fot. TV Trwam News

27 stycznia sąd apelacyjny wyda wyrok ws. Magdalenki

27 stycznia ogłoszony zostanie wyrok w sprawie apelacji od uniewinnienia trojga byłych policjantów, oskarżonych o niedopełnienie obowiązków przy akcji zatrzymania groźnych bandytów w Magdalence w 2003 r. Zginęło wówczas dwóch policjantów, a 16 zostało rannych.

Warszawski sąd apelacyjny odroczył w piątek ogłoszenie wyroku ze względu na zawiłość sprawy.

Na ławie oskarżonych znalazło się troje oficerów: b. naczelnik wydziału ds. walki z terrorem kryminalnym Komendy Stołecznej Policji Grażyna Biskupska, b. dowódca pododdziału antyterrorystycznego Kuba Jałoszyński i b. zastępca komendanta stołecznego policji Jan Pol. Odpowiadali za niedopełnienie obowiązków. Sądy pierwszej instancji trzykrotnie ich uniewinniały; a od wyroków apelację składała prokuratura i oskarżyciele posiłkowi. Sprawa dwa razy trafiała do ponownego rozpatrzenia.

Po ostatnim wyroku uniewinniającym, który zapadł we wrześniu 2015 r., Prokuratura Okręgowa w Warszawie zdecydowała, że nie będzie składać apelacji; odstąpiła od niej też jedna z oskarżycielek posiłkowych – matka jednego z policjantów, którzy zginęli w akcji – Dariusza Marciniaka, matka drugiego – Mariana Szczuckiego zdecydowała się na apelację.

Wskazano w niej, że sąd okręgowy nie wyjaśnił w sposób dostateczny m.in. roli, jaką w związku z akcją pełnił Kuba Jałoszyński, nie wyjaśniono też – zdaniem oskarżycielki posiłkowej – dlaczego nie było wystarczającego zabezpieczenia medycznego.

Tej apelacji nie poparła prokuratura. Prokurator Hanna Gorajska-Majewska podkreśliła, że prokuratura nie widzi podstaw do uchylenia wyroku uniewinniającego. Zaznaczyła, że w opinii prokuratury sąd pierwszej instancji „w sposób drobiazgowy, bardzo staranny przeanalizował wszystkie dowody, żadnego nie pominął, wykonał zalecenia sądu apelacyjnego”.

Mec. Marek Małecki, reprezentujący Jałoszyński, podkreślał, że policyjni dowódcy zasługują na to, by ich „gehenna sądowa” wreszcie się skończyła. Dodał, że to nie oni są odpowiedzialni za to, czym skończyła się akcja w Magdalence. Wskazywał, że nikt wówczas nie był w stanie tego przewidzieć; „nigdy wcześniej żaden z bandytów w Polsce nie zaminował swojego domu”.

Zaznaczył równocześnie, że akcja była dobrze przygotowana, a w zatrzymaniu bandytów brali udział najlepsi z najlepszych. „Policjanci, którzy zginęli, zginęli w wyniku wybuchu miny. To, że zdołano ich oraz rannych ewakuować tak szybko z tego miejsca świadczy o przeszkoleniu, umiejętnościach policjantów” – dodał.

Już po rozprawie w rozmowie z dziennikarzami podkreślał, że paradoksem tej sprawy jest to, że ci, którzy mogliby swoim doświadczeniem wspomagać policję, szkolić policjantów, antyterrorystów, od 13 lat odpowiadają przed sądem – mimo, że dopełnili swoich obowiązków.

Jeśli SA zwróci sprawę do powtórnego rozpatrzenia, będzie to już czwarty proces ws. akcji w Magdalence. Oddalenie apelacji spowoduje uprawomocnienie wyroku – możliwa będzie jednak kasacja.

Do pamiętnej akcji doszło w marcu 2003 r. Policja podjęła próbę zatrzymania Roberta Cieślaka i Igora Pikusa, zamieszanych w zabójstwo policjanta w 2002 r. w podwarszawskich Parolach. Na terenie posesji w Magdalence, gdzie ukrywali się bandyci, rozmieścili oni miny-pułapki, które wybuchły w pobliżu policjantów. Jeden z nich zginął, inny zmarł wskutek obrażeń. 16 funkcjonariuszy zostało rannych. Po wymianie ognia budynek częściowo spłonął a przestępcy zginęli na skutek zatrucia czadem.

Akcja policji wywołała krytykę; opozycja żądała dymisji ówczesnego szefa MSWiA Krzysztofa Janika. Specjalna komisja MSWiA uznała, że doszło do uchybień, bo m.in. nie przygotowano wariantów akcji i właściwego zabezpieczenia medycznego; nie zdobyto też informacji operacyjnych o rozmieszczeniu min. Prokurator wnosił o wymierzenie trójce oskarżonych oficerów kar po dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat. Groziło im nawet do 8 lat więzienia.

Funkcjonariusze nie przyznali się do zarzutów niedopełnienia obowiązków w trakcie przygotowania i przeprowadzenia akcji oraz nieumyślnego spowodowania zagrożenia dla życia i zdrowia policjantów. Domagali się uniewinnienia. SO uniewinniając ich wskazywał m.in., że obaj policjanci, którzy ponieśli śmierć, zginęli w wyniku wybuchu miny pułapki, a pomoc rannym nie była możliwa, ponieważ znajdowali się oni pod ostrzałem; od pierwszego wybuchu miny pułapki do możliwości ewakuowania rannych minęło 17 minut. W ocenie sądu niższej instancji akcja była precedensowa i – wbrew zarzutom – przygotowano ją optymalnie, przewidując wiele wariantów.

PAP/RIRM

drukuj