Fałszywe „w czym mogę pomóc”

Z Anną Seweryn-Wójtowicz, córką Wojciecha Seweryna, twórcy pomnika katyńskiego w Chicago, rozmawia Piotr Falkowski

Proszę opowiedzieć, jak wyglądały dla Pani pierwsze dni po katastrofie, w której zginął Pani ojciec.
– Ojciec miał już w czwartek wracać do Chicago, ponieważ tutaj też planowane były uroczystości katyńskie. Był organizatorem obiadu – właśnie tu, gdzie teraz siedzimy – z którego dochód miał pójść na utrzymanie pomnika. Więc nawet skracałam już nasze rozmowy telefoniczne, bo mieliśmy się zaraz spotkać. Szkoda mi teraz tych ostatnich chwil z nim. Kiedy mama zadzwoniła i powiedziała, że rozbił się samolot i gdzie to się stało, pierwsze moje słowa do męża brzmiały: „Zamordowano ich”. Był moment po śmierci taty, kilka dni po 10 kwietnia, że żałowałam tych myśli. Zastanawiałam się, dlaczego tak strasznie oceniam, przecież jestem katoliczką, człowiekiem wierzącym, jak mogę rzucać od razu takie oszczerstwa. Doznałam takiego spokoju wewnętrznego, odbyłam spowiedź generalną z całego życia i uspokoiłam się. Po kilku dniach te myśli wróciły. Nie, to nie mógł być wypadek, ja nie wierzę w takie przypadki – mówiłam do siebie. To był najgorszy okres w moim życiu. I sama śmierć taty, i wszystko, co się potem działo. Bardzo rozpaczałam, chociaż starałam się być aktywna, wypowiadać się w mediach. Uważałam, że to mój obowiązek. Kilka razy amerykańscy dziennikarze robili mi uwagi, że nie wolno mówić, że to był zamach, bo przecież tego nie wiadomo. Potem tych słów nie puszczano w telewizji. Ale tak mówiłam do dziennikarzy. Mówiłam, że jeżeli znają choć trochę historię relacji polsko-rosyjskich, to powinno być jasne, dlaczego tak myślę. Następnie ciało ojca wróciło do Polski, miał być pogrzeb, a ja nie mogłam dojechać z powodu chmury pyłu wulkanicznego. Zdążyłam na wieczór, dzień przed pogrzebem.

W Polsce Pani wątpliwości pogłębiły się?
– Postanowiłam, że otworzę trumnę. Ale, jak mówiłam, przez tę chmurę nie mogłam dotrzeć wcześniej do Polski i nie było na to czasu. Ale chciałam. Teraz nie wiem, czy to by się udało, bo – jak widziałam w prokuraturze na zdjęciach – wszystko było zaspawane. Ale myślę, że jakby sprowadzić odpowiedni sprzęt, to dałoby się. Tylko że już po pogrzebie, bo kiedy przyjechałam, to już wszystko zamykali. Ludzie mówili: „Jak pięknie, jak pięknie”, bo stali żołnierze i harcerze. Ale prawda jest taka, że oni tam stali nie dlatego, żeby to pięknie wyglądało, tylko aby pilnować trumny. Żebyśmy nie mogli jej otworzyć. Chociaż ci żołnierze pewnie sami o tym nie wiedzieli. Tak to pojmuję. Gdybym jednak weszła potem do grobowca, wykręciła śruby i ktoś przeciął spawy, to dowiedziałabym się, że leży w niej mój ojciec, brudny, nagi i w czarnym, plastikowym worku. Co ja wtedy mogłam udowodnić? Rozmawiałam potem o tym z panią Ewą Błasik. Doszłyśmy do wniosku, że nic to by wtedy nie dało, a nawet mogłabym ponieść za to jakieś konsekwencje. Zrobiłoby to na pewno wrażenie na opinii publicznej, ale nie byłoby żadnych badań. Te wszystkie uroczyste pogrzeby, wojsko, honory, ceremonie – wszystko było tak zrobione, by nas w tym naszym nieszczęściu omamić. Każdy był na jakichś lekach. Nawet gdy ktoś pomyślał, że musi coś zrobić, to zaraz znalazł się jakiś doradca czy koordynator, który wymyślał różne przeszkody. Byłam jedyną w rodzinie, która chciała otworzyć trumnę. Proszono mnie, żebym tego nie robiła. Bali się widoku zmasakrowanego ciała, może w kawałkach. Tu, w Chicago, też większość bliskich mi osób wręcz błagała, by nie otwierać. I nie otworzyłam. Po pogrzebie były takie emocje. Nikt tego nie zrozumie, kto sam nie przeżył. Dlatego tak się stało, że rodziny nie otwierały trumien. Żadna.

