
M. Jatczak o deportacjach na Syberię: To były naprawdę trudne i ciężkie czasy. Serca mamy poorane. Wszyscy Sybiracy
Tatuś znał osobę, która go wydała i przez niego wyjechaliśmy na Sybir. Ale mówił: „Słuchajcie, może dobrze, że to my pojechaliśmy, bo przeżyliśmy. Jakby pojechała inna rodzina, kto wie, może by nie przeżyła. A my jednak na tej Syberii daliśmy radę (…)”. Serca mamy poorane. Wszyscy Sybiracy. Losy Sybiraków były bardzo podobne, gdziekolwiek by nie byli, ale wiara i nadzieja trzymały nas przy życiu. Tato mawiał: „Pamiętajcie, nic nie trwa wiecznie i musi się coś zmienić. Musimy wierzyć” – wskazała Marta Jatczak, sybiraczka, członek Wojewódzkiej Rady Kombatanckiej przy Wojewodzie Kujawsko-Pomorskim, w programie „Rozmowy niedokończone” na antenie TV Trwam.
Minęło 85 lat od pierwszej masowej wywózki Polaków na Sybir przeprowadzonej przez NKWD. 10 lutego 1940 roku w głąb Związku Radzieckiego wywieziono około 140 tysięcy polskich obywateli. Deportowani byli przymusowo transportowani w bydlęcych wagonach w trudnych warunkach, gdzie wielu zginęło już w trakcie drogi. [czytaj więcej]
O swojej trudnej historii w programie „Rozmowy niedokończone” na antenie TV Trwam opowiedziała Marta Jatczak, sybiraczka, członek Wojewódzkiej Rady Kombatanckiej przy Wojewodzie Kujawsko-Pomorskim. Wskazała, że już 17 września rozpoczęły się wywózki na Sybir. Natomiast – jak przypomniała – masowy barbarzyński wywóz rozpoczął się 10 lutego 1940 roku.
– Moja historia sięga lat późniejszych, bo roku 1948. Rodzice – żołnierze Armii Krajowej, uczestnicy akcji Burza, kryptonim Ostra Brama, gdzie walczyli o Wilno 6-7 lipca 1944 roku – 13 lipca zostali zwolnieni z przysięgi wojskowej i mogli wracać do swoich domów, względnie oddać broń. Wrócili tam, gdzie była ich jednostka Armii Krajowej – do Puszczy Rudnickiej. Tam się przez jakiś czas ukrywali – wspomniała Marta Jatczak.
– W 1948 roku robiono wtedy jeszcze czystkę wśród żołnierzy Armii Krajowej i wywożono na Sybir głównie AK-owców. Moja rodzina na tej liście się znalazła. Zostaliśmy wywiezieni z dwóch paragrafów: jako „rodzina bandycka”, czyli AK-owska, i rodzina kułacka, bo dziadkowie to posiadacze ziemscy – wspomniała.
Deportacje Polaków na Sybir były wydarzeniem, które wstrząsnęło życiem wielu rodzin. Zdarzały się one zawsze w nocy. NKWD zjawiało się nieoczekiwanie, by wydawać wyrok na całe życie. Pojmanie i wywózka oznaczały brutalne rozdzielenie rodzin i skazanie ich na nieznany los.
– Przyszli, żeby wydać wyrok: jesteśmy deportowani, wywożeni z domu. Nie było powiedziane dokąd. Było tylko powiedziane, że na całe życie. Dali nam godzinę na spakowanie się, w środku nocy. W domu już był komplet rodziny: tatuś, babcia, mamusia i ja, roczne dziecko. To był straszny moment. Mamusia dostała szału. Tak krzyczała, że wszyscy okoliczni mieszkańcy się zlecieli. Nie wiedzieli, co się dzieje, a ona nie wiedziała co ma zrobić – zaznaczyła.
Marta Jatczak ukazała losy Sybiraków i walkę o przeżycie w ekstremalnych warunkach. Wspomniała, że rodzice za wszelką cenę próbowali ratować jej życie.
– Mama kombinowała co zrobić, żeby mnie uratować. Starała się podrzucić dziecko którejś z sąsiadek, żebym została, żeby mnie uratować. (…) Ale tato zawsze trzeźwo myślący powiedział: „Absolutnie dziecko musi jechać z nami na dobre i na złe. Co się stanie, trudno, ale dziecka nikomu nie oddajemy” – mówiła sybiraczka.
