Żonglowanie bezpieczeństwem Polski
Warto, by posłowie naszego Sejmu zainteresowali się, czy w relacjach z USA rząd
Donalda Tuska kierował się interesem bezpieczeństwa kraju czy wizerunkowymi i
politycznymi korzyściami na wewnętrzny użytek. Ciekawej odpowiedzi dostarczają
materiały ujawnione przez WikiLeaks.
Spektakularne zdobycie ponad 250 tysięcy amerykańskich dokumentów
dyplomatycznych przez portal internetowy WikiLeaks jest szeroko komentowane w
mediach międzynarodowych. Sytuacja ma charakter bezprecedensowy. Co prawda,
portal opublikował już wcześniej wiele materiałów amerykańskich dotyczących
działań wojskowych w Iraku i Afganistanie oraz dokumentów innych państw w
kwestii np. ekologicznych kombinacji przy problematyce klimatycznej. Jednak tym
razem skala zdobytych dokumentów jest olbrzymia. Zawierają one tajemnice
dyplomatycznych sejfów na temat aktualnej polityki Stanów Zjednoczonych i ich
relacji z wieloma państwami na świecie. Politycy i dyplomaci amerykańscy raczej
pomniejszają znaczenie przecieków. Przyznają, że jest to ambarasujące zjawisko,
ale podkreślają, iż państwa zwykle kierują się we współpracy narodowymi
interesami, a nie ludzką małostkowością. Geopolityka będzie zatem nadal kierować
się swoimi prawami. Jednak nie lekceważyłbym działań WikiLeaks. W wielu
przypadkach, szczególnie w krajach mniej przyjaznych Stanom Zjednoczonym i
państwach mniej demokratycznych, zarówno dyplomatom amerykańskim, jak i ich
rozmówcom mogą grozić poważne konsekwencje. Nie przekonują mnie zatem dywagacje
o konieczności respektowania wolności słowa czy dostępie do informacji w
kontekście tych przecieków. Ktoś, kto naraża ludzkie życie, nie może zasłaniać
się sloganem o poszukiwaniu prawdy.
Cybernetyczne Pearl Harbor
Amerykanie przez lata szczycili się swoją dyplomacją. Podstawą sukcesów
dyplomatycznych USA, poza demokratycznymi wartościami, ideami wolnościowymi,
wybitnymi dyplomatami, jak zmarły niedawno Richard Holbrooke, była rozległa
wiedza o świecie i techniczne możliwości przetwarzania informacji. Z zazdrością
zerkałem na pulpity amerykańskich delegacji w NATO i w innych instytucjach
międzynarodowych, na których piętrzyły się stosy dokumentów, analiz czy pilnych
depesz i instrukcji. Amerykańscy dyplomaci mogli pracować na tych materiałach
zarówno podczas negocjacji międzynarodowych, jak i w czasie wizyt i rozmów w
naszych gabinetach. Polscy dyplomaci zwykle uczestniczyli w takich spotkaniach
zaopatrzeni w notes i własną pamięć stanu spraw. Wydawało się, że Amerykanie
posiedli perfekcyjny system przetwarzania informacji. Stworzyli gigantyczną bazę
danych, która mogła obsługiwać olbrzymią liczbę urzędników. Jednak system się
załamał. To niedobra wiadomość dla świata. Wyciekły nie tylko informacje, ale
też techniki ich zbierania i przetwarzania. Państwa niedemokratyczne i ich
dyplomacje, niepoddane demokratycznej kontroli, nie potrzebujące odpowiadać
przed swoją opinią publiczną, już od dawna miały przewagę w rozgrywkach
międzynarodowych. Mimo że przecieki WikiLeaks obnażają wiele złych stron państw,
w których mamy do czynienia z deficytem demokracji, to jednak świat zachodni
będzie miał w najbliższym czasie większe trudności z prowadzeniem swojej
polityki zagranicznej. Wielu politykom i komentatorom będzie teraz łatwiej
podważać wiarygodność polityki USA i państw NATO, ich intencje i metody
działania. Następne ujawnione depesze pokażą, czy będzie to dla USA
cybernetyczny cios podobny do Pearl Harbor z 1941 r., czy do 11 września 2001
r., i czy Amerykanie i cały świat zachodni będą musieli odpowiedzieć
elektronicznym Projektem Manhattan. Nie można wykluczyć, iż tak jak przed laty
Watergate, tak i dziś Cablegate spowoduje przetasowanie na wewnętrznej scenie
amerykańskiej, przynajmniej w świecie odpowiedzialnym za politykę zagraniczną
tego mocarstwa.
Zastanawiający jest sposób ujawniania zdobytych dokumentów. Nie publikuje się
zwartego ciągu dokumentacji, tak aby przedstawić całe dossier danej sprawy, lecz
po kilka dokumentów z kompleksowego zagadnienia. W rezultacie mniej zapoznani ze
sprawami międzynarodowymi publicyści mają pełną swobodę dokonania interpretacji
przyczyn ujawnionych zdarzeń. Zwykle jest to interpretacja mocno
antyamerykańska, demaskatorska. Ujawniane dokumenty trafiają też do ciekawie
wybranych mediów. W większości przypadków były to media raczej o lewicowych
sympatiach i mniej krytyczne wobec Rosji.