Podobno doszło do ograbienia zwłok Pani ojca.
– Miał na sobie taki sygnet z orłem. Antyk. Mama jest pewna, że w nim pojechał. Są zdjęcia z uroczystości, w których uczestniczył dwa dni przez lotem do Smoleńska, i widać ten sygnet. Nie znaleziono go też w hotelu w Warszawie. Sygnet bardzo ciężko schodził z palca. Ojciec nawet rzeźbił w nim, bo tak trudno się ściągało. Przez to, że był z orzełkiem, i to wykonanym bardzo nietypowo, trudno go pomylić z jakimś innym. Nie ma go wśród rzeczy, jakie zgromadziła Żandarmeria Wojskowa w Mińsku Mazowieckim. A były tam inne przedmioty, które miał ze sobą podczas lotu. Nie było tylko tego sygnetu. W wynikach sekcji zwłok nie ma mowy o odcięciu rąk czy palców. O sygnecie też nie ma mowy. Dopiero w tym roku, w lutym, widziałam w prokuraturze zdjęcia rąk ojca zrobione w Moskwie. Nie ma na nich sygnetu. Musiał zostać zdjęty w Smoleńsku, w każdym razie przed zrobieniem tej fotografii. Nie chodzi o wartość, nie chodzi nawet o sentyment, bo mam dużo pamiątek po ojcu. Ale jak można tak traktować ludzi?

Nie będę już pytał o opinię na temat przyczyn katastrofy i ich badania. Ale przecież Pani ojciec i Pani jesteście obywatelami Stanów Zjednoczonych. Czy władze amerykańskie też zachowywały się tak jak polskie i rosyjskie?
– Niestety tak. Mam o to żal do naszego rządu i prezydenta Obamy. Opowiem o tym od początku. Otóż już 11 kwietnia ambasada amerykańska w Moskwie namierzyła numer mojego telefonu komórkowego i konsul generalny pytał, jak może pomóc. Dzwonił potem przez pierwsze dni codziennie i zawsze pytał, „jak może pomóc”. Mówili: „Jesteśmy otwarci na wszelką pomoc, bo przecież zginął obywatel amerykański”. Ja byłam jeszcze w szoku i nie mogłam się pozbierać, więc prosiłam męża, żeby on rozmawiał. To, w czym mi naprawdę pomogli, to uzyskanie ekspresowo paszportu, żeby pojechać do Polski. Rzeczywiście paszport był już 12 kwietnia, a cała procedura trwała pół godziny. I na tym się pomoc amerykańska skończyła. Dostawałam oczywiście kondolencje od gubernatora, od burmistrza, byłam na uroczystości, na której odczytywano uchwały w tej sprawie, był kongresman Quigley. Ale ze strony konsulatu nic nowego nie było. Przede wszystkim chciałam wiedzieć, czy może już zidentyfikowano ciało mojego ojca. Ale ta identyfikacja przedłużała się. Bardzo im zależało, żebym nie leciała do Moskwy. Siostra miała jechać, ale nie mogła, bo zajmowała się naszą mamą i swoimi dziećmi. A mi odradzono. Zapewniali, że to nie będzie potrzebne. „Ty przeżyjesz straszne chwile, a my możemy wszystko załatwić. Będziemy przy identyfikacji i plombowaniu trumny, weźmiemy wszystkie dokumenty, zrobimy zdjęcia” – mówili. Więc się uspokoiłam i nie pojechałam do Moskwy. Uspokoiłam też mamę i siostry. Mówiłam: „Co, jak co, ale Amerykanie bardzo ładnie się zachowują”. Jeszcze konsul generalny z Krakowa zorganizował wywiad mojej mamy dla „Wall Street Journal”. On też mówił, że skoro jest takie postanowienie konsula w Moskwie, to lepiej nie jechać. Ale potem kontakt się urwał. Zamilkli.

