Został zamordowany w rocznicę swoich urodzin
Z Jędrzejem Tucholskim, autorem licznych publikacji na temat zbrodni
katyńskiej, synem Tadeusza Tucholskiego, naukowca, porucznika rezerwy,
zamordowanego przez Sowietów w 1940 roku, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Czym zajmował się przed II wojną światową Pański ojciec, Tadeusz
Tucholski?
– Był znanym naukowcem, doktorem filozofii, docentem
chemii fizycznej materiałów wybuchowych, adiunktem w zakładzie technologii
organicznych Politechniki Warszawskiej, a także starszym asystentem w Zakładzie
Fizyki Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Poznańskiego i jednocześnie
kierownikiem pracowni chemiczno-toksykologicznej tegoż uniwersytetu. W latach
1937-1939 prowadził prace badawcze w zakresie materiałów wybuchowych jako stały
doradca Ministerstwa Spraw Wojskowych. Był również członkiem komisji materiałów
wybuchowych Towarzystwa Wojskowo-Technicznego. Ministerstwo Spraw Wojskowych
wysyłało go do Anglii na wspólne tajne badania prowadzone z Brytyjczykami. Nawet
matka nie wiedziała, po co tam jeździł. Od 1939 roku był samodzielnym
pracownikiem naukowym Instytutu Technicznego Uzbrojenia, a także autorem ponad
20 prac naukowych i twórcą szeroko stosowanego dyferencjalnego kalorymetru
rejestrującego procesy przemiany materiałów wybuchowych w czasie ich
ogrzewania.
W jaki sposób dostał się do niewoli sowieckiej?
– W
sierpniu 1939 roku został zmobilizowany jako porucznik uzbrojenia rezerwy i
przydzielony do nadzoru technicznego fabryki amunicji Pocisk w Rembertowie. 4
września 1939 roku wraz z ewakuowaną fabryką wyruszył na wschodnie tereny
Polski. Dotarł do położonego około 20 km od granicy sowieckiej Mizocza koło
Sarn, gdzie z grupą pracowników naukowych i technicznych znalazł kwaterę w
koszarach Korpusu Ochrony Pogranicza. W nocy z 17 na 18 września 1939 roku
koszary zostały zajęte przez oddziały Armii Sowieckiej. Ojciec został wzięty do
niewoli i wywieziony najpierw do obozu w Juży, a następnie do Kozielska.
Czy przetrwały z tego okresu listy pisane przez Pańskiego
ojca?
– Przyszedł do matki tylko jeden list. Wysłał go z Kozielska
24 listopada 1939 roku. Pisał, że jest w Rosji, że jest jeńcem, ale ma się
dobrze, jest zdrów, tęskni i niepokoi się, jak rodzina daje sobie radę w tych
trudnych czasach. Był to obszerny list z załączonym pismem do burmistrza miasta
Rembertowa, w którym prosił o udzielenie pomocy żonie, gdyby nie miała za co
żyć. Obiecywał, że odda wszystko, co żona od magistratu dostanie, zaraz po
zakończeniu wojny. Rembertów był wówczas małym miasteczkiem, a nie tak jak
dzisiaj dzielnicą Warszawy. Wysłał jeszcze drugi list do Polskiego Czerwonego
Krzyża. Pytał w nim o los dziadka, ojca matki. W czasie oblężenia Warszawy był w
ochotniczej straży przeciwpożarowej, która gasiła piaskiem niemieckie bomby
zapalające. Te listy znajdują się w Muzeum Katyńskim.
Profesor Stanisław Swianiewicz, który był razem z Pana ojcem w
Kozielsku, jechał z nim później w jednym przedziale do Katynia. Profesorowi, w
przeciwieństwie do Pańskiego ojca, udało się uniknąć śmierci. Czy opowiadał
później Pana rodzinie o tych ostatnich chwilach Tadeusza
Tucholskiego?
– W 1969 roku napisał z Kanady list do mojej matki.
Wspomina w nim, że 29 kwietnia 1940 roku wieziono go razem z ojcem w
300-osobowej grupie jeńców z obozu kozielskiego do Katynia. Przedział, w którym
jechali, był przeznaczony na osiem osób, lecz jechało ich w nim czternaście. Mój
ojciec według tego, co napisał Swianiewicz, siedział naprzeciwko niego.
