„Los już mną zawładnął”

Taki jest tytuł wydanych przez gdański oddział IPN wspomnień Janiny Fieldorfowej, żony skazanego na śmierć gen. bryg. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” – najwyższego rangą oficera Polskiego Państwa Podziemnego, zamordowanego po wojnie przez sowieckich komunistów na terenie zniewolonej Polski. Zamordowanego i pohańbionego, bo oprawcy zdecydowali, że zginie na szubienicy jak pospolity przestępca.

 
Generał „Nil” już dawno został „zrehabilitowany” w okresie tzw. popaździernikowej odwilży, ale sprawa „Nila” nigdy się dla nas nie zakończy. Jest otwartą raną na narodowej dumie Polaków.

Wypowiadane na apelach poległych słowa „Jest wśród nas!” mają w przypadku „Nila” szczególną wymowę. Doskonale rozumiała to córka „Nila” – Maria Fieldorf-Czarska, która wielokrotnie o tym mówiła (najchętniej w „Naszym Dzienniku” i w Telewizji Trwam) i do śmierci domagała się choćby symbolicznego aktu ukarania sprawców mordu na „Nilu”. Bez skutku. W „wolnej” Polsce! Zamiast tego usłyszała od znanego reżysera filmowego Ryszarda Bugajskiego, że jest „antysemitką” (!), a od Aliny Całej z Żydowskiego Instytutu Historycznego, że „Polacy są w pewnym sensie winni śmierci wszystkich Żydów”! Na list otwarty pani Marii w tej sprawie Cała nigdy nie odpowiedziała. Bugajski przeprosił, bo z panią Marią nie było żartów…

„Czy to moja wina – pytała mnie nieraz – że jakoś tak się złożyło, że prawie wszyscy oprawcy mojego Ojca byli Żydami? Ja nie stawiam żadnych tez, ale chyba wolno mi głośno konstatować oczywiste fakty? Skoro Jan Tomasz Gross pisze, że likwidacja sowieckich konfidentów po wojnie, przez nasze podziemie niepodległościowe, była przejawem „antysemityzmu”, to mnie chyba tym bardziej wolno traktować śmierć Ojca jako przejaw antypolonizmu?”. Bardzo cierpiała, mówiąc to, a mnie trudno było znaleźć słowa pocieszenia.

Dla pani Marii dochodzenie do pełnej prawdy o oprawcach ojca i dochodzenie do sprawiedliwości to nie była sprawa osobista. „Osobiście to ja się za Ojca modlę i czekam na spotkanie z Nim” – mówiła często. Nie spotkałem w życiu drugiej osoby, która w tak naturalny sposób traktowałaby śmierć. Nie jako moment destrukcji i związanego z nią lęku, lecz jako spotkanie z ukochanymi osobami.

 