Miała Pani potem jakieś kontakty z amerykańską służbą konsularną?
– Tak. Po jakimś czasie próbowałam dodzwonić się do ambasady amerykańskiej w Moskwie. Odebrał jakiś Rosjanin mówiący z wyraźnym obcym akcentem po angielsku i zapytał, o co chodzi. Zaczęłam tłumaczyć, a on po prostu odłożył słuchawkę. A ja właśnie chciałam wybrać się do Polski i pójść do prokuratury. Chciałam się zorientować, co oni mają, dobrze wybrać czas wizyty. Chciałam się poradzić, przecież obiecali mi pomoc. W końcu byłam w tej prokuraturze. Zobaczyłam, że na temat mojego ojca nie ma nic. Żadnej dokumentacji, tylko trzy zdjęcia: trumny zaplombowanej i trumny otwartej, ale przykrytej. To wszystko. I to ma być materiał identyfikujący mojego ojca?! Zdenerwowana pojechałam do konsula generalnego w Krakowie. Powiedziałam, co mi obiecał konsul z Moskwy. Pytałam, jaka jest procedura. Po tej rozmowie dostałam po tygodniu telefon od konsulatu w Moskwie. „W czym mogę pomóc?”. Odpowiadam: „Chwileczkę. Przecież jest siedem miesięcy po katastrofie. Byłam w prokuraturze i nie ma dokumentów dotyczących mojego ojca. Obiecaliście mi, że wszystkiego dopilnujecie”. I okazało się, że nikogo z konsulatu USA nie było przy plombowaniu trumny i całą sprawę przekazali Rosjanom. Przyczyną miało być to, że ojciec leciał podobno na polskim paszporcie. Odpowiedziałam, że to nieprawda. Miał przy sobie paszport amerykański i inne dokumenty, miał też w USA stałe zamieszkanie. „Całe śledztwo przekazane zostało Rosjanom” – powiedział konsul, kiedy przypominałam mu jego obietnice. Zaczęłam mówić, że traktuje mnie jak drugorzędnego obywatela. Odpowiedział: „Bo wy, Polacy, macie zawsze jakieś dziwne podejrzenia. Rosjanie tak samo przeżywają tę tragedię. To była straszna tragedia”… i taki zaczął mi wykład robić. Odpowiedziałam: „Pan mieszka tyle czasu w Rosji i nie zna realiów rosyjskich? Nie wie pan, jak wyglądają relacje polsko-rosyjskie? Dlatego mogę mieć wątpliwości”. W odpowiedzi obiecał, że wyśle wszystko, co ma. Po miesiącu dostałam dziesięć kopii sporządzonego w Waszyngtonie aktu zgonu po angielsku oraz rosyjski akt zgonu. Napisałam e-maila, że akt zgonu dostałam już Polsce i we własnym zakresie załatwiłam jego tłumaczenie. Czy to wszystko, co mają dla mnie amerykańskie władze? Odpowiedział formułką, że ojciec zginął w tragicznych okolicznościach i „w czym może mi pomóc”… Stwierdziłam, że Amerykanie zupełnie sobie odpuścili tę sprawę.