Stwierdza w liście: „Dręczyła nas tajemnica, dokąd nas wiozą, chociaż przeważał
na ogół nastrój optymistyczny. Zastanawiało jednak pytanie, dlaczego przy
kompletowaniu transportu unikano łączenia ludzi z tych samych baraków oraz
dlaczego straż wykazywała szczególną brutalność, o wiele większą niż to było
cechą raczej dobrodusznych 'striełkow’, z którymi mieliśmy dotychczas do
czynienia. Początkowo nie byliśmy w stanie określić kierunku jazdy. Wczesnym
rankiem w pierwszych promieniach wschodzącego słońca ujrzeliśmy kopuły cerkwi
smoleńskich, poznałem to miejsce, gdyż w latach I wojny światowej, gdy byłem
sztubakiem w szkole rosyjskiej, nieraz przejeżdżałem przez Smoleńsk. Oznaczało
to, że wiozą nas na zachód, co podnieciło nadzieję wolności”. Na stacji
Gniezdowo pociąg stanął. Po kolei otwierano wagony, do których podjeżdżał
„czarnyj woron” i zabierał ludzi, po nim przyjeżdżał następny. Do przedziału, w
którym jechał ojciec, wszedł jakiś oficer NKWD z pomocnikami i zabrali
Swianiewicza. Wszyscy myśleli, że biorą go na rozwałkę, a jego wzięli do
smoleńskiego NKWD, a stamtąd przesłali do Moskwy na dalsze śledztwo i przeżył.
Przed wyjściem zdążył pożegnać się z ojcem. W liście wspomina: „Specjalnie
serdecznie pożegnałem się z mężem pani. W tym zespole przeważnie nieznajomych
ludzi byliśmy zapewne sobie najbliżsi jako przynależni do zawodu akademickiego.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa mąż pani kilka godzin potem został
zamordowany. Owej pamiętnej nocy sprawił na mnie wrażenie człowieka w dobrej
formie psychicznej i fizycznej”. Wiemy więc, że 30 kwietnia 1940 roku, dokładnie
w dniu swoich 42. urodzin, ojciec został zamordowany w Katyniu.
List prof. Swianiewicza datowany jest na 1969 rok, to znaczy, że
dopiero wtedy dowiedzieli się Państwo, że Pana ojciec zginął w
Katyniu?
– Nie, dowiedzieliśmy się dużo wcześniej. 6 czerwca 1943
roku w „Nowym Kurierze Warszawskim” wydrukowano kolejną listę ekshumowanych w
Katyniu. Wśród rzędów nazwisk natrafiłem na nazwisko ojca. Wówczas matka udała
się do Polskiego Czerwonego Krzyża, którego była członkiem, gdzie potwierdzono,
że w dołach śmierci znaleziono przedmioty należące do ojca. Przy zwłokach była
jego legitymacja z Politechniki Warszawskiej, słonik z kości słoniowej,
dystynkcje, bo ojciec był porucznikiem rezerwy, i jeszcze jakieś inne rzeczy.
Choć ja razem z moją siostrą przyjęliśmy do wiadomości, że nie zobaczymy już
więcej ojca, nasza matka nigdy z tym się nie pogodziła. Do końca swojego życia w
1988 roku ufała, że żyje, że do nas wróci…
W jakim charakterze brał Pan udział w ekshumacjach w Charkowie,
Miednoje i Katyniu?
– Byłem w pierwszej ekipie ekshumacyjnej.
Przyjęli mnie jako historyka, ale nie było tam dla mnie zajęcia, więc prokurator
Stefan Śnieżko zrobił mnie rewidentem zwłok. Każdy mundur, każdy but, który
trzeba było sprawdzić, rozpruć, przeszedł przez moje ręce.
Pochylanie się nad morzem szczątków, jakie zostały po elicie Narodu
Polskiego, w tak haniebny sposób pozbawionej życia przez sowieckich oprawców,
zapewne było dla Pana ciężkim przeżyciem?
– To prawda. Gdy je
zobaczyłem pierwszy raz, znieruchomiałem, nie wiedziałem, jak się zachować, na
co patrzeć. Mój wzrok długo przystosowywał się do tego strasznego widoku. Ciężko
było również wytrzymać ten okropny zapach, jaki się unosił w powietrzu. Pytałem
znajomego, który pracował w prosektorium, jak mam się do niego przyzwyczaić.
Mówił – patrz na to, wzrok się przyzwyczai, weź trzy głębokie wdechy, przy
trzecim już tego zapachu nie poczujesz. Rzeczywiście tak było.
Znalazł Pan szczątki ojca?
– Nie. Ojciec był w Katyniu,
tam było 4 tys. szkieletów, jak można więc rozpoznać jego szczątki? Sam o tym
myślałem, że może choć po mundurze, po naramiennikach uda się je odszukać.
Niestety…
Ale powiedział Pan, że zachowały się po nim przedmioty?
–
Tak, ale znaleziono je w czasie ekshumacji w 1943 roku. Doły zasypano, a rzeczy
te Niemcy zapakowali do skrzyń, które wysłali do Krakowa do Zakładu Medycyny
Sądowej. Później zabrali je stamtąd do Niemiec pod Drezno, gdzie miały podobno
spłonąć, gdy weszli Sowieci. Czy to się naprawdę spaliło w czasie jakiegoś
nalotu, czy może Sowieci, wchodząc do miasta, zabrali te rzeczy ze sobą, nie
wiadomo. Nam pozostała fiszka, którą mama dostała w Czerwonym Krzyżu, z danymi
ojca i wymienionymi na niej przedmiotami, jakie przy jego zwłokach znaleziono.