Matka i córka

Nie musiałem długo dociekać, skąd brała się pasja Marii Fieldorf-Czarskiej w poszukiwaniu prawdy i sprawiedliwości. Kiedyś wręczyła mi kasetę magnetofonową ze słowami: „Posłuchaj tego spokojnie w domu”. Przesłuchałem dwa razy, potem usiadłem do komputera i wszystko przepisałem. Byłem głęboko wzruszony i przejęty. Kaseta zawierała przejmującą relację Janiny Fieldorfowej – nie tylko na temat męczeństwa i śmierci Męża. Były tam także piękne wspomnienia z czasów młodości „Nila”, z pierwszego spotkania, szczęśliwego życia, narodzin córeczek, niepokoju, ale i dumy. Przepisany z kasety tekst przekazałem kiedyś wybitnej aktorce dramatycznej Halinie Winiarskiej z Gdańska.
„Proszę dokonać skrótów według swego uznania” – poprosiłem. Po kilku dniach pani Winiarska powiedziała mi przez telefon, wyraźnie wzruszona: „Wie pan, nie znalazłam niczego do „skrócenia””… Czytała te wspomnienia przez 40 minut u Sióstr Brygidek w Gdańsku, w obecności ks. bp. Ryszarda Kasyny i 200-osobowego audytorium, które słuchało tekstu z zapartym tchem:
„Wybijają się na czoło jego cechy. Nazwijmy to może patriotyzmem, chociaż to słowo w obecnej rzeczywistości nabrało innego, obrzydliwego wydźwięku. To raczej miłość. Miłość ta przewyższała wszystkie inne uczucia. Polska. W imię tej miłości, nie oglądając się, ruszył z domu 6 sierpnia, szczęśliwy, że będzie służył Tej, którą tak kochał, która potrzebowała takich jak on zapaleńców. Drugie miejsce w jego sercu zajął Komendant. On, Wódz, prowadził ich drogą, która na pewno była słuszna, choć nieraz jeszcze ciężka. Jakże boleśnie, dosłownie, krwawiły mu stopy. To nic, wszystko można znieść, bo wizja Niepodległej Ojczyzny, którą im ukazywał Komendant, była tak oszałamiająco piękna, i tak mimo wszystko realna, że warto było walczyć, cierpieć i głodować (…).
Był niezwykle czułym ojcem. Kochał dzieci. I gdziekolwiek go los zaniósł, zawsze potrafił otoczyć opieką dzieci, które odczuwały w nim dobroć i miłość i garnęły się same do niego. 20 marca 1925 r. rodzi się druga córka, Maria. Emil urodził się również 20 marca i był od swej młodszej córki o 30 lat starszy. Kiedy powiedziałam o tym mojej małej Marysi, ucieszyła się: „Ojej, to my z tatusiem jesteśmy bliźnięta!” (…).
On, urodzony krakowianin, był tak serdecznie związany z Wilnem, że kiedy go pytano we Francji, z jakiej dzielnicy pochodził, odpowiadał zawsze – z Wilna. W Lille mieszkała wówczas z mężem pani Dorożyńska, siostra Marii Malickiej. Obie znały Emila od dziecka, rodzice mieszkali w sąsiedztwie. Kiedy pani Dorożyńska dowiedziała się, że przyjechał do Paryża Emil Fieldorf, ucieszyła się, że zawitał jej towarzysz zabaw dziecięcych. Była oburzona, kiedy ją poinformowano, że „to ktoś inny, bo ten Fieldorf twierdzi, że jest z Wilna”. Wyraziła mu to swoje oburzenie przy spotkaniu. Emil śmiał się i tłumaczył, że do Wilna przywiązał się całym sercem (…).
10 listopada 1950 r. został aresztowany w Łodzi, na ulicy. Na próżno czekałam na niego tego dnia, a w nocy zjawili się ubowcy, przeprowadzili rewizję, siedzieli przez cały tydzień. Nic podejrzanego nie znaleźli, a skoro tylko opuścili nasz dom, niezwłocznie pojechałam do Warszawy. W więzieniu na Mokotowie powiedzieli mi, że takiego nie ma.

W prokuraturze wojskowej nie chcieli mi powiedzieć, i dopiero w grudniu oświadczyli, że mogę się starać o widzenie w sądzie wojewódzkim. Otrzymałam to widzenie. Z bijącym sercem stałam przy kratce, jak to w więzieniu. Ukazał się Emil ze strażnikiem. Bał się widocznie, że się załamię, że zacznę płakać i od razu zaczął pytać o dzieci, o rodzinę, o ojca. Dziwił się, że go znalazłam. Trzymałam się, nie płakałam. Dopiero jak wyszłam za bramę, zalałam się łzami.

Z początku nie pozwolili zaangażować adwokata. Wyznaczyli z urzędu takiego Żyda, nie pamiętam jego nazwiska. Byłam u niego. Rozmawiał grzecznie, ale na końcu powiedział tak: „Pani mąż to człowiek ze stali, nie okazuje ani skruchy, ani żalu. Szkoda, że on nie jest po naszej stronie, my potrzebujemy takich ludzi” (…).
2 lutego 1953 r. ostatni raz widziałam Emila (…). Przyprowadził go jakiś starszy, bardziej ludzki, strażnik. Wprowadził Emila przed kraty, spojrzał na mnie wymownie i odszedł. Po raz pierwszy zostaliśmy sami. Wtedy Emil powiedział: „Czy wiesz, dlaczego mnie skazali? Bo odmówiłem współpracy z nimi. Pamiętaj, żebyś nie prosiła ich o łaskę! Zabraniam tego!”. Powiedziałam: „Ale ja nie tracę nadziei, walczę o ciebie”. Potem przyszedł strażnik, oświadczył, że widzenie skończone, Emil wyszedł. Głowę miał pochyloną”…