Nie ma też pewności, czy w takiej masie dokumentów nie znajdą się "wrzutki" i
"fałszywki". We wcześniejszych przeciekach dotyczących wojny w Iraku znalazły
się zmanipulowane materiały. Nie mamy twardej wiedzy, z jakich pobudek, z czyjej
inspiracji i za czyje pieniądze działa portal WikiLeaks i związani z nim ludzie.
Jednak kierunek ataku: świat zachodni; czas publikacji: szczyt NATO w Lizbonie
przyjmujący nową koncepcję strategiczną; tematyka depesz: wojskowe aspekty
bezpieczeństwa międzynarodowego, dają wiele do myślenia, kto na tym zyskuje.
Désintéressement rządu dla tarczy
W Polsce wielu publicystów postawiło sobie za punkt honoru omówić to wydarzenie.
Niestety, w wielu przypadkach zamiast rzetelnej analizy problemu dostaliśmy
powierzchowne i propagandowe produkty. Wielu polskich publicystów nabrało się na
podobne chwyty, jak ich zagraniczni koledzy. Zachłyśnięto się prawem do
informacji. Bezkrytycznie kupiono demaskatorskie, antyamerykańskie tezy z
wybranych przez WikiLeaks depesz. Do komentowania zabrało się wielu, którzy na
co dzień nie mieli do czynienia z zagadnieniami międzynarodowymi. Nie mają
wiedzy i pamięci zaszłych wydarzeń. Zupełnie nie rozumieją dyplomatycznego
żargonu, skrótów myślowych i technologii tworzenia takich dokumentów. Wielu
polskich komentatorów uznało zapisy depesz za oficjalne stanowisko władz
amerykańskich. Nie rozumieją, że depesze często przekazywały opinie personelu
lokalnej ambasady amerykańskiej lub zapis rozmowy z przedstawicielem rządu
polskiego, który w korzystny dla siebie i jednostronny sposób tłumaczył
stanowisko Polski. W wielu komentarzach polskich pojawiły się zatem mocne tezy,
że rząd dobrze bronił naszych interesów bezpieczeństwa, a podstępni Amerykanie
wykorzystali nas instrumentalnie i złożyli w ofierze na ołtarzu porozumienia z
Rosją. Tezy te skwapliwie podchwycili premier i szef dyplomacji, odwracając kota
ogonem, triumfalnie ogłosili, iż od początku wiedzieli, że tak będzie, i
trzymali się na dystans od Amerykanów. Taka wersja to jednak bujda na resorach!
Dla każdego, posiadającego szczegółową wiedzę o naszej polityce zagranicznej
ostatnich kilku lat, depesze amerykańskie są uzupełniającym dowodem zarzutu, iż
rząd PO kluczył, spowalniał, hamował naszą dyplomację i w rezultacie przestał
być atrakcyjnym partnerem dla USA. Potwierdza się podejrzenie, że gabinet
Donalda Tuska postrzegał porozumienie z USA nie w charakterze strategicznego
sojuszu uzupełniającego gwarancje NATO, lecz jedynie jako transakcję wojskową.
Depesze potwierdzają absolutny brak entuzjazmu rządu dla budowy amerykańskiej
bazy tarczy antyrakietowej, natomiast pokazują dość bezmyślne upieranie się przy
rotacyjnym stacjonowaniu baterii Patriot. Bez konkretnej deklaracji o przyszłym
nabyciu takiej broni było oczywiste, że Amerykanie nie dopuszczą nas do obsługi
tej baterii. Bez decyzji i środków na budowę stałej bazy dla patriotów w Polsce
było również oczywiste, iż Amerykanie nie zdecydują się na przeniesienie baterii
z Niemiec. Wreszcie bez ratyfikacji porozumienia o budowie bazy antyrakietowej w
Redzikowie nie było podstaw do przyjazdu baterii do Polski. Bo jeśli nie
powstała baza w Redzikowie, to nie rosło zagrożenie Polski. Rząd wiedział też
już od połowy 2008 r., że Amerykanie preferują rozwój współpracy z Polską w
innych rodzajach broni. Porozumienie o współpracy w programie F-16, herkulesów i
sił specjalnych można było zawrzeć więc wcześniej i zapewne byłoby już
realizowane. Dziś mamy zapowiedź, że współpraca nastąpi w połowie 2013 roku. Ale
aby tak się stało, Obama musi wygrać wybory w 2012 roku.