Ale Pani sobie nie odpuściła.
– W tym roku, w styczniu, byłam na spotkaniu u kongresmana Marka Quigleya w towarzystwie pana profesora Wiesława Biniendy i jego żony, mecenas Marii Szonert-Biniendy. Odbyliśmy krótką rozmowę, licząc na poparcie z jego strony. Profesor Binienda przedstawił kongresmanowi dokumentację dotyczącą badań oraz symulacje. Pani mecenas powiedziała od strony prawnej, jakie zostały popełnione błędy, co zostało pominięte i na co mamy dowody. Ja osobiście opowiedziałam kongresmanowi, jak przez 4 godziny zapoznawałam się w prokuraturze w czerwcu 2011 roku z wynikami sekcji zwłok, tylko po to, by po kilku miesiącach dowiedzieć się, że sekcja nigdy nie została przeprowadzona, a dokumentacja medyczna sfałszowana. Dowodem na to były również zdjęcia, które w tym roku mogłam obejrzeć w prokuraturze, dotyczące zwłok mojego ojca. Niestety, niewiele wynikło z tego spotkania. Nigdy nie otrzymałam żadnej odpowiedzi na to, o co prosiliśmy. Mam głęboką nadzieję, że w tym roku dotrę do Waszyngtonu, do któregoś z członków Izby Reprezentantów lub senatorów. Moim marzeniem jest, i ciężko nad tym pracuję, żeby dotrzeć do Mitta Romneya i wyrazić moje niezadowolenie z niezajęcia żadnego stanowiska przez prezydenta Obamę w sprawie katastrofy smoleńskiej i swojego obywatela, który tam zginął.

Polakom w USA ta sprawa nie jest jednak obojętna.
– W styczniu 2011 r. rozpoczęła się akcja wysyłania petycji do członków komisji spraw zagranicznych Kongresu, żeby zainteresować ich sprawą katastrofy. Każdy miał dostawać oddzielne listy do siebie. Akcja była bardzo nagłośniona. Chodziliśmy z tym po polskich kościołach, włączyło się Biuro Radia Maryja w Chicago. Ludzie się bardzo w to zaangażowali. Niektóre rodziny wysyłały łącznie 200 listów. Inni dawali gotowe zaadresowane koperty ze znaczkiem, żeby tylko ktoś go wysłał, kto jest może bardziej oporny, mniej zaangażowany, nie zna dobrze angielskiego. To nie byli milionerzy, a wydawali na tę akcję po kilkaset dolarów. Z córką przygotowałyśmy też krótką biografię mojego ojca, którą wkładałyśmy do listów. Wysyłałyśmy też listy do prezydenta Obamy. Szczególnie przed jego wizytą w Polsce. Mój pełnomocnik, mec. Bartosz Kownacki, zorganizował także wręczenie tego listu prezydentowi podczas pobytu w Polsce. I to trzy razy prezydent dostał ten list. Nie było odpowiedzi. Nie oczekiwałam, że prezydent do mnie zadzwoni. Ale nawet jakiś niższy urzędnik nie odpowiedział. Barack Obama pochodzi z naszego stanu. Wielu Polaków głosowało na niego, bo myśleli, że będzie lepszy dla nich jako emigrantów. Obiecywał różne rzeczy Polakom, na przykład ułatwienia w otrzymywaniu stałego prawa pobytu. Przykre to jest bardzo, że na łącznie 300 tys. listów oraz kilkanaście tysięcy podpisów pod listami zbiorowymi nikt nie dostał odpowiedzi. Nawet takiej, że tą sprawą nie są zainteresowani.