 

Świadectwo

Potem się okazało, że to nagranie nie jest jedynym świadectwem żony o mężu. Któregoś dnia pani Maria pokazała mi 16 zeszytów zapisanych przez mamę, począwszy od lat 50. Niełatwa to była lektura. Janina Fieldorfowa pisała spontanicznie, w sposób nieuporządkowany, z potrzeby serca. Widać było, że to nie jest zaplanowany z rozmysłem dziennik czy nawet pamiętnik. Raczej odbicie duszy, nastroju. Pisała, gdy doskwierała jej tęsknota, wspomnienia. Powiedziałem pani Marii, że to trzeba opracować i wydać. Wahała się. W tych zapiskach było sporo fragmentów osobistych, intymnych. Zaręczyłem za moje koleżanki i kolegów z gdańskiego IPN, że zrobią to z szacunkiem dla rodziny. Zawierzyła.

Potem inicjatywę przejęli pracownicy Oddziałowego Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN Gdańsk, z naczelnikiem Biura Marzeną Kruk. Przez wiele miesięcy trwało żmudne wpisywanie i porządkowanie wspomnień, potem ich opracowanie i objaśnienia w przypisach. W tym czasie pani Maria odeszła od nas.

Na pogrzebie w Warszawie byli młodzi archiwiści z gdańskiego Biura IPN, którzy pracowali nad wspomnieniami Janiny Fieldorfowej: Anna Dymek, Karol Lisiecki i Janusz Jurach. Widać było, że mają szczególny stosunek i do tych wspomnień, i do Marii Czarskiej, i do całej sprawy generała „Nila”. Dzieło ukończyli i dziś oddają Polsce świadectwo żony „Nila”. Dziękujemy. Za tytuł przyjęli znamienne słowa wyjęte z tych wspomnień.

 

Tak krótko…

Książka ma 170 stron, zawiera – poza wspomnieniami Janiny Fieldorfowej – rzetelny wstęp Anny Dymek i Karola Lisieckiego, bibliografię sprawy „Nila”, indeks osobowy i liczne zdjęcia z archiwum rodzinnego Fieldorfów. Autorzy opracowania poszukiwali ram wspólnego życia Emila i Janiny. Odnaleźli je w dwóch zapiskach:
„Wilno 1919: Nagle czuję, że ktoś uporczywie mi się przygląda. Spojrzałam, nie przeczuwając, że oto przeznaczenie, oto los już mną zawładnął. Bardzo szczupły, o śniadej twarzy i ogromnych ciemnych oczach podporucznik wyciąga w moją stronę parę narcyzów. A jeden był złamany. Mój Boże, jak to dobrze pamiętam”… Warszawa 1953: „2 lutego ostatni raz widziałam Emila. Był smutny, serce mi pękało z bólu i rozpaczy”…
34 lata wspólnego życia. Aż 34? Tylko 34? „Nil” umierał w 58. roku życia. Dużo to czy mało? Właśnie uświadomiłem sobie, pisząc te słowa, że mam 58 lat, jesteśmy z żoną 34 lata po ślubie, mam jedną wnuczkę. Dokładnie tak jak on. Tak się jakoś złożyło. Tyle mam jeszcze do zrobienia, tyle planów… Więc niech nikt mnie nie pyta, czy to dużo, czy mało.

 


Janina Fieldorf „Los już mną zawładnął… Wspomnienia”. Wyd. IPN, Gdańsk 2012. Kolportaż: Anna Nornicka – delegatura IPN w Bydgoszczy, tel. (52) 325 95 28, Paweł Sprusik – IPN Gdańsk, tel. (58) 660 67 03.

drukuj