fot. PAP/EPA

Etiopia: Przywódca Tigraju wzywa premiera, by wycofał stamtąd wojsko

Zbiegły przywódca zbuntowanego Tigraju, regionu na północy Etiopii, wezwał premiera Abiya Ahmeda Alego do „powstrzymania szaleństwa” i wycofania wojsk z regionu. Zapewnił, że walki wciąż trwają „na każdym froncie”, dwa dni po ogłoszeniu zwycięstwa przez Addis Abebę.

Debretsion Gebremichael w rozmowie telefonicznej z agencją Associated Press powiedział, że przebywa w pobliżu stolicy Tigraju, Makalle, która według etiopskiej armii została przez nią opanowana w sobotę.

Przywódca Tigraju jest daleki od zaakceptowania deklaracji zwycięstwa władz centralnych.

„Jesteśmy pewni, że wygramy” – zapewnił.

Oskarżył przy tym etiopskie siły rządowe o przeprowadzenie „ludobójczej kampanii” przeciwko Tigrajczykom, ponieważ od miesiąca, kiedy rozgorzały walki, Tigraj wciąż jest odcięty od świata. Nikt nie wie, ile osób zostało zabitych i trudno zweryfikować dane podawane przez obie strony konfliktu.

Tymczasem premier Etiopii oświadczył w poniedziałek w parlamencie, że wojska federalne nie zabiły ani jednej osoby cywilnej w trwającej prawie miesiąc ofensywie przeciwko zbuntowanym siłom lokalnym w Tigraju. Abiy Ahmed Aleg zapewnił również, że jego armia nie zniszczy Makalle po jego zdobyciu w weekend.

Przywódca Tigraju powiedział Associated Press, że walka toczy się o samostanowienie zamieszkanego przez ok. 6 mln ludzi regionu i „będzie trwała, dopóki najeźdźcy go nie opuszczą”. Debretsion Gebremichael przekazał, że jego siły przetrzymują nieokreśloną liczbę „jeńców” spośród sił etiopskich, w tym pilota myśliwca, który – jak twierdzi – został zestrzelony w weekend.

Przywódca Tigraju zaznaczył również, że jego siły wciąż mają kilka pocisków, których „mogą użyć, gdy tylko zechcą”. Zastrzegł, że nie chodzi o uderzenie w stolicę Etiopii, Addis Abebę. Jak powtórzył, głównym celem jest „oczyszczenie Tigraju z najeźdźców”. Ponownie oskarżył Abiya Ahmeda Alego o współpracę z sąsiednią Erytreą w ofensywie w Tigraju, czemu Addis Abeba ustawicznie zaprzecza.

PAP

drukuj