A co z amerykańskimi mediami? One przecież są bardzo łase na wszelką sensację. A tu mamy katastrofę i tajemnicę z wielką polityką w tle.
– Próbujemy nadal docierać do mediów, wykorzystywać różne sytuacje. Na pierwszą rocznicę katastrofy były tu panie Zuzanna Kurtyka i Beata Gosiewska oraz Jan Pospieszalski z Ewą Stankiewicz, było nieco większe zainteresowanie gazet „Chicago Tribune” i „Chicago Sun-Times”. Była u mnie młoda dziennikarka, z którą rozmawiałam rok wcześniej. Powiedziałam jej, że wolałabym zamiast o moim ojcu, porozmawiać więcej o śledztwie smoleńskim, ponieważ są raporty MAK, polskiej komisji, są sprzeczności, wątpliwości, różne rzeczy się nie zgadzają. Dziewczyna była szczęśliwa, że ma taki ciekawy temat. Przyszła na Mszę św. rocznicową 3 kwietnia 2011 roku. Rozmawiała ze mną i gośćmi z Polski. Zapisywała wszystko. Potem dostałam od niej e-maila, że jeszcze nie wie, czy będzie mogła wszystko napisać, bo muszą to zatwierdzić jej przełożeni. Dostałam następnie tekst artykułu do autoryzacji. Patrzę, a tam praktycznie nic nie ma z tego, co jej mówiliśmy. Powiedziała, że tylko tyle może napisać. O sprawie śledztwa jest tylko to, że Polakom nie podoba się forma raportu MAK. Byłam kiedyś w jednej z tutejszych stacji radiowych nadających na kilka stanów. Mówiłam wtedy o Katyniu. We wrześniu nadano imię mojego ojca ulicy przy pomniku katyńskim. Przy tej okazji znowu chcieli mnie zaprosić. Ale nie chciałam mówić tylko wspomnień o ojcu, ale o katastrofie, o tym, co się dowiedziałam w prokuraturze. Opowiadam, a oni mówią, że to niemożliwe, niesamowite. Pokazywałam filmy, takie jak „Mgła”, różne dokumenty. Byli bardzo zainteresowani. W końcu spotykam się z prowadzącym audycję dziennikarzem. Rozmowa przebiegała tak, że pierwsze pytanie dotyczyło ulicy mojego ojca. Potem, że w Polsce będą wybory i widać, że PiS nie wygra, więc nie ma wielu ludzi, których interesuje prawda o Smoleńsku. Ja mu na to, że przecież jest prawo, którego trzeba przestrzegać, oraz że demokracja w Polsce nie wygląda tak, jak Amerykanie to sobie wyobrażają. I to wszystko. Trochę z tego, muszę przyznać, potem poszło w eter. Może dobre i tyle.

Jak Pani sądzi, dlaczego tak jest? Dlaczego to jest taki niewygodny temat?
– Miałam jeszcze jakieś nadzieje, że wysyłając te listy, może nie za pierwszym razem, ale w drugim rzucie, do czegoś dojdzie. Obiecują nam. Mówią, że była ze strony amerykańskiej wyraźna chęć pomocy w dochodzeniu, a Polska nie wystąpiła o to. Upomnienie się o swojego obywatela powinno być. Przecież Stany Zjednoczone zazwyczaj dbają o swoich obywateli i ich interesy wobec innych państw. Pani Gosiewskiej powiedziano, że „Rosja jest wielkim mocarstwem”. Czyżby USA wolały nie dotykać sprawy smoleńskiej, zostawić swojego sojusznika, bo boją się Putina? Bo to popsułoby stosunki z Rosją? Więc mamy całe życie bać się Rosji? Tak chyba jest. Poza tym myśli się, że co tam jakaś Polska, mały kraj w Europie. Nie liczy się.

Czego Pani teraz oczekuje, co zamierza robić, skoro sytuacja jest tak beznadziejna?
– Dobrze, że przyjeżdżają rodziny ofiar, goście, którzy mówią o katastrofie. Trzeba uświadamiać ludzi. Myślę, że 80 proc. tutejszej Polonii jest uświadomiona i nastawiona patriotycznie, niepodległościowo. Myślę, że jest z tym lepiej niż w Polsce. Ale ja nie mogę poprzestać na chodzeniu na Msze św. patriotyczne każdego dziesiątego dnia miesiąca. Uważam, że nie można przestać pisać tych listów, trzeba ich ciągle nimi zasypywać. W końcu jesteśmy obywatelami, płacimy podatki. Po drugie, Polonia umiała pokazać w stanie wojennym swoją siłę, teraz tak samo jednoczy się w sprawie Telewizji Trwam. Dlatego będę namawiała, żeby zebrać jakiś fundusz, wynająć autobusy i pojechać do Waszyngtonu. To nie jest rzecz niemożliwa i bardzo kosztowna. Tam przekazać nasze postulaty. Tak samo robią na przykład Meksykanie. Potrafią walczyć o swoje prawa, protestując w stolicy. To samo Afroamerykanie. A Polacy wolą chować głowę w piasek, bo „nic z tego nie będzie”. Trzeba zmienić wizerunek Polaków, że podobno są zadowoleni i szczęśliwi, gdy przyjeżdża prezydent Komorowski. A tak nas opisywano w gazetach przed szczytem NATO. Bzdura. Dlaczego był trzy razy w USA i nie odbył żadnego spotkania z Polonią? On nigdy nie pojawi się w polskiej dzielnicy Chicago, bo wie, co by go tu czekało. Zostałby wyzwany od złodziei, bandytów i… morderców. Morderców, ponieważ dopóki śledztwo nie zakończy się przekonującym wyjaśnieniem, tak będę nazywać rządzącą w Polsce ekipę. Bo nawet jeśli to był nieszczęśliwy wypadek spowodowany obojętnie czym, polski rząd i polski premier mają obowiązek wobec polskich obywateli, żeby tę sprawę uczciwie wyjaśnić. A nie robić wszystko, żeby jej nie wyjaśnić, upokarzać rodziny smoleńskie, ośmieszać, poniewierać je, nazywać oszołomami.