Był to początek dramatycznej podróży. Przemieszczając się w warunkach pełnych głodu i niepewności, Polacy musieli zmagać się nie tylko z zewnętrznym zagrożeniem, ale i z brutalnymi działaniami sowieckich strażników.
– Babcia chciała wsiąść z obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej, ale NKWD-zista wyrwał go z jej rąk, roztrzaskał i wyrzucił. Tatuś chciał ratować ten obraz. NKWD-zista powiedział, że jak jeszcze raz coś takiego zrobi, to go zastrzeli. Zawieźli nas na dworzec do Wilna, na stację Rudziszki, i tam nas kompletowali. W tym wagonie już byli inni zesłańcy – podkreśliła.
– Całe szczęście, że tatuś zabrał ze sobą scyzoryk. Tym scyzorykiem w nocy wywiercił po prostu dziurę w podłodze. Ludzie w ten sposób mogli załatwiać swoje potrzeby– wspomniała.
Podróż trwała trzy tygodnie. Niezrozumienie celu wywózki, niepewność o przyszłość, strach przed śmiercią były codziennością deportowanych.
– Wysadzili nas z tych wagonów. Wszyscy siedzieli wzdłuż torów, a pociągi odjechały. Już nie było tych NKWD-zistów. Nie było nikogo. Zostaliśmy sami. Sami wszyscy zesłańcy i nie wiedzieliśmy, co z nami teraz będzie. Każdy się rozglądał. Widać tylko było tajgę. Tatuś wypatrzył chatkę i tam podszedł. Mieszkała tam Rosjanka z trójką dzieci, bo jej mąż zginął na wojnie. Poprosił ją, czy byśmy mogli przenocować. Może jedną noc, może kilka nocy. (…) Zgodziła się, bo widziała, że ma małe dziecko. Mieszkaliśmy u niej rok. (…) Ludzie nie mieli gdzie mieszkać, bo nie było przygotowanych żadnych pomieszczeń. Budowali sobie lepianki, kopali w ziemi, żeby gdzieś zamieszkać, żeby znaleźć jakieś miejsce – zwróciła uwagę.
– To były naprawdę bardzo trudne i ciężkie czasy. Ta trauma pozostała na całe życie. Dlatego my, Sybiracy, jesteśmy tacy dzielni. Niewiele od życia potrzebujemy, niewiele. Cieszy nas to, że jest spokój, że mamy co jeść, że mamy swoje domy, mieszkania – podkreśliła Marta Jatczak.
Dodała, że do nikogo nie czują urazy i wszystkim wybaczono.
– Tatuś znał osobę, która go wydała i przez niego wyjechaliśmy na Sybir. Ale mówił: „Słuchajcie, może dobrze, że to my pojechaliśmy, bo przeżyliśmy. Jakby pojechała inna rodzina, kto wie, może by nie przeżyła. A my jednak na tej Syberii daliśmy radę (…)”. Serca mamy poorane. Wszyscy Sybiracy. Losy Sybiraków były bardzo podobne, gdziekolwiek by nie byli, ale wiara i nadzieja trzymały nas przy życiu. Tato mawiał: „Pamiętajcie, nic nie trwa wiecznie i musi się coś zmienić. Musimy wierzyć” – zaznaczyła.
Po wielu latach strachu i niepewności rodzina dotarła na ziemie odzyskane 21 września 1956 roku. Ale powrót do Polski nie był łatwy. Wspomnienia z Syberii wciąż żyły w sercach deportowanych, a odnalezienie się w nowym kraju było pełne trudności. Zaczynając od faktu, że nie byli tam oczekiwani.
– Tak jak mówił ten komendant na Syberii: „Wy tak nie myślcie, że ktoś będzie na was czekał w tej Polsce. Wy tutaj zostańcie, a będziecie kimś. W Polsce nikt na was nie czeka”. I tak było. Nikt nas tutaj nie oczekiwał. Byliśmy nazywani przez długie lata „ruskimi”. Dziećmi ruskimi na polskiej ziemi – mówiła Marta Jatczak, sybiraczka.
radiomaryja.pl