Potwierdzają się również wizerunkowe motywy polskiej polityki zagranicznej. Już
nie dziwią ujawnione zabiegi o zaaranżowanie "przypadkowego" spotkania premiera
Tuska z prezydentem Obamą gdzieś w podróży po Ameryce. A czy ktoś jeszcze mógł
wątpić, że szef dyplomacji, kandydat na kandydata na prezydenta Polski, nie
skorzysta z sytuacji, aby zapytać Amerykanów o ewentualne skorelowanie przyjazdu
baterii Patriotów z rozpoczęciem swojej kampanii wyborczej? Może się to wydawać
groteskowe, ale to przecież gra interesem bezpieczeństwa państwa dla osobistych
zachcianek poszczególnych polityków.
Polski reset relacji z Rosją
W świetle ujawnionych depesz na temat zachowania poszczególnych państw
europejskich na kanwie wojny rosyjsko-gruzińskiej czy ich stosunku do planów
obrony NATO dla naszego regionu dostrzec można rzeczywistą postawę naszych
europejskich sojuszników wobec Moskwy. Niektóre stolice europejskie zachowują
się bardziej prorosyjsko niż przedstawicielstwa dyplomatyczne Moskwy w Europie.
To nakazuje wątpić w możliwość stworzenia jakiejś europejskiej koncepcji
obronnej. Powinien to być poważny sygnał dla naszych planów na prezydencję
unijną. Stawia to też pod znakiem zapytania realność zbudowania tarczy
antyrakietowej NATO, którą Sojusz zaakceptował ostatnio w Lizbonie.
Przecieki amerykańskich depesz nakazują jednak postawić poważne pytania
dotyczące celów i zachowania naszej dyplomacji w 2009 roku. O co tak naprawdę
wtedy zabiegaliśmy? O stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego? O
sekretarza Rady Europy, a nawet przez moment o sekretarza generalnego NATO?
Zdobycie któregokolwiek z tych stanowisk wymagało mozolnych zabiegów w stolicach
europejskich, niechętnych naszej współpracy z USA. Wymagało przychylności
Berlina czy neutralności Moskwy. Czy dla któregokolwiek z tych stanowisk warto
było zamrozić realizację podpisanego w sierpniu 2008 r. porozumienia o bazie
tarczy antyrakietowej? Czy warto było opóźnić wizyty baterii Patriot? Mogła być
już w Polsce z początkiem 2009 r., ale to polski rząd trzymał w ręku sprawę
wynegocjowania prawnych warunków pobytu Amerykanów w naszym kraju. I przetrzymał
przez cały rok 2009. Czy nie można było wcześniej domagać się od NATO, a
szczególnie od blokujących sprawę Niemiec (!), uaktualnienia planów obronnych
dla całego naszego regionu? Czy zamrażanie współpracy z Amerykanami w sprawie
tarczy, opóźnienie przyjazdu baterii Patriot oraz korowody z planami obronnymi
dla państw bałtyckich to cena, jaką rząd płacił za przyjazd premiera Władimira
Putina na Westerplatte 1 września 2009 roku?
Kluczowe wydarzenia rozegrały się wiosną 2009 roku. Jeszcze w lutym tego roku
amerykański sekretarz obrony Robert Gates nawoływał w Krakowie, podczas
spotkania ministrów obrony NATO, o ratyfikację porozumienia z USA. Na
jubileuszowym szczycie NATO, na początku kwietnia, Sojusz jeszcze raz
opowiedział się za budową tarczy antyrakietowej zgodnie z koncepcją amerykańską.
Jednak równocześnie Rosjanie już kusili Amerykanów pozytywnymi odpowiedziami na
ich politykę resetu. Zapowiadali możliwość wstrzymania współpracy z Iranem i
rozpoczęcie rokowań na temat traktatu START. W drugiej połowie kwietnia do
Polski przybyła delegacja senatorów amerykańskich z Carlem Levinem, szefem
senackiej obrony na czele (ta komisja ustala budżet obronny). Z relacji ambasady
amerykańskiej jasno wynika, że sondowali już warunki rekompensaty za odstąpienie
od umowy o tarczy antyrakietowej. Dlaczego polski rząd nie dostrzegł wtedy
niebezpieczeństwa? A może jednak dostrzegł, może uznał to za rozwiązanie
korzystne w świetle swoich planów głębokiej "europeizacji" polityki zagranicznej
i polskiego resetu relacji z Moskwą? Może warto było poświęcić tak wiele dla
zdobycia stanowiska szefa Parlamentu Europejskiego, który w kluczowym roku 2011
(wybory parlamentarne, dla których premier zrezygnował z ubiegania się o
prezydenturę!) może przynieść rządowi PO nieocenione usługi wizerunkowe?
Czy w świetle takiej żonglerki naszej dyplomacji to naprawdę Amerykanie
zrezygnowali 17 września 2009 r. z tarczy w Polsce? Czy oni tylko potwierdzili
proces odwrotu od koncepcji tarczy realizowany już przez polskie władze i
dostarczyli im wygodnego alibi? Może kolejne depesze dostarczą odpowiedzi.
Dr Witold Waszczykowski