O czym Pani rozmawiała z Bronisławem Komorowskim podczas pikiety przed polskim konsulatem?
– Rozmawiałam z panem Komorowskim, bo on jest dla mnie zbyt małym człowiekiem, by go nazywać prezydentem. Tak naprawdę to nie wiem, czy można to nazwać rozmową. Pan Komorowski po wyjściu z limuzyny zaczął podążać w moim kierunku, czego tak naprawdę się nie spodziewałam. Wiedziałam, że boi się spotkać z Polonią oficjalnie. Kiedy kulturalnie przedstawiłam się, powiedział, że bardzo mi współczuje, i wtedy właśnie moje emocje nie wytrzymały. Powiedziałam: „Panie prezydencie, pan mi współczuje? To chyba nie jest możliwe. Proszę więc odpowiedzieć mi na pytanie, dlaczego w najgorszy dzień mojego życia, kiedy zwłoki mojego ojca dotarły do Polski, pan, panie prezydencie, z panem premierem Donaldem Tuskiem żartowaliście, śmialiście się, wtedy kiedy to płaczące wdowy maszerowały za trumnami? Czy to był dla was moment żałoby, czy żartów? Żenujące”. Pan prezydent podniesionym głosem odpowiedział: „O czym pani mówi? Niech się pani uspokoi. To są jakieś bzdury”. Odparłam, że na szczęście jest to wszystko utrwalone na filmie. Prezydent w kółko powtarzał jedno i to samo zdanie: „Przecież tam zginęli moi koledzy, moi przyjaciele. Co pani wygaduje?”. Odpowiedziałam: „Jeśli tam zginęli pana przyjaciele i koledzy, to dlaczego śledztwo zostało przekazane w ręce Rosjan?”. Ale on powtarzał w kółko, że wszystko przebiega zgodnie z prawem i co ja wymyślam i wygaduję. Wtedy podniesionym głosem powiedziałam: „Tam zginęli prawdziwi Polacy, prawdziwi patrioci!”. I powtórzyłam to kilkakrotnie. Wtedy pan prezydent stwierdził, że czas uciekać. Odszedł bez pożegnania. Ale my, protestujący, mając poparcie policji (po uświadomieniu jej o sprawie smoleńskiej), poczekaliśmy, aż nasz „kochany przywódca” opuści konsulat. Trwało to ponad trzy godziny. Wytrwale czekaliśmy. Próbowano nas prowokować. Nie daliśmy się jednak. Zgotowaliśmy panu prezydentowi prawdziwe pożegnanie. Krzyczeliśmy „Towarzyszu Komorowski, czeka cię sąd Boski!”. Pan prezydent, wchodząc do samochodu, zdążył jeszcze pokazać znak pokoju. Tak właśnie przez następne 10 minut, siedząc w limuzynie, musiał wysłuchiwać naszego szczerego pożegnania. Uważam protest za udany. Oceniam, że pan prezydent był bardzo zaskoczony naszą obecnością. Dojeżdżając przed konsulat, może myślał, że to jego zwolennicy tak miło go będą witać. Niestety, przeliczył się. W środowisku polonijnym nigdy nie znajdzie wsparcia ani szacunku.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj