Znów walczą z wodą
Po kilkugodzinnej nawałnicy w Sandomierzu i okolicach podtopionych zostało
blisko pół tysiąca domów. Tym razem żywioł w przeciwieństwie do ubiegłorocznej
powodzi zaskoczył z nieba, nie z rzeki. Bezsilni ludzie przyglądali się, jak z
minuty na minutę, w wyniku intensywnie padającego deszczu, woda zalewa im
posesje i wdziera się do domów. W Bogatyni na Dolnym Śląsku tym razem skończyło
się na strachu, ale do ponownej tragedii brakowało niewiele.
Wszystko zaczęło się od pozornie niewinnej mżawki 27 lipca, która szybko
przekształciła się ulewny deszcz. W krótkim czasie na metr kwadratowy spadło 140
litrów wody – dwumiesięczna norma.
– Wszystko przyszło znienacka. Kiedy nad miastem pojawiła się chmura, nikt się
nie spodziewał, że będą aż tak obfite opady – mówi burmistrz Sandomierza Jerzy
Borowski. Nawałnica trwała bez przerwy około trzech godzin. Ulice Sandomierza
zamieniły się w rwące potoki, a studzienki nie przyjmowały wody, wyrzucając ją
na zewnątrz. Zagrożona zalaniem była m.in. sandomierska huta szkła. – Ulewa była
potworna. Dosłownie na wyciągnięcie ręki nie było nic widać. Ruch został
wstrzymany. Kiedy patrzyłem, co się dzieje, ogarniało mnie przerażenie i
bezsilność wobec żywiołu – opowiada Jerzy Borowski, który wraz z rodziną
osobiście doświadczył skutków ubiegłorocznej powodzi. W tym roku żywioł obszedł
się z jego domem łaskawie, bo woda zalała tylko piwnicę. Jednak setki
mieszkańców Sandomierza nie miało już takiego szczęścia i woda zalała ich
kolejny raz. – Największe współczucie należy się tym wszystkim, którzy niedawno
się sprowadzili do wyremontowanych bądź odbudowanych domów po ubiegłorocznej
powodzi, a teraz piwnice i partery na nowo zalała im woda – dodaje burmistrz.
Wstępne szacunkowe dane tylko w Sandomierzu mówią o blisko dwustu podtopionych
budynkach, ale dane nie są pełne, bo nie wszyscy zdołali się otrząsnąć po
tragedii i zgłosić fakt podtopienia. – Wprowadziliśmy się tu na wiosnę. Stary
dom ucierpiał podczas ubiegłorocznej powodzi. Popękał i nadawał się jedynie do
rozbiórki. Teraz nowe nieszczęście – mówi jedna z mieszkanek Sandomierza.
Wszystko znów nadaje się do remontu. Ostateczną liczbę i rozmiar zniszczeń
ustalą specjalne komisje. Tymczasem na osiedlach pojawiły się już kontenery na
śmieci, by wyrzucać zamulone rzeczy zniszczone przez żywioł. – Chodzi o to, żeby
niepotrzebnie nie tworzyć zbiorowiska śmieci i uniknąć ewentualnej epidemii –
mówi Jerzy Borowski.
Nikt się nie spodziewał
Szokiem dla wielu są zniszczenia lewobrzeżnej części miasta położonej na górze.
Do niedawna w Sandomierzu mówiło się bowiem, że tylko potop mógłby zalać tę
część miasta położoną na skarpie. Okazuje się, że niekoniecznie. Zagrożenie
przyszło bowiem nie ze strony wylewającej Wisły, a w wyniku intensywnych opadów
deszczu. Potężny strumień wody, jaki skierował się na sandomierską skarpę,
okazał się zbyt mocny. Całkowicie zniszczone są zabytkowe Kozie Schodki przy
Collegium Gostomianum, ponadto obsunęła się część skarpy przy Podwalu Górnym,
podmytych jest także wiele ulic. – Mówi się, że kropla drąży skałę. Sandomierz
rzeczywiście leży na skale, ale tym razem siła żywiołu była nie do
powstrzymania. Nigdy w historii miasta nie było tak wielkiej wody, która
zalałaby Sandomierz w takim rozmiarze i w tak krótkim czasie – dodaje Jerzy
Borowski.
Władze miasta zapowiadają odtworzenie doszczętnie zniszczonych Kozich Schodków,
które mają swoją historię i niejako są przypisane do Sandomierza. – Nie
wyobrażam sobie, by schody, którymi przechodziło tyle pokoleń, nie zostały
odtworzone – zapowiada burmistrz. Straty będą ogromne, ale będzie je można
dokładnie policzyć, jak woda zostanie wypompowana z domów i rozlewisk. – Sami
nie damy rady, dlatego liczymy na pomoc rządu. Bez pomocy z zewnątrz trudno
będzie nam się podnieść – ocenia burmistrz Borowski. Tymczasem szef MSWiA Jerzy
Miller, na bieżąco komentując sytuację w Sandomierzu, podkreślił, że nigdzie
wzdłuż koryta Wisły nie ma takiego stanu wody, który by upoważniał do tworzenia
atmosfery zagrożenia powodziowego. – Mówimy nie o powodzi, a o podtopieniach,
które jak zwykle wymagają przede wszystkim interwencji straży pożarnej, która z
dużym poświęceniem wypompowuje wodę. Nie są to tego typu szkody, aby trzeba było
uruchamiać fundusze centralne, to są naprawdę naturalne w naszej strefie
klimatycznej podtopienia – zauważył Miller, zapominając, że nie tylko wody z
rzek mogą zagrażać bezpieczeństwu ludzi i ich dobytku. Wkrótce musiał jednak
zmienić zdanie. Będzie zatem możliwość pomocy do 6 tys. zł dla poszkodowanych.
