Kto utnie głowę hydrze?

Orzeł i reszka

W zgiełku kampanii wyborczej, w której partie zajmują się przede wszystkim wzajemnym dokopywaniem, a uwaga opinii publicznej koncentrowana jest na trzeciorzędnych wydarzeniach, umykają sprawy najważniejsze dla przyszłości Polski. W dniach 18-19 października ma się odbyć w Lizbonie szczyt, na którym zostanie przyjęta tzw. europejska konstytucja. Polskie władze zgadzają się na traktat konstytucyjny, ale chcą, aby zapisać w nim tzw. mechanizm z Joaniny, który w przypadku braku akceptacji pozwala na okres kilku lat odwlec kontrowersyjną decyzję.


Jednak Polska jest osamotniona ze swoim stanowiskiem. 26 krajów członkowskich jest przeciwnych mechanizmowi blokowania decyzji. Kraje UE odwołują się przy tym do ustaleń czerwcowego szczytu w Brukseli, gdyż ta kwestia – według nich – wykracza poza uzgodniony wówczas mandat negocjacyjny, choć przedstawiciele polskich władz utrzymują, że była ustna zgoda na Joaninę, lecz nie zostało to zapisane. Unia Europejska gotowa jest jednak pójść na inne ustępstwo i kusi. Jeśli będziemy „grzeczni”, to przyzna Polsce prestiżowe stanowisko rzecznika generalnego w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości, dające większy wpływ na kształt unijnego prawodawstwa, ale pod warunkiem, że zrezygnujemy z walki o Joaninę.

W zaciszach gabinetów toczy się zatem dyplomatyczna gra. Problemem jest jednak nie tylko tryb podejmowania decyzji w UE, ale kwestie znacznie bardziej fundamentalne. Czym ma być zjednoczona Europa i do jakiej tradycji ma się odwoływać. Bełkotliwe, rozwlekłe i napisane w eurokratycznej nowomowie, dzieło opracowane przed kilku laty pod kierunkiem Valery’ego Giscarda d’Estaing zwane konstytucją europejską, po odrzuceniu przez Francuzów i Holendrów w referendach, zostało obecnie zmodyfikowane przez Angelę Merkel. Nadal nie ma w nim jednak odniesienia do chrześcijaństwa (choć Merkel obiecywała Benedyktowi XVI, że będzie o to walczyła), a Unia Europejska uzyskuje osobowość prawną. W konsekwencji przyjęcie traktatu konstytucyjnego z Joaniną czy bez (niewielka to pociecha, że utracimy suwerenność w 2017 r. zamiast w 2014 r.) nie zmienia faktu, że Polska stałaby się de facto prowincją z ograniczoną autonomią superpaństwa europejskiego zarządzanego przede wszystkim przez Niemcy.

Rządząca partia na użytek wewnętrzny głosi propagandowe hasło „nie oddamy guzika”, ale godząc się w ogóle na traktat konstytucyjny daje zielone światło dla utraty suwerenności. Jest to dziwne, bo jeszcze niedawno, w trakcie kampanii wyborczej do parlamentu w 2005 r., PiS głosił sprzeciw wobec konstytucji europejskiej i obiecywał twardą walkę o zapisanie chrześcijańskiej tożsamości Europy w dokumentach unijnych. Dziś o wartościach chrześcijańskich nawet się już nie mówi. Czy polskie władze będą miały odwagę i będą w stanie na szczycie w Lizbonie wymusić poważne zmiany w traktacie konstytucyjnym nawet za cenę doprowadzenia do fiaska tego szczytu? Zobaczymy, ale gdyby z Lizbony dotarły niedobre wieści, to rację mieliby ci, którzy twierdzą, że w sprawach europejskich PO, LiD i PiS w sumie niewiele się różnią.

Jest jednak światełko w tunelu, bo nie chodzi o Joanninę, ale sprawy zasadnicze i utrącenie szkodliwego dla Europy traktatu. Premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown ma niedługo zadecydować, czy w jego kraju odbędzie się ogólnonarodowe referendum w sprawie przyjęcia traktatu konstytucyjnego. Jeśli będzie referendum, to eurosceptycznie nastawieni Brytyjczycy utną łeb hydrze, która miała kilku „europejskich przywódców” wynieść na cokoły pomników.


Jan Maria Jackowski
drukuj