fot. flickr.com

Co dalej z frankowiczami?

Sejmowa podkomisja zajęła się prezydenckim projektem pomocy dla frankowiczów. Złożony w Sejmie półtora roku temu projekt przewiduje powołanie specjalnego funduszu, z którego mają być wypłacane miesięczne dotacje dla kredytobiorców. Dotacje podlegałyby zwrotowi w okresie do 12 lat.

Prezydencki projekt to nowelizacja ustawy z 2015 roku o wsparciu kredytobiorców w trudnej sytuacji. Zakłada między innymi dwukrotne podniesienie minimum dochodowego umożliwiającego ubieganie się o wsparcie. Chodzi o sytuację, gdy koszty kredytów przekraczają 50 proc. dochodów.

Jak mówił minister Paweł Mucha z prezydenckiej kancelarii, nowe regulacje podnoszą wysokość przyznawanego wsparcia.

– Każdy, kto będzie w takiej trudnej sytuacji, będzie mógł starać się o udzielenie takiego wsparcia, które będzie w miesięcznej wysokości do 2000 złotych maksymalnie, które będzie mogło być wypłacane nawet do 36 miesięcy, żeby w tej sytuacji przejściowej nie wpaść w spiralę zadłużenia, tylko mieć realną pomoc, która pozwoli potem w sposób stabilny, przy niewielkiej wysokości raty, spłacić kredyt – wskazał Paweł Mucha.

Projekt przewiduje wsparcia do wysokości 75 tys. zł, które podlegałoby bezprocentowej spłacie przez okres do 12 lat. Szef podkomisji poseł Tadeusz Cymański złożył do projektu szereg poprawek. Najobszerniejsza przewiduje wyodrębnienie w ramach funduszu dwóch subfunduszy: jednego dla frankowiczów i drugiego dla innych kredytów walutowych. Inna poprawka określa zasady podziału środków z funduszu. Zwalnia z obowiązku wpłat do fundusz banki, które mają wdrożony plan naprawy oraz SKOK-i objęte postępowaniem naprawczym.

– Nie jest moją intencją absolutnie, żeby komuś zamykać usta, tylko intencją jest sprawność tego procesu. Niezależnie od ocen chcemy naprawdę tę ustawę wdrożyć w życie przy wszystkich tutaj opiniach – mówił Tadeusz Cymański.

I choć zapisy projektu ustawy dają realne wsparcie osobom, które mają problemy ze spłatą rat, to jednocześnie budzą one wątpliwości.

– Przyjęte rozwiązania są krytykowane zarówno przez stronę banków, jak i przez stronę tych, którzy kredyty brali. Bo z jednej strony część banków mówi: „Skoro my nie udzielaliśmy tych agresywnych kredytów, to dlaczego mamy się do tego dorzucać?” I mają rację. Z drugiej strony – znaczna część kredytobiorców tych, którzy brali kredyty na działki, bądź na remont mieszkania, zostaje wyłączona spod rygoru tej ustawy – wskazał Paweł Grabowski, poseł Kukiz’15.

Nie można jednak nie zauważać, że banki, które udzielały kredytów frankowych, miały o wiele głębszą wiedzę na temat ryzyka niż klienci – podkreślił dr inż. Andrzej Michalski.

– To banki powinny tutaj wyjść naprzeciw klientom, to one udzielały kredytów. To one powinny poczuwać się do pomocy w trudnych sytuacjach, wykazywać pewną empatię w stosunku do klientów, zwłaszcza, że ta sytuacja okazała się drastycznie niekorzystna dla klientów – powiedział ekonomista.

Jak bardzo niekorzystna? O tym przekonał się Jerzy Zarzycki, który w 2005 wziął kredyt we frankach w wysokości około 300 tys. zł.

– Do dnia dzisiejszego spłaciłem ponad 600 tys. zł. Bank twierdzi, że mam do spłacenia jeszcze ponad 500 tys. zł. Jeśli zmieni się kurs franka, to może milion złotych, może dwa miliony. Zależy, jaki będzie kurs franka – wyjaśnił Jerzy Zarzycki.

Dla Jerzego Zarzyckiego jedynym uczciwym rozwiązaniem byłoby unieważnienie takich kredytów. Sprawy frankowiczów rozstrzygane są przez sądy. Tylko w ubiegłym roku złożyli oni ponad 7000 nowych pozwów przeciwko bankom.

TV Trwam News/RIRM

drukuj