Ze skutkami nawałnicy zmagają się także mieszkańcy pobliskiego Tarnobrzega,
gdzie podtopione zostały dzielnice miasta i sąsiednie miejscowości.
Wróciły wspomnienia
Niewiele brakowało, aby również w Bogatyni na Dolnym Śląsku doszło do
powtórzenia tragedii sprzed roku. Intensywne opady deszczu spowodowały, że 21
lipca rzeka Miedzianka przekroczyła stan alarmowy, zagrażając wylaniem.
Niebezpieczeństwo było tym większe, że koryto rzeki, które znajduje się pod
zarządem Dolnośląskiego Zarządu Melioracji Urządzeń Wodnych w Lwówku Śląskim,
wciąż nie zostało umocnione, a prace, które pozwolą zabezpieczyć pod względem
hydrologicznym gminę Bogatynia, mają ruszyć dopiero w przyszłym roku.
Tym razem wszystko zaczęło się od opadów deszczu, po których woda w Miedziance
zaczęła gwałtownie przybierać i szybko przekroczyła najpierw poziom
ostrzegawczy, a następnie poziom alarmowy o ponad półtora metra. W stan
gotowości został postawiony sztab kryzysowy. – Mając ubiegłoroczne
doświadczenia, przygotowywaliśmy się na najgorsze. Otrzymaliśmy informację z
Czech, że w jednej z miejscowości rozpoczęto ewakuację ludności, dlatego również
i my przygotowaliśmy dwa punkty ewakuacyjne z łóżkami polowymi, kocami, a nawet
kuchnią polową dla naszych mieszkańców – wymienia Jerzy Stachyra, zastępca
burmistrza Bogatyni.
Dwa dni miasto żyło w napięciu, na szczęście skończyło się na strachu. Jednak,
jak podkreśla Stachyra, zagrożenie było bardzo realne, bo w wielu miejscach
zniszczone przed rokiem mury oporowe na rzece nie istnieją i wystarczyło parę
centymetrów więcej, by woda wystąpiła z brzegów i zaczęła zalewać okoliczne
tereny. – Woda zaczęła podmywać filary budowanego mostu, częściowo zniszczyła
też okoliczną infrastrukturę, w tym ułożone już sieci wodno-kanalizacyjne. Był
strach, niepokój, a z drugiej strony pełna gotowość – dodaje zastępca burmistrza
Bogatyni.
Wśród mieszkańców wzbierające wody Miedzianki przywołały wspomnienia sprzed roku
i strach przed grożącym niebezpieczeństwem. – Kiedy patrolowaliśmy brzegi
Miedzianki, podchodzili do nas przerażeni starsi ludzie i wręcz ze łzami w
oczach pytali: Co będzie? Staraliśmy się tych ludzi uspokajać. Ponadto od
ubiegłego roku rozbudowaliśmy system powiadamiania przez SMS-y, radio na falach
UKF, zainstalowane syreny alarmowe, które mają też możliwość przekazywania
informacji głosowych, a także za pomocą portali internetowych. Chodzi o
rzetelne, i na bieżąco, informowanie mieszkańców o zagrożeniach. To wszystko
pozwala na zapanowanie nad emocjami mieszkańców, które nie zawsze korzystnie
wpływają na zachowania ludzi – wyjaśnia Jerzy Stachyra.
Jedną z osób, które w ubiegłorocznej powodzi w Bogatyni straciły całe swoje
mienie, jest Barbara Polanowska. Kiedy przyszła powódź, była w trakcie
przeprowadzki. Woda zniszczyła zarówno jeden, jak i drugi dom, które zostały
przeznaczone do rozbiórki. Dziś z trójką małych dzieci mieszka w lokalu
przygotowanym przez gminę. Przed kilkoma dniami, kiedy woda ponownie wzbierała,
pani Barbara wracała z niepełnosprawnym synem od lekarza z Wrocławia. – Kiedy
patrzyłam na wzbierające wody Miedzianki, wróciły wspomnienia sprzed roku. Tym
bardziej że moje dzieci wciąż tym żyją – opowiada mieszkanka Bogatyni. Dzieci
pani Barbary od roku korzystają z porad psychologa. – Kiedy mój czteroletni
niepełnosprawny synek widzi kałużę, cegły czy roboty drogowe, mówi, że mu się
zepsuł domek. Trudno dziecku wytłumaczyć, że dom zabrała woda – mówi matka.
Ludzie doświadczeni przez ubiegłoroczną powódź i dotknięci także teraz przez
żywioł z lękiem patrzą w niebo. Czy jednak winna jest tylko pogoda, czy może
kolejne zaniedbania i brak wyciągniętych wniosków z przeszłości? Szkoda tylko,
że muszą na tym cierpieć Bogu ducha winni ludzie.
Mariusz Kamieniecki