To, co zastaliśmy podczas ekshumacji w Katyniu kilkadziesiąt lat później, to
było morze szkieletów. Znaleźliśmy tylko dwie trumny – generała Mieczysława
Smorawińskiego i generała Bronisława Bohaterewicza.
Fakt, w jaki sposób zginął ojciec, z pewnością jest dla Pańskiej
rodziny bardzo bolesny, jak również to, że zbrodnia sowiecka nie została do dziś
rozliczona…
– To prawda. Gdy zorganizowano pierwszy wyjazd do
Katynia 5 kwietnia 1989 roku, znajdował się tam jeszcze napis: „Tu leżą polscy
oficerowie pobici przez niemieckich zachwaszczykow”. Chciałem, tak jak wielu
innych Polaków, pokazać światu prawdę o Katyniu, wiedziałem, że musimy to
zrobić. Pomagałem w tej sprawie w Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa,
organizowałem Rodziny Katyńskie, zbierałem dokumentację, pomagałem przy
tworzeniu Muzeum Katyńskiego, całkowicie poświęcając się kwestii katyńskiej.
Czy można więc powiedzieć, że sprawa Katynia poważnie zaważyła na
Pańskim dalszym życiu?
– Tak, ale zanim się nią gruntownie zająłem,
napisałem m.in. książkę „Cichociemni”. Pierwszy nakład ukazał się, gdy był
jeszcze zakaz pisania o AK. Wydawałem więc tę książkę z wielkim trudem. W tym
tygodniu ukazało się jej czwarte wydanie. Pewnego dnia jednak, gdy matka leżała
chora, powiedziała do mnie: „Już dosyć napisałeś o tych swoich
spadochroniarzach, czas się zająć ojcem i ojca kolegami”. Było to jeszcze wtedy,
gdy za słowo „Katyń” można było trafić do więzienia. Jej słowa wziąłem sobie
jednak do serca i zacząłem zbierać dokumenty związane ze zbrodnią katyńską.
Przez znajomych ściągnąłem z Londynu m.in. „Zbrodnię katyńską w świetle
dokumentów” oraz „Listę katyńską” majora Adama Moszyńskiego. Gdy przyszła
wreszcie zgoda cenzury, okazało się, że nie można było jedynie napisać, że to
Sowieci zrobili, rozpocząłem pracę nad książką o Katyniu. W tygodniku „Zorza”
zacząłem drukować listę katyńską. Pierwszy jej numer wyszedł dwa tygodnie po
śmierci księdza Stefana Niedzielaka. Mówiono mi, że mogą mnie zabić podobnie jak
jego, żebym nie ryzykował, jednak podjąłem decyzję i nie wycofałem materiałów z
redakcji. Zostawiłem też dane kontaktowe do siebie, prosząc, by pod mój adres
kierować w tej sprawie korespondencję. Gdy lista katyńska ukazała się w druku,
już w tym samym dniu i przez całą noc, do rana, telefony w moim domu się
urywały. Dostałem także ok. siedmiu tysięcy listów od rodzin pomordowanych.
Jak podchodzi Pan do określania dzisiaj przez Rosjan Katynia jako
zbrodni wojennej?
– To jest ostatnie draństwo. Jeszcze za Borysa
Jelcyna można było tę sprawę jakoś ciągnąć i materiały dowodowe się znajdowały.
Kiedy był w Warszawie, przyjechał do Dolinki Katyńskiej na Powązki. Czekaliśmy
na niego we troje: ks. prałat Zdzisław Peszkowski, pani Bożena Łojek i ja.
Przywitał się z nami i powiedział znamienne słowa: „Praszczitie, praszczitie” –
„Darujcie, darujcie”. Przecież ta pierwsza ekshumacja w 1991 roku była
prowadzona przez naszą prokuraturę i wojskową prokuraturę sowiecką. Ile tek
dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej Rosjanie dali wówczas prokuratorowi
Śnieżce! Dziś, za czasów Władimira Putina, zaczęły się znów problemy. Próbuje
się wmawiać światu, że to nie zbrodnia ludobójstwa, a jedynie kryminalna, że nie
odpowiadają za to ani państwo, ani partia, tylko NKWD. Co innego jednak mówią
dokumenty, które przywiózł do Polski prof. Rudolf Pichoja. Ukazują
jednoznacznie, kto wydał polecenie, wyraźny jest na nich podpis Stalina.
Czy widzi Pan szansę na to, że zbrodnia katyńska zostanie w końcu
rozliczona?
– Nasze władze słabo się tą sprawą zajmują. Poza tym nie
wierzę, że Zachód nas poprze. Pozostaje jedynie nadzieja, że prawda o tym
ludobójstwie kiedyś wyjdzie na jaw.
Dziękuję za rozmowę.
