fot. PAP/EPA

Birma: Przeciwnicy puczu nie przerywają protestów mimo zakazów i aresztowań

Przeciwnicy zamachu stanu z 1 lutego kontynuują we wtorek największe protesty w Birmie od ponad dekady, mimo zakazów zgromadzeń wprowadzanych przez wojskową juntę. Policja aresztowała co najmniej 27 osób w Mandalaj, drugim co do wielkości mieście kraju.

Pokojowe protesty z udziałem dziesiątków tysięcy ludzi trwają od czterech dni w wielu miastach Birmy. Demonstranci domagają się przywrócenia do władzy wybranego w głosowaniu rządu Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD) oraz uwolnienia przywódczyni kraju Aung San Suu Kyi i innych osób zatrzymanych przez wojsko.

Do kampanii nieposłuszeństwa społecznego wobec armii przyłączają się lekarze, nauczyciele, urzędnicy i inne grupy zawodowe. Strajkują pracownicy ponad 100 rządowych szpitali, co zakłóciło m.in. program szczepień przeciwko COVID-19 – podał dziennik „Myanmar Times”.

Narasta również krytyka działań birmańskiej armii na świecie. Rząd Nowej Zelandii ogłosił we wtorek decyzję o zawieszeniu kontaktów politycznych i wojskowych wysokiego szczebla z Birmą, zakaz wjazdu dla przywódców junty oraz zamiar upewnienia się, że płynąca do Birmy pomoc nie jest wykorzystywana przez wojsko.

Po wybuchu protestów lokalne władze niektórych obszarów Birmy wydały zakazy zgromadzeń z udziałem więcej niż czterech osób. Amerykańska ambasada w Birmie poinformowała z kolei o godzinie policyjnej między godz. 20.00 a 4.00 rano w Rangunie i Mandalaj, dwóch największych miastach kraju.

Napięć nie rozładowało poniedziałkowe wystąpienie telewizyjne przywódcy junty gen. Min Aung Hlainga. Generał po raz kolejny przekonywał, że armia przejęła władzę, by chronić proces demokratyczny przed oszustwami, do jakich miało rzekomo dochodzić podczas listopadowych wyborów parlamentarnych, w których wysoko wygrała NLD.

Min Aung Hlaing ponowił również zapewnienie, że po stanie wyjątkowym, w czasie którego kontrolę nad krajem sprawować będzie rząd wojskowy, odbędą się kolejne wybory, a władza zostanie przekazana ich zwycięzcom „zgodnie z regułami demokracji”. Wcześniej junta ogłosiła, że stan wyjątkowy ma potrwać przez rok.

Wielu Birmańczyków obawia się jednak, że przejęcie władzy przez armię może być początkiem długotrwałej, represyjnej dyktatury, podobnie jak stało się w wyniku zamachów stanu z 1962 i 1988 roku.

Obecne demonstracje są największymi w Birmie od 2007 roku, gdy wspierana przez buddyjskich mnichów „szafranowa rewolucja” zapoczątkowała proces stopniowego rozluźniania wojskowej dyktatury i przekazywania władzy cywilnym rządom. Ten proces został nagle przerwany przez zamach stanu z 1 lutego.

PAP

drukuj