Dzieci: skarb nieoceniony
Ludzkie sprawy
Wytracę mądrość mędrców, a przebiegłość przebiegłych zniweczę. (Iz 29,14)
Trwa niezbyt nagłośniona dyskusja na temat obniżenia wieku, od którego dzieci mają być poddane obowiązkowi szkolnemu. Powolutku ci, którzy mają w tej sprawie coś do powiedzenia, np. w MEN, tu i ówdzie przekonują, że to dobry pomysł, aby dzieci od piątego roku życia musiały podlegać obowiązkowej edukacji. Jako argumenty przytacza się, iż dzieci w tym wieku są już mądre i dojrzałe, aby sprostać zadaniu, a jeśli nie wszystkie, to należy ten fakt indywidualnie sprawdzić. Nic się nie mówi, co wtedy, gdy okażą się niedostatecznie dojrzałe.
Przypuszczam, że jednak mimo wszystko i tak będą podlegać obowiązkowi, gdyż obowiązek, jak sama nazwa wskazuje, jest sprawą konieczną i należną. Inny argument zawiera odcień kompleksu europejskiego – podaje się, że na Zachodzie dzieci wcześniej niż u nas rozpoczynają naukę. Z tego wniosek, iż jeśli chcemy w równym stopniu „zmatolić” nasze dzieci, na wzór zachodni, musimy czym prędzej wysłać je z domu w świat – najpierw do przymusowej zerówki od piątego roku życia, potem wcześniej do podstawówki itd. To jest ponoć jakaś zaleta, że w efekcie szybciej zakończą edukację i wcześniej będą mogły wyjechać na upragniony Zachód, aby wyprodukować tam więcej dóbr i przez dłuższy czas. Dzieci, ten nieoceniony skarb, w naszych czasach są szczególnie poszkodowane. Nie myślę tu o zaopatrzeniu w dobra materialne, większość dzieci ma co jeść i gdzie mieszkać, chociaż niestety i na tym polu jest dużo do zrobienia, gdyż mimo pocieszających spotów reklamowych obszary biedy materialnej są jeszcze bardzo liczne. Myślę tu o biedzie pozamaterialnej, o narażeniu dzieci na szkodliwe lub błędne treści zarówno w mediach, ale niestety także w szkole, o czym mogłam osobiście się przekonać, przeglądając podręczniki szkolne. Mózg dziecięcy jest jak gąbka, która chłonie wszystko dokoła. Czas pobytu w domu, najlepiej z matką, do trzeciego roku życia jest największym dobrem dla dziecka. Nie zastąpią tego czasu żadne najpiękniejsze zabawki, gry komputerowe czy żłobki. Starsze dziecko potrzebuje dodatkowo kontaktu z innymi osobami – rodzeństwem, rówieśnikami. W sytuacji wielu polskich rodzin dobrym wyjściem jest kilkugodzinny pobyt dziecka w przedszkolu, do tej pory do szóstego roku życia, a dopiero potem szkoła. Już raz wyrządzono krzywdę naszym dzieciom, oglądając się na Zachód, poprzez reformę wprowadzającą gimnazja. Spęd dzieci w wieku „cielęcym” z różnych szkół podstawowych do jednego miejsca zaowocował dramatycznie. Dzisiaj widać skutki tej decyzji. Rozwinięte biologicznie, lecz nie psychicznie i duchowo dzieci, bawią się w dorosłych – sięgają po używki, dokonują inicjacji seksualnych, ranią swoje relacje, co w efekcie kończy się niekiedy tragediami, a z pewnością przyczynia do zagubienia w świecie dorosłych. A teraz pojawia się propozycja, żeby jeszcze wcześniej zaprząc je w kierat dorosłego życia i skrócić jedyne lata beztroski. Twierdzenie, że szybciej skończą szkołę, to czysta manipulacja. A co się stanie po szkole? Muszą iść do pracy i trwać na stanowisku do sześćdziesiątego piątego roku życia. Czy kobieta, czy mężczyzna – bez różnicy. Sprytne skrócenie czasu pobierania emerytury i „obciążania” budżetu państwa. Wcześnie do szkoły, szybko do pracy i długo aż do starości, aby oddalić marzenia o rodzinie, dzieciach, wnukach, pomocy dorosłym dzieciom. Jest to model współczesnego wyzysku człowieka przez człowieka podany w obłudnej formie „humanizmu pogańskiego” uzasadniającego wszelkie tego typu działania odwołaniem się do uznania człowieka za najwyższą wartość i do jego dobra. Kto ma prawo do takiego „uszczęśliwiania” człowieka na siłę, według kryteriów nieobiektywnych? W życiu społecznym mamy prawo do dobra, piękna i prawdy – autentycznych wartości, których wszyscy poszukujemy na drogach naszego życia.
Hanna Wujkowska
