pracujących w branży turystycznej. „Dla mnie to koniec” – nie kryje rozgoryczenia Tibo, który powozi zaprzęgiem konnym obwożąc turystów po najciekawszych zakamarkach miasta. „Już od dłuższego czasu ubywało nam klientów. Teraz chyba już nikt nie będzie tu przejeżdżał” –  prognozuje trzydziestokilkulatek.

Faktycznie od końca października, gdy po zamachach w Paryżu przeprowadzono spektakularne, ale nie przynoszące efektu rajdy policji w poszukiwaniu podejrzanych o organizowanie ataków, wypełnione zazwyczaj brukselskie restauracje i puby wokół starówki zaczęły tracić gości. „Poważnie zastanawiam się nad zmianą branży” – powiedział woźnica.

Wtorkowe zamachy do, których przyznało się IS, pochłonęły ponad 30 ofiar. Ponad 200 osób zostało rannych. Belgijskie media piszą, że było to najtragiczniejsze wydarzenie w najnowszej historii kraju.

PAP/RIRM

drukuj